Reklama

Reklama

"Wyzwanie podstawową jednostką energetyczną"

"Opherafolia" to zainicjowany przez zespół Pogodno na początku 2006 roku projekt artystyczny, wykonany na specjalne zamówienie teatru Capitol w ramach Przeglądu Piosenki Aktorskiej we Wrocławiu. Przedsięwzięcie oparte zostało na blogu @linki z Gryfina - "dziewczyny nad wyraz wrażliwej, ale zdemoralizowanej środowiskiem w którym przyszło jej żyć". Autorem blogu jest niejaki Jan Dzban. Muzyczny album "Opherafolia" to jeden z elementów całego projektu. Z okazji premiery płyty Artur Wróblewski rozmawiał z Marcinem Macukiem (wokal, klawisze) o wspomnianym przedsięwzięciu, zespołowych planach podbicia przestrzeni międzyplanetarnej, "concept albumach", blogach i rave'owym wcieleniu Pogodno.

Zanim zaczniemy wywiad, muszę podłączyć telefon do ładowarki, bo zaraz będę miał "low".

Miejmy nadzieję, że nasza rozmowa będzie "high"...

(śmiech) Dobra, już jest w porządku.

(śmiech) To zacznijmy. Wasz nowy album zawiera piosenki do spektaklu teatralnego. Powiedz mi kilka słów na temat tego przedsięwzięcia.

Kilka słów, jeśli chodzi o spektakl... Sprawa wygląda następująco. W 2006 roku dostaliśmy propozycje przygotowania czegoś niestandardowego, jeśli chodzi o zespół Pogodno, pod kątem Przeglądu Piosenki Aktorskiej we Wrocławiu. A już od dłuższego czasu chcieliśmy przeprowadzić taki teatralny eksperyment i pojawiła się super okazja.

Reklama

Jako zespół napisaliśmy scenariusz, którego inspiracją był blog niejakiej @linki. Przygotowaliśmy do tego muzykę i okazało się, że tych piosenek jest tyle, iż układają się w całość płytową. Jednak na samym początku nie mieliśmy ambicji, żeby robić z tego regularną płytę. Po spektaklu okazało się, że bardzo się to spodobało widzom i w ogóle wszystkim dookoła. I tak doszło do jej wydania...

Powiedziałeś, że już wcześniej mieliście pomysł na teatralny eksperyment. Jak poważne były to plany? Mieliście już gotowy scenariusz czy były tylko niewyraźne zarysy całości?

Nie, to były tak zwane wolne myśli. To była bardziej ochota, żeby zmierzyć się z czymś nowym, bo w tym zespole generalnie wyzwanie jest podstawową jednostką energetyczną, tak to ujmę. Już raz mieliśmy okazję przygotowywać słuchowisko radiowe, niedawno pisaliśmy piosenki do filmu. No i przyszła kryska na matyska. Po prostu... (śmiech). Padło na teatr.

Co będzie w następnej kolejności?

Następnym razem będziemy się zastanawiać jak zrobić, żeby się wystrzelić w kosmos (śmiech). I zagrać koncert w przestrzeni międzyplanetarnej.

Ambitne plany (śmiech)... Powiedz mi czy fakt, że pisaliście muzykę do przedstawienia narzucił wam pewną formułę pracy czy raczej pozwolił na jeszcze poważniejsze eksperymenty?

Dla nas największym ograniczeniem był czas. Ten spektakl przygotowywaliśmy przez 3 miesiące: od w ogóle rzucenia propozycji i zarysu idei do premiery. A jak ktoś miał okazję pracować w teatrze to wie, że przez 2 miesiące nad sztuką to się pracuje jak jest tekst gotowy, jak już wiadomo jak to ma wyglądać, jest wizja reżysera...

A myśmy mieli 3 miesiące na absolutnie wszystko. I to był nasz organizacyjny determinant. Trochę się podzieliliśmy zadaniami, ale i tak pracowaliśmy bardzo, bardzo intensywnie. Do tego kontrolowaliśmy takie rzeczy, jak wybór aktorów, wszystkie logistyczno-organizacyjne sprawy. Zatem to był absolutny amok! Przez 3 miesiące to był amok na poziomie 230 procent normy.

Rozumiem, że nie spaliście zbyt wiele...

Nie no, spaliśmy. Bo my to w ogóle śpiochy jesteśmy. Śpimy dużo, ale jak trzeba, to praca wre...

A jak podobała ci się praca w teatrze?

Wiesz co... To jest taka rzecz... Jak mi się podoba, kurka? My doprowadziliśmy to do momentu, gdy znaleźliśmy reżysera i on był łącznikiem pomiędzy zespołem a tym, co dzieje się na scenie. Myśmy tego nie reżyserowali, myśmy bardziej na to wpływali. Bardzo intensywnie wpływali. Ale nie byliśmy technicznie przygotowani do tego, żeby przekazać coś aktorom, scenografowi, i tak dalej...

Praca była o tyle zajebista, że się nauczyliśmy strasznie dużo. Na przykład tego, że forma przekazania czegoś na scenie przez aktora teatralnego, a forma wyrażania na scenie muzyka to są absolutnie dwie inne dziedziny. Aczkolwiek można się wzajemnie inspirować i czegoś od siebie nauczyć.

Wspomniałeś, że album "Opherapholia" stanowi całość. Ja sobie pozwolę pójść trochę dalej i podciągnąć trochę na siłę płytę pod hasło "concept albumu" lub "rock opery". Czy masz jakiś ulubiony album, który określany jest właśnie tym mianem?

Wiesz co, ja w ogóle lubię albumy, które pamięta się w całości. I jeżeli one są tak zwanymi "concept albumami" to OK. Takim przejmującym przykładem jest na pewno "Dark Side Of The Moon" Pink Floyd. To na pewno. Z drugiej strony podoba mi się konceptualizm Madonny. Ona z premedytacją, powiedziałbym żydowskim wyrafinowaniem, tworzy koncepcję albumu: brzmieniową czy tekstową. I według niej konstruuje całość.

Ale koncepcja "rock opery" kojarzy mi się raczej z jakimś pawiem takim nieciekawym...

Mnie również...

Właśnie... Tutaj mówię raczej o konceptach, o płytach zapamiętywanych w całości, a nie przez jedną piosenkę. A takich płyt jest całe mnóstwo: "OK Computer" Radiohead, "Revolver" Beatelsów, pierwsza płyta Underworld ["dubnobasswithmyheadman" - przyp. red.], Rage Against The Machine... Tych płyt, które pamięta się w całości jest trochę...

"Opherapholia" oparta jest na blogu @linki. Blog jako forma wyrazu stał się już zjawiskiem socjologicznym i czymś powszechnym. Co według ciebie stanowi o fenomenie blogów?

Ludzie mają - paradoksalnie w dobie internetu - straszną potrzebę kontaktu z drugą osobą. A to jest troszeczkę taka forma rozmowy bez rozmowy. Bo blog przecież jest formą pamiętnika, którego nie chowa się do szuflady. Jego forma jest właśnie taka, ale ambicją każdego "blogersa" czy też "blogowicza" (śmiech) jest to, żeby usłyszał o nich cały świat. Druga, trzecia, piąta, dziesiąta osoba... Wydaje mi się, że istnieje najprostsza w świecie potrzeba komunikacji. I fajnie, że coś takiego istnieje.

Potrzeb komunikacji z jednej strony, a z drugiej fakt, że w blogu można napisać cokolwiek, coś niezgodnego z rzeczywistością...

Oczywiście, ale nikt nie zdefiniował, że blog jest twórczością stricte autobiograficzną... Blog jest... Chociażby biorąc przykład @linki - przecież tej postaci nie ma. Tak naprawdę nie znamy nawet osobiście człowieka, który "operuje" @linką...

Myślałem, że poznaliście Jana Dzbana...

Dokładnie, Jan Dzban. Nie, my się kontaktujemy tylko internetowo. Nie mamy nawet pewności, czy to jest facet...

Utwory z "Opherapholii" mają już kilkanaście miesięcy. Czy fani mogą spodziewać się wkrótce nowego wydawnictwa Pogodno? Macie pomysł na nowy projekt, oczywiście poza koncertem w przestrzeni międzyplanetarnej (śmiech)?

(śmiech) Z tym kosmosem to jest tak, że tam najlepiej byłoby zagrać muzykę elektroniczną (śmiech). I taka będzie następna płyta. Nasze działania determinować będą zabawki, które sobie kupiliśmy lub zamierzamy sobie kupić. W ten sposób chcemy odkleić się od takiej pracy, którą zajmowaliśmy się ostatnio. Czyli pracy z człowiekiem, pracy na instrumentach analogowych. Absolutnie elektronicznie będziemy to drążyć i to też ma być taki "concept album". Jest pomysł na to, a piosenki przyjdą w trakcie.

To będzie coś, co "wisi" nam już od kilku lat i nigdy nie ma czasu tego zrealizować. A tak naprawdę to będzie ukłon w stronę naszego perkusisty [Jarosława Kozłowskiego - przyp. red.], który jest fanem muzyki rave i za każdym razem staraliśmy się nagrywać takie piosenki. A jak już udało nam się coś takiego zrobić, to okazywało się, że one nie nadają się na płytę. Polecimy po prostu po całości coś takiego. Trudno mi mówić co będzie. Na pewno jest pomysł. Od koncepcji wyjdziemy, a co się wydarzy? Nie wiem. Mam nadzieję, że jak co roku nagramy płytę i wydamy ją w 2008 roku.

Wspomniałeś o muzyce rave... Ten gatunek przeżywa na Wyspach renesans...

To nie ma żądnego związku z tym, nawet opowiadając ci o nowej płycie też sobie o tym pomyślałem, że ty sobie tak pomyślisz. Czytałem o tym jakiś artykuł, że rave powraca w wielkim stylu. Myślę, że jeśli dziennikarze o tym piszą, to bardziej oni nakręcają koniunkturę na przywołanie jakiejś kultury.

Wydaje mi się, że to jest związane z faktem ogromnej "napaści" muzyki gitarowej. A naturalną koleją rzeczy jest to, że formuje się tak zwana grupa opozycyjna w stosunku do "gitarzystów" i może okazać się, że już wkrótce chłopcy grający na klawiszach będą wyznaczać kierunki. A renesans rave'u jest troszkę nakręcony przez dziennikarzy. Zobaczymy, czas pokaże. A jeżeli my mielibyśmy się wpasować w ten nurt, to nieświadomie...

"Opherapholię" wydał Mystic. To może być dla wielu zaskoczenie. Wcześniej byliście w mejdżersie, teraz wydajecie płyt w labelu kojarzonym z muzyką metalową...

Tu jest taka kolejna rzecz, która nas bawi i cieszy... Ludzie się dziwią, że taka metalowa wytwórnia i dlaczego... My zawsze, kiedy musimy się z kimś związać i rozpocząć współpracę, patrzymy na człowieka. Dostaliśmy cynk od Macio Morettiego, który powiedział nam, że jest taki chłopak [Michał Wardzała - przyp. red.] i wydaje metalową muzykę, ale ma ochotę się trochę "odfreszować", że tak powiem. Szukał zespołów, a my wtedy szukaliśmy wydawcy.

Rozmawialiśmy z różnymi ludźmi z naszego towarzystwa, którzy nam mówili: "No co wy? Jak to metalowa wytwórnia? Przecież to nie ten target". A my jako zespół starający się zawsze wkładać kij w mrowisko, postanowiliśmy się spotkać z chłopem.

Okazało się, że zostaliśmy zaczarowani. Po pierwsze, pasją faceta do muzyki którą wydaje. Wiesz, ja tam nie słucham death metalu, ale szanuję go za to, że jest totalnie temu oddany. On się na tym zna. A co więcej, umie robić to tak, że na tym zarabia. Nasza współpraca nie ma najmniejszego posmaku pańszczyzny, układu feudalnego. Tam po prostu jest akcja, że jak ktoś chce wydawać i drugiej stronie się to podoba, to to się wydaje. Długo się nad tym nie zastanawialiśmy.

Oni powiedzieli nam czego oczekują, my przedstawiliśmy im własną wizję i okazało się, że nasze drogi zbiegły się w jednym momencie. Styl preferowany przez wytwórnię nie jest tu żadnym kluczem. Po prostu ktoś chce coś zrobić i to idzie. Życzyłbym tego wszystkim zespołom, żeby się nie szufladkowali. Jeżeli grają muzykę gitarową to nie znaczy od razu, że mogą wydawać płyty tylko w dajmy na to Guitar Records (śmiech).

Oczywiście masz rację (śmiech). Dzięki za rozmowę.

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje