Przewodnik rockowy: Brian May - gitarowy astrofizyk

Dzięki dziś już chyba nieczytanej, a kiedyś uwielbianej przez młodych książce Juliusza Verne "W 80 dni dookoła świata", dowiedziałem się, że w Indiach, jeszcze w XIX wieku panował radosny zwyczaj... spalania żywej (choć oszołomionej narkotykami) wdowy wraz z ciałem jej zmarłego męża. Tym prostym sposobem, schodzący małżonek nie musiał się martwić, z czego będzie żyła jego była, a ewentualny majątek, zapewne bez specjalnych komplikacji, dziedziczyli jego synowie.

Powyższy wstępik powiłem, bo jak ulał pasuje do sytuacji, jaka dotknęła brytyjską Królową po śmierci jej Pana i Władcy. Oczywiście - bo w końcu pisuję o rocku - nie mam na myśli jakiejś mrocznej historii z dziejów dynastii Windsorów, lecz zespół Queen i jego frontmena - Freddiego Mercurego. No, a co to ma wspólnego z ponurym zwyczajem znad Gangesu? Ano to, że od dłuższego czasu mam poczucie, iż bardzo wielu, po śmierci Freddiego, postanowiło żywcem pochować trzech pozostałych członków słynnego kwartetu.

Gitara z guzików

Reklama

Do wzięcia się za Briana Maya skłoniły mnie aż dwa powody, pierwszy - już właściwie odrobinę zdezaktualizowany - czyli sobotni koncert Queen+ na stadionie we Wrocławiu i drugi - zbliżająca się wielkimi krokami 65. rocznica jego urodzin! Sześćdziesiąta piąta? Choć to trochę nie do wiary, ale jednak tak! Bo Brian urodził się był 19 lipca 1947 r. w Londynie. Jak przyszłość pokazała, pozostał jedynym dzieckiem małżeństwa Harolda i Ruth Mayów. Do szkół, jakoś nietypowo dla rock'n'rollowców, uczęszcza dość chętnie i do tego uczył się naprawdę dobrze, szczególnie matematyki oraz fizyki. Zanim poświecił się gitarowaniu i podśpiewywaniu, na Imperial College w Londynie zdążył zrobić, i to z wyróżnieniami, licencjaty z obu przedmiotów, a od października 2007 szczyci się też doktoratem z astrofizyki!

A propos muzykowania, to zanim zaczął się nim zajmować na poważnie, już jako 5-latek uczył się gry na fortepianie, a na siódme urodziny dostał od taty pierwszą gitarę. Co jest właściwie paradoksem, swoje pierwsze "prawdziwe" wiosło elektryczne zrobił (z pomocą taty) sobie sam, gdy miał lat 16. A co jest absolutnie niezwykłe, ów instrument powstał podobno (cytuję za Wikipedią) z: m.in. fragmentu starego piecyka, części motocykla i zwykłych guzików. Dorzucę jeszcze, że gdy w końcu konstruktor wydobył z niego dźwięk, okazało się, że zabrzmiał tak niezwykle, iż już na zawsze stał się on podstawową bronią w jego ręku (dziś Brian używa też jego replik). Aby dopełnić obrazu, wypada jeszcze dodać, że na niezwykłość popisów Maya na jego "Red Special" (tak nazwał swoje dzieło), ma też to, iż gitarzysta nie używa typowych piórek, lecz monet sześciopensowych!

Uśmiech Królowej

Ze wspomnień Briana Maya wynika, że pierwszym zespołem, z jakim współpracował, była grupa o orwellowskiej nazwie 1984 (w której wokalistą i basistą był Timem Staffell), a potem wspierał formację Left Handed Marriage. Wreszcie gdy był już w Imperial Collage (1968 r.), wraz ze wspomnianym Staffelem założył zespół Smile, którego perkusistą został ówczesny student medycyny - Roger Taylor. Gdy 1970 r. Tim odszedł, mikrofon przejął jego znajomy - Farrokh Bulsara, który dość szybko dał się poznać światu jako Freddie Mercury. A ponieważ brakowało im jeszcze basisty, to po przetestowaniu kilku muzyków postawili na zdolnego (elektronika z zawodu) Johna Deacona. I jeszcze jedno - wtedy nie byli już Uśmiechem lecz... Królową. No a co działo się przez kolejnych 20 lat, wie każdy.

To nie był koniec Queen

Gdy 24 listopada 1991 roku odszedł Freddie Mercury, większości fanów Queenu wydawało się, że ta data będzie ostatnią łączoną z nazwą ich ukochanego zespołu. Czas jednak pokazał, że wcale tak się nie stało. Bo oto 20 kwietnia 1992 r. na Stadionie Wembley w Londynie odbył się wielki koncert poświęcony pamięci Freddiego. Poza podstawową trójką instrumentalistów - już pod szyldem Queen+ - zaśpiewali: Joe Elliott (z Def Lepard); Roger Daltrey (Who); Gary Cherone (Extreme i Van Halen); James Hetfield (Metallica); Zucchero; Robert Plant; Paul Young; Seal; Lisa Stansfield; David Bowie; Annie Lennox; George Michael; Elton John; Axl Rose oraz Liza Minelli, a na gitarach zagrali (co można było odebrać jako sygnał, iż Deacon, May i Taylor wyjątkowo cenią ostrego, ciężkiego rocka): Slash z Guns N' Roses i Tony Iommi z Black Sabbath.

Elton John i Axl Rose w przeboju "Bohemian Rhapsody":


Nie do przecenienia jest też dzień 6 listopada 1995 r., kiedy to wydano ostatnią płytę Queen - genialny album "Made In Heaven". Warto wspomnieć, że ten krążek powstał z tematów zaśpiewanych przez już umierającego Mercurego, które wspaniale uzupełnili John, Brian i Roger (na podobnej zasadzie powstał wcześniej niezwykły LP The Doors - "An American Prayer: Jim Morrison").

Więcej niż koncerty

Wracając do Briana Maya, trzeba tu wspomnieć, że wprawdzie jeszcze w 1983 roku nagrał z pomocą Eddie Van Halena solową minipłytę "Star Fleet Project", ale tak naprawdę działalność na własny rachunek zaczął dopiero po śmierci Freddiego i złożyły się na nią dobre, a nawet chwilami bardzo dobre albumy studyjne, koncerty i... "coś więcej niż koncerty". Owe "coś więcej niż koncerty" to niezwykłe występy na niezwykłych imprezach organizowanych z bardzo różnych okazji. I tak 19 października 1991 r. zagrał w doborowym towarzystwie na Festiwalu Legend Gitary w Sevilli. Podczas spektaklu w pewnym momencie na scenie pojawił się m.in. Paul Rodgers.

Zapewne już po zejściu ze sceny obaj panowie co nieco przegryźli (bez znaczenia), wypili (mogło mieć znaczenie) i pogadali (miało znaczenie). W efekcie Brian pogitarował (obok m.in. Jeffa Becka, Davida Gilmoura, Gary Moore'a, Slasha) na rewelacyjnej płycie Paula "Muddy Waters Blues" i na kilku promujących ją koncertach. Już wtedy bardzo się polubili. Do następnej współpracy obu panów doszło 28 września 2004 r. podczas wielkiego koncertu z okazji 50-lecia powstania gitary Stratocaster. I podobno to właśnie wtedy w głowie Maya błysnęła pozornie szalona myśl, aby zaproponować przyjacielowi śpiewanie z Queen+. Zapewne znów coś przekąsili, coś wypili i pogadali.

Zasłużony Paul Rodgers

Zanim teraz szybko przeskoczę do meritum, muszę podkreślić, że dla znawców rocka Paul Rodgers jest postacią równie zasłużoną jak Freddie Mercury, tyle tylko, że nigdy nie zapuszczał się w regiony bliskie muzyki pop, stąd nie zabiegał o klasyczne hity na listach przebojów. Zasłynął jako 17 latek, gdy w 1968 r. został frontmenem grupy Free. Po jej rozpadzie proponowano mu śpiewanie w The Doors (za Morrisona) i w Deep Purple (za Gillana). Odmówił, bo postawił na własny projekt - Bad Company.

Odnosił z nim sukcesy (głównie amerykańskie) do 1982 r., gdy połączył swoje siły z Jimmym Pagem w ramach projektu The Firm. Natomiast w 1991 r. razem z Davidem Gilmourem i m.in. Crisem Rea utworzył formację o nazwie The Law. Później niezbyt często, ale regularnie, nagrywał bardzo dobre longplaye solowe.

Zapewne ktoś z czytających ten fragment zastanowił się czemu aż tak dokładnie opowiedziałem o Rodgersie. Odpowiedź jest prosta - bo w przeciwieństwie do większości ortodoksyjnych fanów Królowej, nie tylko nie oburzyłem się na pomysł powstania układu Queen+ Paul Rodgers, ale się naprawdę ucieszyłem. Raz, bo zapowiadało się, że będę miał szansę na usłyszenie kolejnych występów na żywo wielkiego zespołu (oklaskiwałem go jeszcze w 1987 r. w Berlinie), po drugie, bo (o czym wielu zapomniało) pojawiła się szansa na degustację utworów, których Freddie nigdy nie zaśpiewał na żywo (z płyt nagranych po 1987 r.) i po trzecie, bo znając talent Paula, spodziewałem się, że stare utwory w jego interpretacji nabiorą nowego, bardziej rockowego wymiaru. I tak się stało, o czym mnie przekonały wydawnictwa DVD i spektakl, który zaliczyłem w Pradze. A jakby tego było mało, zespół zdobył się na coś jeszcze odważniejszego, czyli na wydanie płyty studyjnej. I choć "The Cosmos Rocks" wielu specjalnie się nie podobał, to tak naprawdę ważne jest, że jest!

Czas na konkluzję. Otóż ponieważ wszystko to stukam jeszcze prze wrocławskim koncertem Queenu+ z Adamem Lambertem, więc nawet nie wypada mi oceniać zasadności tego projektu, stąd jedynym, co napiszę, jest wyrażenie nadziei, że młody (i podobno piękny) Amerykanin nie zawiedzie, czyli że tak zinterpretuje wielkie utwory, iż podobnie jak w wypadku Rodgersa nabiorą one całkiem nowego wyrazu. Oby!

God save the Queen+!

Jerzy Skarżyński (Radio Kraków)

Czytaj poprzednie odcinki "Przewodnika rockowego"!

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje