"Nie jest lekko, ale walczyć trzeba"


Tomka Lipińskiego specjalnie przedstawiać nie trzeba. Na naszej rodzimej scenie muzycznej obecny jest jeszcze od końca lat 70., gdy dał się poznać jako członek legendarnej już grupy Brygada Kryzys, a potem jako lider zespołów Tilt i Fotoness. Nagrywał również pod własnym nazwiskiem, pisał także piosenki do filmów. W czasie, kiedy polski rynek muzyczny postawił na artystów popowych, Lipiński grał solowe koncerty, zajmował się pracą dziennikarską w Radiostacji i "Aktiviście". Na swoim koncie ma również pracę w dużej wytwórni płytowej, której nie wspomina jednak zbyt miło.

Reklama

W czerwcu 2002 roku ukazała się, długo oczekiwana i długo nagrywana, kolejna płyta zespołu Tilt, z którym Tomek Lipiński święcił kiedyś triumfy na listach przebojów dzięki takim utworom, jak choćby "Mówię ci że", "Rzeka miłości, morze radości, ocean szczęścia". Album "Emocjonalny terror" powstawał aż sześć lat. Tyle czasu zajęło muzykom znalezienie wydawcy i zbudowanie własnego studia nagraniowego. Ci, którzy lubili Tilt sprzed lat nie powinni się zawieść. Tomek Lipiński postawił na sprawdzony schemat, czyli mieszankę ostrych kompozycji rockowych i kawałków reggae, pokazał jednocześnie słuchaczom, iż nie stoi w miejscu i otwarty jest na nowe brzmienia.

Lesław Dutkowski pogawędził z Tomkiem Lipińskim o nowej płycie, dawnych czasach i polskim show-biznesie.


Zacznę od gratulacji. Bardzo fajną płytę zrobiliście.

Bardzo mi miło to słyszeć.

"Miassto fcionga" to utwór, który liczy sobie rok albo nawet więcej. Czemu tak długo trzeba było czekać, zanim płyta pojawiła się na rynku? Wiem, że były jakieś negocjacje, problemy natury biznesowej.

Wiele z tych utworów, czy nawet większość, ma już kilka lat, dlatego że zaczęliśmy pracować nad tą płytą jeszcze w 1996 roku, po wydaniu koncertowego albumu "Koncert w Buffo", który podsumowywał dotychczasową działalność. Krótko mówiąc nikt nie był zainteresowany, albo mówiąc dokładniej te firmy fonograficzne, które stać było na zainwestowanie w nagranie i tak dalej, nie były tym zainteresowane, nie były zainteresowane demówkami, które im wysyłaliśmy. Natomiast małe firmy, które mogły być zainteresowane, były zbyt małe i zbyt biedne, żeby sobie na to pozwolić. W związku z tym nie byliśmy w stanie nagrać tego materiału. Podjęliśmy wtedy decyzję, że w takim razie musimy polegać na sobie. Zaczęliśmy działać w kierunku zbudowania, czy raczej stworzenia własnego zaplecza produkcyjnego, w postaci studia nagraniowego. To zabrało nam parę lat, ponieważ nie mając nagranego nowego materiału, w tym czasie ciężko było funkcjonować. Nie zarabialiśmy pieniędzy, więc trzeba było się imać w międzyczasie różnych innych zajęć, by ten okres przetrwać. To się wydłużyło. W międzyczasie pracowałem prawie dwa lata w Radiostacji, pół roku w "Aktiviście", robiłem dorywczo jeszcze inne rzeczy po to, by po prostu zarobić na życie. Grałem też sporo solowych koncertów w tym samym celu, by podtrzymać jakoś swoje istnienie. Franz Dreadhunter w tym czasie, jeszcze z paroma innymi osobami, zajął się tworzeniem tego studia. Ostatecznie w 2001 roku studio było gotowe, by w nim nagrywać, no i nagraliśmy "Emocjonalny terror".

Mówisz o studiu Chakram?

Tak. To jest garażowe studio, w ogródku przydomowym, niewielkie, ale dobrze wyposażone.

O ile mnie pamięć nie myli, utwór "Za zamkniętymi drzwiami" jest bardzo leciwy. Czemu teraz zdecydowałeś się go zamieścić? Ze względu na tekst, który tak pasuje do tego, co się dzieje dzisiaj?

Są jeszcze dwa starsze nagrania na tej płycie, pochodzące sprzed okresu pracy nad tym albumem. Oprócz "Za zamkniętymi drzwiami" jest to jeszcze utwór "Pozytywna", który pierwotnie nosił tytuł "Pozytywna wibracja". To piosenka, którą grałem w 1983 roku. Powstała w czasie takich wspólnych działań z zespołem Izrael, jeszcze przed reaktywacją Tiltu. Znalazł się na tej płycie dlatego, że na jednym z koncertów solowych, jakie grałem w Poznaniu w zeszłym roku, okazało się, że weszła grupa bardzo młodych fanów, kilkunastoletnich, którzy zażyczyli sobie, bym zagrał ten utwór. Nie grałem go od wielu lat. Okazuje się, że wszyscy go znają, nie wiem jakim cudem i w jaki sposób. Pomyślałem sobie, że to jest bardzo dobry powód, by ten utwór powrócił, tym bardziej, że nigdy nie był nagrany, ani tak naprawdę nigdzie się nie pojawił, tym więc dziwniejsze, że ludzie go znali. Natomiast "Za zamkniętymi drzwiami", to piosenka, która właściwie na żadnej płycie Tiltu się nie pojawiła. Pojawiła się tylko bodajże na składance "Fala" gdzieś w połowie lat 80.

Reklama

Najlepsze tematy

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje