Recenzja Drake "More Life": Jeszcze więcej życia i rozkoszy

Nowym albumem Drake udowadnia, że to właśnie on jest obecnie największą gwiazdą na scenie i jedną z niewielu osób, które mogą pozwolić sobie na wszystko. Na "More Life" jedzie już totalnie bez trzymanki i robi co mu się jawnie podoba. Bo może.

Drake na "More Life" zbliżył się poziomem do "Take Care"

Kanadyjczyk postanowił być tak cwany, że "More Life" nie nazwał nawet swoim albumem, ale muzycznym projektem. Jest w tym jak najbardziej sens, mimo że Drake, będący tutaj największą gwiazdą, czasami oddaje pole do solowych popisów innym. Udany eksperyment? Tak, i być może w dodatku taki, który wykreuje nowy trend i modę. 

Reklama

"Views" zbierało różne opinie. Może i był to niezły album w kontekście zeszłorocznego rynku muzycznego, ale jak na potencjał Drake'a płyta była co najwyżej średnia, żeby nie napisać nawet, że słaba. Nie do końca zaprezentowała jego możliwości, a być może nawet sam raper/piosenkarz (proszę, wybierzcie sobie) nie przyłożył się w stu procentach do tamtego projektu. Tutaj jest trochę inaczej, bo nie dość, że wracamy do jego złotych czasów, to na dodatek dostajemy szereg nowości, o których wcześniej raczej byśmy nie pomyśleli.

Kluczem jest tutaj różnorodność i to nie tylko ta reprezentowana przez zebranych artystów na "More Life: A Playlist by October Firm". Śliczne synthpopowe "Passionfruit", będące swego rodzaju kontynuacją "Hold On, We're Going Home", miesza się z grime'owym "KMT", czy nawet delikatnie balearycznym "Madiba Riddim". Wszystko wykonane jest na najwyższym poziomie z gracją i piekielną dbałością o szczegóły, bo brzmienie nadane przez takich ludzi jak np. Boi-1da, 40 czy Frank Dukes, znowu dopieszczone jest do granic możliwości, ale bez przesadnej słodyczy i cukierkowości. "More Life" jest znakomitą wypadkową wszystkich wcześniejszych dokonań Drake'a, a pojedyncze numery kilku artystów jeszcze bardziej urozmaicają materiał i nie powodują poczucia straty czasu i nudy. 

Co z samym Drake'iem? Znajdą się i tacy, którzy będą narzekać, że znowu płacze i skomli w "Nothings Into Somethings" czy "Teenage Fever" (a tak przy okazji to chyba kojarzycie refren "If You Had My Love" Jennifer Lopez, nie?), ale i tak przecież trzeba potrafić, a mało komu w tej branży się to udaje. Szef OVO przyzwyczaił już do tego, że nawet po takich numerach potrafi za chwilę uderzyć z rasowo rapowanymi zwrotkami, tj. "Gyalchester" czy "Free Smoke".

Okej, Drake zaliczył formę zwyżkową, a co z zaproszonymi do udziału w "projekcie"? Skepta w odkrywczo zatytułowanym "Skepta Interlude" zostawia linijki na poziomie tych z "Konnichiwy". Gorszy nie chciał być inny ziomek z grime'owej branży z Wysp, Giggs, który w dwóch numerach stara mu się co najmniej dorównać. Jeszcze inny reprezentant Londynu - Sampha - udowadnia w "4422", że nieprzypadkowo jest obecnie najciekawszym soulowym głosem świata, chociaż przemyt emocji jest znacznie mniejszy niż na jego ostatnim albumie.

Kompletnym wypasem i zaskoczeniem jest... deep house'owy numer z Jorją Smith oraz Black Coffee. Największa "niespodzianka" na "More Life" jest również być może jedną z najbardziej intrygujących kooperacji ostatnich miesięcy. 

Piękne odbicie po dość przeciętnym poprzedniku jest przy okazji dowodem na to, że praca kilkudziesięciu osób przy jednym albumie wcale nie musi iść na marne. "More Life" może także wyznaczać nowy trend w wydawaniu albumów-playlist, tak jak jeszcze do niedawna było z modą na wydawanie albumów bez długich i wielkich zapowiedzi. Nawet jeśli inni nie pójdą za tegoroczną ideą Drake'a to i tak zapewne nic się nie stanie. Wymyśli się coś nowego, a tymczasem ktoś tutaj zbliżył się poziomem do "Take Care".

Drake "More Life", OVO Sound/Young Money/Cash Money/Universal

8/10

Dowiedz się więcej na temat: Drake

Reklama

Najlepsze tematy

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje