​Recenzja Janelle Monae "Dirty Computer": Syntetyczny funk futurystycznego miasta

Janelle znowu intryguje. Nie tylko samą okładką.

"Dirty Computer" momentami potrafi zaskoczyć, kryje też w sobie wiele niespodzianek

2010 rok. Janelle Monae mocno wystrzeliła z "The ArchAndroid". Nie dość, że nagrała świetną płytę, to w dodatku przywróciła wiarę w dobry gust włodarzy Bad Boy Records, którzy przez kilka ostatnich lat za bardzo nie wiedzieli, co mają ze sobą zrobić. Może nawet jeszcze gorzej - w ogóle nie wiedzieli, co mają robić, kogo wydawać i zaczynali powoli myśleli o tym, że czasy ich świetności nigdy już nie wrócą.

Reklama

Te czasy nie wróciły, ale przynajmniej dzięki Janelle mogą chodzić z podniesioną głową. Tamten nowoczesny pop podszyty neo-soulem wcale nie potrzebował cukierkowych melodii i wymuszonej sztuczności, bo nawet koncept futurystycznego miasta był w tym przypadku strzałem w dziesiątkę. Z następcą było podobnie - "The Electric Lady" było jeszcze lepiej napisane i skomponowane. Co ważne, to również garściami czerpało z klasycznych dokonań czarnej muzyki XX wieku.

Jak na ich tle wypada "Dirty Computer"? Świetnie. Po prostu. Jest to najlepsza płyta z całej trójki. Muzycznie bije swoich poprzedników na głowę (tak, naprawdę!), częściowo porzuca koncept Metropolis i jest jeszcze bardziej przyjaznym materiałem dla przeciętnego słuchacza. Momentami potrafi zaskoczyć, kryje też w sobie wiele niespodzianek. Dużo się tu dzieje. Dużo dobrego. Nie tylko na trackliście, bo już otwierający tytułowy numer przynosi niespodziewany gościnny występ Briana Wilsona z Beach Boys (który jeszcze pojawia się w tle "Take a Byte"). Synthfunkowego "Take a Byte" nie powstydziłby się sam Prince, nie mówiąc już o "Don't Judge Me" i "Make Me Feel", które brzmią niczym zaginione rarytasy Księcia. "I Got the Juice" to prosta linia złotych nagrań Pharrella Williamsa, który ponownie potwierdza klasę ze swoją zwrotką, która zdecydowanie jest najlepszym momentem "Dirty Computer".

Sama Janelle Monae zwyczajnie robi to, co do niej należy. Mimo że nie śpiewa tekstów, z których pojedyncze wersy można zaśpiewać za pierwszym razem z pamięci (chociaż feministki znajdą tutaj dla siebie bardzo dużo), to nie można mieć jakichkolwiek zastrzeżeń do ich wykonania. Ma piękny głos, potrafi zmienić tempo i płynie po beatach. Nawet kiedy rapuje w "Django Jane", robi to więcej niż przekonywająco, mimo że charakter tej melorecytacji mocno przypomina flow Cardi B. I nic w tym złego! Jest to wielkie wyzwanie, ale kto wie, czy jeszcze większym nie jest "Pynk" nagrane wraz z nową dziewczyną Elona Muska, Grimes. Nawet przy mniejszym tempie utworu nie można mieć żadnych zastrzeżeń, a i ulokowanie utworu mniej więcej w środku albumu, wydaje się maksymalnie trafionym pomysłem. Zawsze przyda się chwila odpoczynku.

Trzeci pełnoprawny album Janelle Monae pokazuje bardzo ciekawą zależność. Można ciągle robić swoje, nie patrząc się na innych (dobra, ten Prince...) i podnosić sobie poprzeczkę. Bez strachu o własne treści, dla niektórych dość kontrowersyjne, ale czy ma to jakiekolwiek znaczenie przy tak solidnej dawce syntetycznego funku i soulu? Nie, nie ma żadnego.

Janelle Monae "Dirty Computer", Warner Music Poland

7/10

Dowiedz się więcej na temat: Janelle Monae

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje