Recenzja Decapitated "Anticult": Spraw sobie lanie

Cmokanie po tyłkach zagranicznych gwiazd przy jednoczesnym łajaniu krajowych zespołów, którym nieroztropnie udało się coś osiągnąć, to od dawna polska specjalność. Przy okazji premiery "Anticult" Decapitated zapewne też się znów za coś oberwie. Wiem jedno, lanie, jakie sprawili mi swoją siódmą płytą zapamiętam na długo. Ba! Ja proszę o więcej!

Okładka płyty "Anticult" Decapitated

A jak to wygląda w szczegółach?

Reklama

Rozpoczynający płytę "Impulse" to faktycznie bodziec, którego intensywność nie pozostawia wątpliwości, że grupa rodem z Krosna nie wyrzekła się zaawansowanego technicznie grania o ogromnej sile rażenia. Z niebywałą żywiołowością sąsiaduje tu atonalna praca gitary, kreśląca charakterystyczne - jak to określa zespół - pejzaże, przechodząc w ciężar przywodzący na myśl radykalizm Meshuggah, by ostatecznie dokonać dzieła zniszczenia kapitalną solówką Wacława "Vogga" Kiełtyki. Bardzo wymagający początek.

Czymś zupełnie innym jest za to "Kill The Cult", najbardziej chwytliwy numer na "Anticult", ujawniający drzemiący w Decapitated, gdzieniegdzie wręcz rockowy potencjał do konstruowana przebojowej muzyki, która w idealnym świecie fanów metalu okupowałaby radiowe playlisty. Zabójczo ciężki riff z udziałem podwójnej stopy pruje tu dziarsko przez kolejne powtórzenia refrenu ze stadionową energią, znajdując swą puentę w postaci mocarnego groove'u.

Podobną pulsacją emanuje "Earth Scar", którego siła tkwi w prostocie otwierającego riffu i nastrojowym refrenie, potwierdzając tym samym kompozytorską dojrzałość Decapitated, która nie polega na bezdusznej ekwilibrystyce i przesadnym popisywaniu się umiejętnościami technicznymi, co bywa przecież u wielu kolegów po fachu pokusą, której trudno się oprzeć.

"Give it to us raw and wriggling" - jak powiedział Gollum do Sama w kontekście swoich kulinarnych preferencji. Nic dodać, nic ująć.

Miłośników amerykańskiego death metalu zainteresuje zapewne "Anger Line", z gęsto sypiącymi się blastami i kapitalnymi przejściami na bębnach Michała Łysejko. Swą wściekłością numer ten wraca poniekąd do starych czasów, a sama zwrotka z wypuszczonymi akordami budzi nieodparte skojarzenia z kanonicznymi zdobyczami florydzkiego death metalu na miarę "God Of Emptiness" czy "Where The Slime Lives". W kontekście całej płyty jest to więc znów coś innego.

Bardziej swojsko, czyli vaderowo, robi się za to w "Never", kompozycji na wysokich obrotach, inkrustowanej charakterystyczną melodyjnością w zwrotkach o - rzecz można - typowo polskich proweniencjach, prosto z warmińsko-mazurskiego bunkra. Przysadziste zwolnienie w środkowej części utworu podąża jednak za ocean, a uzyskany w ten sposób ciężar nie tyle kontrastuje, co uwydatnia jego ogólną bezkompromisowość.

Iście thrashowy silnik napędza z kolei "Deathvaluation", którego podstawowy riff o bluesowo-hardrockowym sznycie daje pewne pojęcie o tym, jak mógłby zabrzmieć Zakk Wylde, gdyby nagle zachciało mu się pograć thrash metal. Bezpretensjonalność i luzacki wręcz charakter tego motywu w mistrzowski sposób uzupełniają jednak firmowe, astralne pejzaże stanowiące swoisty kontrapunkt dla piorunującej gitarowej solówki i riffu w refrenie na wzór pewnego drapieżnika, grasującego niegdyś w okolicach Arlington w Teksasie. Nawet wokal Rafała "Rasty" Piotrowskiego - wspinającego się na tej płycie na absolutne wyżyny - przypomina tu słynnego Phila Anselmo.

"One Eyed Nation" to ponoć ulubiony utwór debiutującego na "Anticult" w szeregach Decapitated, nowego basisty zespołu Huberta Więcka, i przyznam, że wcale mu się nie dziwię. Czego my bowiem tutaj nie mamy: kosmicznie sugestywne wycieczki w abstrakcję, blackmetalowy wręcz riff w refrenie o mocno hipnotyzującym charakterze, oldskulowa miazga na modłę największych goliatów brutalnego death metalu z USA, a do tego awangardowe, niemal aberracyjne wątki z arsenału wizjonerów gatunku pokroju Atheist. Tym razem bez lewarowania szczęki już się nie obejdzie.

Przebicie "Blood Mantry", nad którą - z wrodzoną sobie powściągliwością - piałem na tych stronach z zachwytu niespełna trzy lata temu, wydawało mi się mało prawdopodobne. Na "Anticult" podopiecznym Nuclear Blast Records udała się jednak rzecz niemożliwa: nagrali album jeszcze bardziej różnorodny, jeszcze bardziej zapadający w pamięć i - co równie ważne - brzmiący wyjątkowo naturalnie, co w dziedzinie technicznego (death) metalu nie jest wcale tak oczywiste. Pół punktu odbieram więc wyłącznie po to, by nie spoczęli na laurach. Tego jednak nie musimy się chyba obawiać.

Decapitated "Anticult", Mystic Production

9,5/10

Dowiedz się więcej na temat: Decapitated | recenzja

Reklama

Najlepsze tematy

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje