Damian Westfal, Interia Muzyka: Zacznijmy może nietypowo - zapraszasz na... ślub? Właściwie na trasę ślubną. Co się dzieje?
Zuta: - Zapraszam na istną celebrację miłości. Między wydaniem płyty a trasą koncertową faktycznie bierzemy z Maksem ślub. Ale spokojnie, nie jesteśmy aż tak szaleni, żeby zapraszać słuchaczy na samą ceremonię (śmiech).
To by było oryginalne. "Zutersi" na pewno by się ucieszyli.
- To wszystko przyszło bardzo naturalnie. Nie chcieliśmy robić z tej wyjątkowej chwili "tylko" jednego dnia i od razu przechodzić dalej. Lubię duże gesty, które są spójne z tym, co przeżywamy. A skoro nasze życie kręci się teraz wokół miłości - do siebie, do siebie nawzajem, do muzyki - to czemu tego nie celebrować z publicznością?
To która myśl była pierwsza? Ślub, płyta czy pomysł na trasę? Bo to, że wszystko się zbiegło, brzmi dość romantycznie... ale i strategicznie.
- Rzeczywiście, nigdy o czymś podobnym w Polsce nie słyszeliśmy, ale zbiegło się samo. I właśnie dlatego bardzo nam się to spodobało. Sama ceremonia będzie kameralna, rodzinna. A później - trasa. Trasa dla wszystkich, którzy chcą z nami świętować, nawet jeśli niekoniecznie wierzą w miłość, ale kochają muzykę.
Tylko pary?
- No pewnie, że nie. To jest o miłości w ogóle - przede wszystkim do samego siebie. O ślubowaniu miłości sobie. O tym, żeby siebie traktować jak największą miłość swojego życia.
Tak po ludzku - cieszysz się?
- O bardzo! Kocham moment życia, w którym teraz jestem. Tak piękny, że czasami aż trudno w to uwierzyć. Ta jesień - zamiast przygnębiająca, będzie dla mnie najbardziej ekscytującym okresem. Zresztą, może zimą dopiero dopadnie nas zjazd endorfinowy (śmiech). Teraz to jest jak burza - wszystko naraz, ale wszystko nasze, wymarzone, z sercem i wielką pompą.
Zaskoczyły cię reakcje słuchaczy na nowy singiel "Co za stan"?
- Trochę tak, bo niestety mózg człowieka działa tak, że najpierw szuka krytyki. Uczę się to zmieniać i przyzwyczajam się do tego, że dostaję pochlebne komentarze. Staram się dawać miłym słowom taką samą wagę jak słowom od hejterów. Ciepło, jakie nas teraz ogarnia, jest bardzo zaskakujące i wygląda trochę jak propaganda sukcesu. Mamy ogromne szczęście, że od początku trafiliśmy w show-biznesie na ludzi życzliwych, wspierających.
Łatwiej na pewno znosić krytykę, gdy masz obok siebie wspierającą osobę. A propos - gdzie jest teraz Maks?! Jesteście tak podzieleni, że on ogarnia ślub, a ty media?
- On by oszalał w takim podziale ról (śmiech). Poza tworzeniem muzyki Maks jeszcze ma zdalną, ale bardzo odpowiedzialną pracę w Poznańskim Centrum Superkomputerowo-Sieciowym, jest liderem zespołu. Z jednej strony umysł ścisły, z drugiej - niesamowity kompozytor. To jak on potrafi puścić wodze fantazji przy muzyce… jakbyś wskakiwał do basenu jego emocji i dźwięków. On jest pięknym człowiekiem - naprawdę mam wrażenie, że spotkałam pięć osób w jednej.
Dużo cię kosztowało, aby znaleźć się w tym momencie, w którym jesteś dzisiaj?
- Oj tak. Dosłownie i emocjonalnie (śmiech). Wiesz, ja od dziecka słyszałam: "Za głośno mówisz!", "Nie drzyj się tak!". Dziś, z perspektywy dorosłej osoby, zaczynam to sobie wszystko składać w całość. Rodzice pchali mnie jednocześnie do przodu. Do teatru, na taniec, do wszelkich aktywności scenicznych. Chyba jednak widzieli we mnie jakąś potrzebę ekspresji.
Pamiętasz moment przełomowy?
- Sąsiadka miała wujka pracującego w operze. Szukali dzieci do statystowania. Jej córka nie chciała iść sama, więc zapytała moją mamę, czy "Zuzia by nie poszła z nią". A ja? Ja zaczęłam się turlać po ziemi z ekscytacji! Dosłownie. Pamiętam wchodzenie tylnymi drzwiami do opery. Ten zgiełk: muzycy strojący instrumenty, śpiewacy ćwiczący swoje partie, zapach garderób, te tony butów u kostiumografek… Zakochałam się w tym świecie od pierwszego wejrzenia. I wtedy, mając pięć lat, po raz pierwszy naprawdę wiedziałam: nic nie da mi takiego szczęścia jak scena.
Ale na początku to była aktorska ścieżka, nie muzyczna.
- Skończyłam szkołę aktorską i nie czułam się do końca spełniona. Nagle pojawiła się ta przygoda z muzyką. Wydaliśmy jedną piosenkę i już tydzień później zagraliśmy nasz pierwszy koncert. W międzyczasie powstała cała EP-ka - w dwa miesiące! I kiedy stanęłam wtedy na scenie, śpiewając swoje piosenki, pomyślałam: "Jaka ja byłam głupia! Przecież ja wcale nie musiałam być aktorką". Cały czas mi się wydawało, że jak już zostanę znaną aktorką, to wtedy zacznę grać koncerty. I może ktoś z ciekawości przyjdzie. A tu się okazało, że ja tego nie potrzebuję - wystarczyło zagrać koncert i ludzie… po prostu przyszli. Bo chcieli mnie usłyszeć.
Czy muzyka dała ci coś, czego nie dało aktorstwo?
- Absolutnie tak. Muzyka dała mi poczucie, że jestem wystarczająca jako ja - bez roli, bez maski. W aktorstwie zawsze byłam kimś. W muzyce - jestem sobą. I to wystarcza. To była rewolucja w moim sercu i głowie.
Dlaczego więc nie opera? W końcu byłaś w niej jako dziecko zakochana.
- Kusiło mnie to. Wydawało mi się to ekscytujące, ale zawsze miałam niską barwę głosu i myślałam, że to mnie skreśla. No i miałam przez lata ten absurdalny wzorzec Ariany Grande w głowie. Myślałam: "Skoro nie brzmię jak ona, to na pewno się nie uda". A potem przyszedł Marcin Bors, z nim nagrywaliśmy nasze pierwsze single, i mówi: "Śpiewasz jak Miley Cyrus". I mnie zatkało. Bo to właśnie Miley uwielbiam! Wtedy zrozumiałam, że nie muszę być nikim innym. Muszę być Zutą. Nie wiem, dlaczego zawsze bierzemy sobie do głowy wzorzec, który jest kompletnie odmienny od naszego prawdziwego "ja". To smutny wewnętrzny sabotaż.
Masz odwagę. Bo przecież nie gracie oczywistego popu. Macie swój styl - trochę retro, trochę elektro, ale bardzo wasz.
- I to jest najważniejsze - że to jest nasze. Nic nie było robione "pod coś". To po prostu muzyka, którą mamy w sercach. Gdybym miała 20 lat, nie wiem, czy bym to uniosła. Dziś mam 30 i wiem, czego chcę, co lubię, a czego nie znoszę. To daje ogromną siłę.
Czyli ta odwaga przychodzi z wiekiem?
- Na pewno. Gdybym w wieku dwudziestu lat wpadła na pomysł, żeby dołączyć do branży muzycznej… szczerze, nie wiem, gdzie bym dziś była. I jak bym sobie poradziła. Z tym całym napięciem, które - naturalnie - pojawia się, kiedy tworzysz. Gdy jesteś młodszy, każda ocena potrafi uderzyć bardzo mocno. Dziś jesteśmy z Maksem razem, jesteśmy dojrzali, świadomi, wiemy, czego chcemy, co nas interesuje, a co już nie. Ta świadomość i wspólna kontrola nad naszym projektem daje niesamowite poczucie bezpieczeństwa. Bałabym się prosić złotą rybkę, żeby dała mi to samo, ale dziesięć lat wcześniej. Bo wszystko, co dobre, przychodzi we właściwym czasie.
Premiera płyty, ślub, trasa koncertowa… Intensywny czas przed wami.
- To prawdziwe błogosławieństwo. Ale też nie jest tak, że my to wszystko sobie sami zachłannie "nałożyliśmy na talerz". Po prostu… to do nas przyszło. Jak już podjęliśmy decyzję, że nasza pierwsza trasa będzie się nazywać "Trasa ślubna", to postanowiliśmy połączyć wszystko. W związku z tym moja specjalnie zaprojektowana suknia ślubna i elegancki, szyty na miarę garnitur Maksa to także nasze stylizacje na całą trasę koncertową.
I to też chyba zdejmuję trochę presji z samego ślubu?
- Zdecydowanie! Zawsze marzyłam o ślubie. Od pierwszych randek mówiłam Maksowi: "Będę mieć męża. Czy to ty, czy ktoś inny - nieważne. Ale żoną będę!" (śmiech). Oczywiście potem zmieniłam zdanie, bo… innego męża nie chcę. Tylko jego. Po graniu tylu koncertów zrozumiałam, że ślub nie musi być najważniejszym dniem mojego życia. Jest ważny, piękny, ale przecież tyle wspaniałych rzeczy jeszcze przed nami. Na scenie celebrujemy miłość. Mówimy o niej, śpiewamy, dzielimy się emocjami. To bardzo nas uwolniło od presji, od oczekiwań z zewnątrz. Zrozumieliśmy, że najważniejsze jest to, żebyśmy to my byli szczęśliwi. Reszta - to dodatek.

"Trasa ślubna" - co usłyszymy?
- Przede wszystkim utwory z naszego debiutanckiego albumu "To dopiero początek", ale sięgniemy też po kilka piosenek z naszej EP-ki, które fani bardzo lubią. Zapytałam naszych odbiorców, co chcieliby usłyszeć na poszczególnych koncertach. I odpisują! Dlatego program koncertów będzie nieco inny w każdym mieście. W jednym usłyszycie dany utwór, w innym coś innego. Więc najnowszy album wybrzmi w całości, a oprócz tego będą takie "smaczki".
Czyli każdy koncert będzie inny…
-Myślałam nawet, żeby zrobić bilety z pieczątkami - kto odwiedzi wszystkie koncerty, ten dostanie specjalny prezent. Zobaczymy. Ale już wiem, że ktoś się odgrażał, że planuje być na wszystkich!
Będą goście?
- Tak, w każdym mieście inni. Nie chcę zdradzać wszystkiego, ale niektórzy pojawili się też na płycie. Goście będą niespodzianką i będą mieli różne role na scenie.
Debiutancki album - czym różni się od waszej debiutanckiej EP-ki?
- Przede wszystkim tym, że miał czas dojrzeć. EP-ka była wyrzutem emocji zbieranych przez lata. Pisałam z myślą: "Muszę się teraz wypowiedzieć, bo może to jedyna okazja". Album długogrający to coś innego. To świadoma opowieść o naszym ostatnim roku, to co się u nas aktualnie dzieje. Czujemy, że wykonaliśmy pewną całość, która ma dla nas sens.
Słucham ciebie i widzę, jak mówisz to wszystko z ogromną radością.
- To był dobry rok, intensywny, bo w jeden rok złożyliśmy całą płytę. Myślimy, że druga płyta zajmie nam tyle samo, bo już zaczęliśmy na nią nagrywać jakieś pierwsze utwory.
Druga płyta w drodze?!
- Póki co cieszymy się z "To dopiero początek", ale rzeczywiście jeszcze przed premierą pierwszego albumu zaczęliśmy nagrywać kolejny. Wtedy do nas dotarło właśnie, że tempo jest zawrotne. Ale to dlatego, że jesteśmy w procesie i kochamy to.
Jesteś porównywana do Kory, do Maanamu. Co czujesz, kiedy to słyszysz?
- Na początku? Przerażenie. To przecież legenda. Nie miałam jak zapytać Kory, czy nie czułaby się tym urażona. Ale z czasem nauczyłam się przyjmować ten komplement. Zwłaszcza, że pada naprawdę często. Na jednym z koncertów w Mikołowie pewien pan, ewidentnie w stanie euforii (śmiech), przez cały koncert kibicował mi z widowni. I w pewnym momencie wykrzyczał z całego gardła: "Ty jesteś nasza nowa Kora!". I zrobiło mi się tak… wzruszająco. Bo on powiedział to z miłością, w imieniu ogółu.
Prawdziwy akt miłości. Facet dla ciebie zdarł sobie gardło.
- To są ogromne komplementy. I dają dużo radości. Zwłaszcza, że wszystkie te porównania dotyczą kobiet z autentycznością, dzikością i charakterem. Jeśli choć trochę udaje mi się to przekazać, to jestem szczęśliwa.








![Zaczął się Great September 2026. Zdążyłam się zgubić w Łodzi i jepepej [RELACJA]](https://i.iplsc.com/000NA5YR8IX8CYUE-C401.webp)


