Nie biorą jeńców, lecz nie miażdżą

SuperHeavy "SuperHeavy", Universal

Pierwsza połowa albumu gwiazdorskiego projektu pokazuje, że czasem da się powściągnąć rozpasane ego artystów. Nie udało się jednak uniknąć wielu grzechów supergrup.

Reklama

Istnienie SuperHeavy przez długi czas udało się utrzymać w tajemnicy, lecz kiedy sprawa wyszła na jaw, nie sposób było o niej nie usłyszeć. Ale w końcu nic dziwnego, niezbyt często powstają grupy w których na równych prawach funkcjonują tacy artyści jak Mick Jagger (wiadomo), Dave Stewart (połowa Eurythmics), syn Boba Damian "Jr Gong" Marley, Joss Stone i bollywoodzki kompozytor A.R. Rahman (nagrodzony Oscarami za ścieżkę dźwiękową do filmu "Slumdog. Milioner z ulicy").

Ten gwiazdorski projekt można potraktować jako kaprys Micka Jaggera, który najwyraźniej nie ma ochoty na ciąg dalszy pod szyldem The Rolling Stones i postanowił dać upust artystycznym pomysłom z młodszymi kolegami. Choć to frontman Stonesów wydaje się być naturalnym liderem SuperHeavy, show w dużej mierze kradnie młody Marley. W większości utworów przebija ciepła pulsacja (sekcję rytmiczną tworzą muzycy z zespołu Damiana), a syn króla reggae wyróżnia się nawet w utworze "Satyameva Jayathe", który miał być w założeniu popisem Rahmana. Do tego dodajmy fakt, że to na Jamajce zrodził się pomysł utworzenia supergrupy łączącej różne stylistyki muzyczne.

Czy to się udało? Raczej połowicznie. Zaczyna się bardzo obiecująco, manifestem "SuperHeavy", w którym każdy z muzyków ma chwilę do zaprezentowania swoich umiejętności. "Nie będziemy brali jeńców" - zapowiada nieco buńczucznie Joss Stone i wówczas nie ma powodów, by jej nie wierzyć. Z klasą buja singlowy "Miracle Worker", sporo energii zapewnia "Energy", w którym czeka się na wejścia Jaggera (dodatkowo odpowiada za partię harmonijki ustnej), wspomnienie ciepłego lata zapewnia "Beautiful People" z fajnie kontrastującymi wokalami Micka (życie odciśnięte na strunach głosowych) oraz Joss i Damiana (mięciutko wyścielający tło).

Dla zachodniego ucha niezbyt naturalnie wyszły popisy Rahmana - szczególnie "Satyameva Jayathe", który ociera się o pocztówkowo-bollywoodzki banał, a dodatkowo zaśpiewany w urdu (!) przez Jaggera robi raczej śmieszne wrażenie. Hinduski kompozytor jako ostatni dołączył do SuperHeavy i faktycznie to on ma najmniej do powiedzenia w tym projekcie. Na drugim tle pozostaje też Dave Stewart (słyszalny najbardziej za sprawą sola gitarowego w "Rock Me Gently"); szkoda niewykorzystanego do końca potencjału Joss Stone. Ta brytyjska wokalistka soulowa w ostatnim czasie znajduje się na zakręcie kariery i wydawało się, że SuperHeavy będzie dla niej katapultą z powrotem na szczyt. Żałuję, że koledzy tak rzadko pozwolili jej na wyjście do pierwszego szeregu.

Zobacz teledysk do singla "Miracle Worker":

W przeciwieństwie do wielu krytyków mam duży sentyment do solówki Micka Jaggera "Wandering Spirit" (jeszcze na kasecie...), dlatego słuchanie SuperHeavy sprawiło mi sporo frajdy. Trzeba jednak powiedzieć to jednoznacznie - Jagger na własny rachunek nie umywa się do Stonesów, tracąc więcej niż połowę potencjału (najbardziej przypominający stylem macierzysty zespół "Never Gonna Change" brzmi jak odrzut z grona nieudanych kompozycji legendy rocka). Jeśli nie macie nastawienia na wydarzenie wagi superciężkiej, to "SuperHeavy" zapewni Wam prawie godzinę przyzwoitej rozrywki.

Podczas krótkiej sesji nagraniowej powstało podobno prawie 30 utworów, z czego na podstawową wersję "SuperHeavy" trafiło 12 (wersja deluxe zawiera dodatkowo kolejne cztery piosenki). Kluczowe pytanie co stanie się z resztą nagranego materiału pozostaje otwarte. Po "SuperHeavy" chyba lepiej, by projekt pozostał efemerydą i kaprysem Jaggera. Mick, wracaj do Stonesów!

6/10

Warto posłuchać: "Miracle Worker", "SuperHeavy", "Beautiful People"

Czytaj recenzje płytowe na stronach INTERIA.PL!

Tajemnica Jej Królewskiej Mości - kulisy powstania SuperHeavy

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje