Recenzja ​Julia Pietrucha "Postcards from the Seaside": Plan Pietru

Znowu ukulele i nieskomplikowane, a przede wszystkim nieśpieszne kompozycje. Plan Pietru jest prosty: "Postcards from the Seaside" mają przy wykorzystaniu minimum środków przynieść maksimum korzyści. Tak też się dzieje, aczkolwiek warto uważać, by tych korzyści nie nadużyć.

"Postcards from the Seaside”, drugi album Julii Pietruchy, ma trochę większy rozmach niż debiutancki “Parsley”

"Postcards from the Seaside", drugi album Julii Pietruchy, ma trochę większy rozmach niż debiutancki "Parsley" z 2016 roku. Dodane tu i tam dęciaki dodają dynamizmu, który w zasadzie nie jest konieczny - te kompozycje bronią się prostotą, leniwym tempem. Może nie ma w tym niczego odkrywczego, ale autorka rzeczywiście nie próbuje udawać, że jest inaczej, nie sili się na oryginalność, która jest przereklamowana. Jej piosenki rzeczywiście brzmią niewymuszenie, jakby proces ich kreacji był instynktowny.

Reklama

Po debiucie Julii Pietruchy czuć było, że artystka nie miała do tej pory wiele wspólnego z branżą muzyczną. Była jak rookie, pierwszoroczniak, który nie zna niepisanych kodeksów, zasad przekazywanych przez starszych kolegów. Ten brak obeznania na rynku muzycznym paradoksalnie mógł jej pomóc. Gdyby bowiem wiedziała, ile podobnych projektów już istnieje oraz ilu debiutantów próbuje torować sobie drogę do muzycznego sukcesu, być może nigdy nie odważyłaby się na pierwszy krok i nie wydałaby "Parsley".

Zdaje się, że "Postcards from the Seaside" rzeczywiście powstały nad morzem. Opowieści Pietruchy brzmią jak historie małej dziewczynki, wiecznie rozmarzonej, czekającej na świetlaną przyszłość. Z całego zestawu pocztówek szczególnie wyróżnia się utwór "Medea" - nieco teatralny (wszak to naturalne środowisko Pietruchy), pełen napięć, wyjątkowy jak grecka czarodziejka wspomniana w tytule. Medea nie zaznała szczęścia na ziemi. Mimo magicznych zaklęć, którymi władała, nie miała zaznać miłości za życia. Dopiero po śmierci, przeniesiona na Pola Elizejskie, została żoną Achillesa.

"Wasted" brzmi za to musicalowo, trochę jak fragment ścieżki dźwiękowej z "La La Land". "Nie potrzebujemy nic" to z kolei wdzięczny ukłon w stronę country. W "Small Town Blues" Pietrucha popisuje się niższym, bardziej zmysłowym wokalem. "Heaventually" kojarzy się ze starszymi kawałkami Arcade Fire, a to dzięki wielogłosowości i nagromadzeniu instrumentów.

Każdy numer z "Postcards from the Seaside" brzmi uroczo, czasem aż nazbyt słodko. Podawane osobno dają wielką przyjemność, jednak odbiór całej płyty, piosenka po piosence, niesie ze sobą ryzyko zasłodzenia. Rekomenduję podawać w mniejszych dawkach. 

Julia Pietrucha "Postcards from the Seaside", Parsley Records

6/10

***Zobacz materiały o podobnej tematyce***

Dowiedz się więcej na temat: Julia Pietrucha

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje