Recenzja Vangelis "Rosetta": W kosmosie wszystko gra

Kosmos nie po raz pierwszy stanowi inspirację dla twórcy muzyki. Dla Vangelisa to już chleb powszedni i trzeba przyznać, że radzi sobie z tą materią nieźle, ale na dłużej zatrzyma tylko najwierniejszych fanów.

"Rosetta" jawi się jako najlepszy krążek, zawierający nową muzykę Vangelisa, od przeszło 18 lat

Vangelis, ach, Vangelis. Kto nie przeżył w życiu etapu fascynacji jego utworami? Ścieżka dźwiękowa do "Łowcy androidów", "1492. Wyprawy do raju" czy "Rydwanów ognia" to dziś pozycje kultowe. A przecież muzyk posiada na swoim koncie również szereg nieco bardziej zapomnianych, a wciąż wartych uwagi albumów na czele z "666" rodzimego Aphrodite’s Child. Bo jeżeli nie wiedzieliście, to przed podjęciem solowej kariery Vangelis był klawiszowcem w progrockowym zespole, w którym rolę wokalisty zajmował nie kto inny, tylko Demis Roussos - autor przeboju "Goodbye My Love, Goodbye".

Reklama

Do czego dążę? Ano do tego, że w swojej bogatej dyskografii, obejmującej kilkadziesiąt albumów, zdarzały się pozycje o wiele lepsze, jak i te, o których artysta wolałby jednak zapomnieć. "Rosetta" nie należy ani do pierwszej, ani do drugiej grupy. To typowy średniak, który najbardziej zadowoli wielbicieli talentu greckiego muzyka, a jednocześnie stoi w cieniu "Blade Runnera", "Opera Sauvage" czy "Heaven and Hell". Ale zacznijmy od początku.

"Rosetta", jak to zazwyczaj w przypadku albumów Vangelisa, nie powstała przypadkowo. Grecki muzyk został "zainspirowany" do jej stworzenia dzięki konferencji wideo z Europejską Agencją Kosmiczną. Sama nazwa krążka została z kolei zaczerpnięta od sondy kosmicznej Rosetta, której misja wejścia na orbitę wokół jądra komety 67P/Czuriumow-Gierasimienko w celu pozyskania informacji na temat struktury i pochodzenia obiektu zostało ostatnio zakończona. I to właśnie album Vangelisa jest hołdem dla misji, zakończonej efektownym uderzeniem sondy w powierzchnię ciała niebieskiego. Co ciekawe, poszczególne utwory układają się w etapy działalności Rosetty.

To, czego nie można odmówić Vangelisowi, to oddanie atmosfery przestrzeni kosmicznej. Utwory są rozegrane na kilku planach i oparte na długo wybrzmiewających padach o odpowiednich pogłosach. Łatwo skojarzyć to ze space-rockowymi krążkami, tworzonymi od połowy lat 70. do początku 80., kiedy to gitarowe eksperymenty dominujące wcześniej w tym gatunku zastąpione zostały przez syntezatory. Choć da się tu niewątpliwie wyczuć także wpływy symfoniczne.

Na najnowszym albumie greckiego muzyka linie melodyczne schodzą na dalszy plan - najbardziej zaś liczy się atmosfera, barwa dźwięku, kolejne elementy struktury nakładane przez kompozytora. Ma to swoje spore zalety, bo mamy do czynienia z numerami, które dzięki wprowadzanemu klimatowi idealnie funkcjonują późną nocą. Z drugiej strony, po pierwszych przesłuchaniach całości, w głowie zostaje naprawdę niewiele. Być może to wina niespiesznego klimatu czy płynnego przechodzenia jednego utworu w drugi, zahaczającego wręcz o monotonię. Trudno też oskarżać Vangelisa o to, że stworzył muzykę tła, gdyż taki właśnie był zamysł. Tu arpeggia, tam przeszkadzajki, gdzie indziej dzwonki chromatyczne czy co jakiś czas wychodzące dęciaki, które mogłyby napędzać "2001: Odyseję kosmiczną" Stanleya Kubricka. Ale to wciąż tylko poprawny ambient o podbudowie kosmiczno-orkiestralnej.

Owszem, zdarzają się momenty ciekawsze jak chociażby "Albedo 0.60", "Exo Genesis", wyciszające "Elegy", w którym można wyczuć inspiracje muzyką klasyczną, czy nabierające z czasem mocy "Sunlight". Uwagę zwraca również "Mission Accomplie (Rosetta's Waltz)", w którym odpowiednio oddano powagę misji Rosetty i jej znaczenie dla badań nad wszechświatem. Enigmatyczne, ambientowe "Return to the Void" to z kolei niepokojące zakończenie krążka, dość mocno działające na wyobraźnię. Tu właśnie ujawnia się największy talent Vangelisa: umiejętność tworzenia obrazów muzyką - żaden film nie jest tu potrzebny. Jednak patetyzm utworu tytułowego bywa już nieznośny, a "Philae's Descent" bliżej do utworu bojowego w trakcie japońskiej gry RPG niż autentycznie budującej napięcie kompozycji.

Trzeba jednak zwrócić uwagę na to, że Vangelis od dłuższego czasu nie rozpieszcza nas swoją muzyką. Gdy spojrzymy na jego poprzednie dzieła z XXI wieku, okaże się, że nie grzeszyły one również jakością. W tym świetle "Rosetta" jawi się jako najlepszy krążek, zawierający nową muzykę Greka, od przeszło 18 lat. A że do największych jego dzieł sporo brakuje? Cóż, grunt, że w odpowiednich warunkach Vangelis może pięknie dopełnić wieczór. To co? Wyjmujecie dzisiaj lunetę?

Vangelis "Rosetta", Universal Music Poland

6/10

Dowiedz się więcej na temat: Vangelis | recenzja

Reklama

Najlepsze tematy

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje