Węże: "Postanowiliśmy zaszokować i trochę nam się oberwało" [WYWIAD]
Zespół Węże na scenie działa od 2021 roku. Początkowo wydawali w niezależnej wytwórni Peleton Records oraz koncertowali m.in. z amerykańskimi formacjami Show Me The Body czy The Armed. Przed marcową premierą ich debiutanckiego krążka "First Pit", wybraliśmy się do Warszawy, by spędzić z muzykami dzień i... przy okazji zrobić coś szalonego. Więcej o nowej płycie, budzącym kontrowersje kontrakcie i nastrojach na scenie hardcore'owej dowiecie się z poniższej rozmowy oraz dużo bardziej złożonego wideo!

Tymoteusz Hołysz, Interia Muzyka: Sporo się zmieniło u was od naszej ostatniej rozmowy. Co się wydarzyło?
Mateusz Holak: Totalnie, tylko rzeczy, które się wydarzyły dopiero niedługo zostaną tak naprawdę odkryte. Przede wszystkim ten zespół nabrał jakiegoś spójnego składu, który został wypracowany przy nagrywaniu tego albumu, bo nagrywaliśmy go na setkę w studiu. Wcześniej nasze nagrania były zrobione w formie demo, patchworkowo, czyli jedna osoba nagrała bębny, później wysłała to dalej. Na pewno Marcin i ja od początku musieliśmy się dogadywać na niektóre rzeczy, znajdować coś, co do siebie pasuje, później więcej osób było zaangażowanych. Jeśli chodzi o mnie i Czachę, no to mamy już taki sound...
Paweł "Czacha" Baranowski: Bardzo świadomy.
MH: Totalnie. Wokal na płytę nagraliśmy na mikrofonie dynamicznym. Nie było tam takiej rzeźby. Marcin nie moduluje głosem tak, jakby tego nigdy nie zrobił na żywo, tam nie ma przeprodukowania. Myślę, że to jest podstawowa różnica. Druga rzecz to, że pograliśmy trochę. Takim kształtującym doświadczeniem, które się wydarzyło po drodze, było granie trasy z z Show Me The Body. Obserwowanie takiego zespołu daje więcej niż...
PB: 1000 przesłuchanych płyt.
MH: Tak. Mogliśmy posłuchać od nich takich rzeczy, których ludzie mogą się tylko domyślać. Czyli jak wygląda życie zespołu, który jest tak popularny, a jednocześnie jeździ po trasie w Europie i gra w miejscach na 400 osób. Oni nam naprawdę mega dużo poopowiadali i dla mnie to było ważne, że powiedzieli: "ej dobra, róbcie swoje, jedźcie na Outbreak". Dali nam też takie rady, które ciężko będzie wprowadzić w życie szybko, ale twierdzili, że Outbreak to był najbardziej kształtujący dla nich moment.
PB: To jest kapela, która totalnie nie gryzie się w język i obcowanie z nimi i wsparcie od nich na pewno pchnęło naszą kapelę do tego wszystkiego. Potem pojawił się ten drive do nagrania płyty i sfinalizowania tego etapu.
MH: No ja czuję, że dzięki doświadczeniu grania przed nimi, trochę się ośmieliłem w niektórych rzeczach. Na przykład tym, żeby nie szukać inspiracji tam, gdzie nas chcą, tylko żeby grać to, co nam się najbardziej podoba.
Ale jednak zdecydowaliście się na podpisanie kontraktu z majorsem. Jak w ogóle do tego doszło? To nie jest tak oczywiste, żeby hardcore'owy zespół podpisał się z dużą wytwórnią.
PB: To jest historia jak z filmu. Po prostu na koncercie, na Great September znaleźli się, A&R-rzy z Polydoru - Paweł i Kuba.
MH: Właściwie to A&R i szef.
PB: Dokładnie i nawiązaliśmy kontakt. Od słowa do słowa wyszło, że jest taka opcja i możliwość i skorzystaliśmy z tego.
MH: To jest w ogóle niepowtarzalna sytuacja. Z tego co wiem to przed nami nami nie było sytuacji, w której w Polsce jakaś wytwórnia typu major podpisałaby kontrakt z zespołem hardcore'owym. Trzeba też pamiętać, że my nie szczypiemy się w język i mówimy "dobra to jest Universal", ale prawda jest taka, że to sublabel i że nie dostaliśmy warunków gwiazdorskiego kontraktu. My jesteśmy podpisani na licencję na 2 albumy. Po pierwszym albumie będziemy renegocjować część umowy, a ten pierwszy przynieśliśmy już nagrany do wytwórni.
No właśnie, ten album był już nagrany. Ile label wam pomógł?
PB: Pomógł nam finansowo spiąć finalizację tego projektu.
MH: 2/3 my przynieśliśmy i brakowało 1/3 do budżetu, żeby w sumie zamknąć film, który jest dodatkiem do płyty. No ale tak sobie wymyśliliśmy, że trochę to musiało kosztować. Prawda jest taka, że dostaliśmy pieniądze na zasadzie zaliczki, jak byśmy poszli do banku, tylko jest na dużo lepszych warunkach, ponieważ w banku nikt nie posłuchałby wyjaśnienia, że wydamy płytę i ona będzie zwracała ten hajs. Uważam, że zostaliśmy potraktowani adekwatnie do sytuacji, do tego, jak może się potoczyć, czyli nikt nie obiecał nam złotych gór i dużo musimy robić sami. Trzeba wspomnieć o tym, że my cały budżet, który zarabialiśmy na graniu przez te 4 lata odkładaliśmy na kupkę i wszystko wydaliśmy na nagranie tej płyty i filmu. Nie było tak, że coś nam wpadało z festiwali czy coś. To powinno być tak, że zespół dostaje jakąś gażę, natomiast nasz zespół jest świadomy tej sytuacji i tego, że trzeba inwestować. Wszyscy mieli świadomość, że prawdopodobnie będziemy musieli sobie sami zapłacić za tę płytę. Fajnie, że się pojawiło takie wsparcie na koniec, bo już byśmy musieli wyłożyć po prostu z hajsu, który zarabiamy tak, jak ja z Czachą tutaj, ja z grafiki, Pysz z bycia szefem szefów.
PB: Na pewno byśmy to dopięli, kosztowałoby nas to więcej pieniędzy i stresu.
MH: Poza tym fajnie mieć partnera takiego na 100%. Nasza poprzednia wytwórnia, z którą zresztą mamy oficjalną sztamę - Peleton Records, to jest bardzo butikowa sytuacja. Oni byli w stanie usprawnić nasze działania, na przykład przy bookingu, pomogli nam pozyskać te wszystkie tematy koncertowe, szczególnie na początku. To było jedyne wsparcie dla nas i jesteśmy mega wdzięczni chłopakom. Od pewnego etapu już taka mała wytwórnia może tylko trzymać kciuki i mówić "go girl!", ale pewnie domyślasz się, że nie ma opcji, żeby nawet kilka koła chłopaki wyłożyli i poczekali aż się zwróci. Oni mają sami swoje kapele i tak pozwolili nam zacząć robić merch i go sprzedawać, ale na tym etapie po prostu skorzystaliśmy z tego, że ktoś zaproponował nam trochę więcej tej pomocy.
Sam fakt, że jesteście zespołem hardcore'owym u majorsa budzi spore emocje. Czujecie, jakąś presję na sobie?
PB: To jest ciężkie pytanie. Jako takiej presji raczej nie czujemy, bo ta kapela naprawdę od podstaw jest taka, że tworzymy z altruistycznego podejścia i z potrzeby ekspresji. Chyba udało nam się tyle zrobić przez to, że nie staramy się udowodnić niczego.
MH: Ta kapela nie ma biznesplanu. Należy sobie policzyć, co można mieć z faktu posiadania siedmioosobowej hardcore'owej kapeli w Polsce. Na pewno można mieć dużo funu, na pewno trzeba nosić dużo ciężkiego sprzętu, na pewno trzeba, jak się okazało czasami tłumaczyć, jak się powie, że się gra hardcore, ale to jest właśnie urok tego, że to jest niszowy gatunek i wielu osobom cały czas na nim zależy. To nie jest to, co się stało na przykład w rapie, gdzie już zniknął ten próg, że ktoś ci powie: "hej, to nie jest hip hop". W hardcorze nadal są ludzie, którzy długo długo walczyli w totalnym undergroundzie, gdzie nie było żadnych możliwości.
W jaki sposób wpłynęły jeszcze na was koncerty z Show Me The Body?
PB: To była pierwsza trasa i pierwsze koncerty po uformowaniu się nowego składu, wcześniej grały z nami chłopaki z Peletonu. Później przez to, że tam mieli dużo innych zespołów odpuścili granie i tutaj były pierwsze nasze koncerty w nowym składzie, który też dał nową energię temu projektowi. To był chyba taki moment kulminacyjny.
MH: W naszym składzie jest Pysz i Czacha, czyli osoby znające w dużej mierze scenę przez granie w kapelach i długoletnie znajomości. Do pewnego momentu był to jakiś ciężar, jak nazywać to, co gramy. Nasze brzmienie wcześniej nie było jeszcze takie ugruntowane i mieliśmy taki trochę vibe, że dobra, "to może mówmy, że to jest punk", albo "mówmy, że to po prostu jest muzyka alternatywna", ale prawda jest taka, że po tamtym spotkaniu i po tym, co się stało właśnie w studio, zaczęliśmy mówić, że gramy hardcore punk. Przestaliśmy unikać tego określenia, skoro już tak dużo detali ewidentnie nawiązuje do tej muzyki. Nie jest tak, że za wszelką cenę chcemy komuś udowodnić, że jesteśmy w klimacie, ale dostaliśmy od nich jakieś wsparcie, w tym myśleniu. Może jesteśmy sklejką jakichś różnych ludzi, ale taka fajna kapela nie traktuje nas jak wyrodnego kuzyna, tylko wręcz przeciwnie. Te wszystkie historie nas wsparły w tym, że nie musimy się martwić o to, jak to nazywamy, skoro jest to najbardziej adekwatne do tego, co my chcieliśmy.
Ale jednak wywiad u Winiego wywołał sporo kontrowersji. Pojawiały się tam komentarze, że jesteście industry plantami.
PB: No tak, były takie głosy, ale to jest totalnie oderwane od rzeczywistości. Wydaje mi się, że bycie industry plantem w naszym przypadku się nie spina w żadnym procencie. To, co wydaliśmy, nasz image, zrobiliśmy to wszystko przed tym, jak dostaliśmy propozycję od Polydoru. Ludzie pewnie tak mówią, bo nie wiedzą, jak to wszystko działa. To nie jest tak jak w filmach, że przychodzi wytwórnia i mówi ci, że od teraz masz zrobić to, bo się sprzedaje. Ciężko, żeby wytwórnia, która miałaby być nastawiona na zarobek, chciała zarabiać z kapeli hardcore'owej. To jest chyba mało prawdopodobne. To jest chyba takie uszczypnięcie w naszą stronę ludzi, którzy mają jakieś przeświadczenie na nasz temat.
MH: Ja prędzej bym się utożsamiał z określeniem industry farmer niż industry plant. Pracowałem w wytwórniach muzycznych, wprawdzie właśnie niezależnych, nie udało mi się popracować w majorsie, ale dla majorsa owszem. Jeśli chodzi o nasz zespół, to po pierwsze to, co Czacha powiedział, że wyobrażenie ludzi o karierze współprowadzonej z wytwórnią jest już trochę zdezaktualizowane. Mamy jakieś marzenia w stylu zagrania trasy na powiedzmy 6 koncertów i żeby mieć na to budżet, albo zrobić winyla. To jest takie coś, że jak dojdziemy do tego punktu, to będę czuł, że to sukces. No i jak to się ma do tego, że ktoś ci gada, że już jesteśmy w branży? Ludzie mogą myśleć, że my mamy jakąś pensję z muzyki.
No ale jednocześnie jesteście częścią hardcorowej sceny i współtworzycie ją w zgodzie z tymi wartościami. Graliście niedawno typowo charytatywny koncert na skłocie.
MH: Tak, u nas już przetoczyły się rozmowy na ten temat. Uważam, że jeśli chodzi o takie zespołowe działania, to nie jest tak, że nie mamy jakichś problemów, które mają też zespoły mniejsze lub większe, raczej ich nie omijamy, albo one nie omijają nas. Myślę, że chcemy o te swoje małe środowiska dbać. Gdybyśmy uważali, że najlepiej byłoby się z nikim nie dogadywać, nie chodzić na wybory i mieć wszystko gdzieś, to pewnie prędzej byśmy powiedzieli, że gramy punk rocka. Z metalem też raczej filozoficznie nie sądzę żebyśmy się utożsamiali.
PB: Chcemy, żeby to funkcjonowało naturalnie. Mieliśmy audycję w Radiu Kampus z Matim - "Moshing Heads". Skupiliśmy się tam na puszczaniu fajnych niszowych kapel z Polski i nie tylko. Myślę, że to wszystko dąży do tego, żeby jak najfajniej się działo w tym środowisku.
Jakie są według was teraz, najciekawsze polskie kapele?
MH: Statystyki naszej audycji powiedziały, że Lochy i Smoki, chociaż to zespół, który jest bardziej emo, alternatywny.
PB: Ale z hardcore'owych kapel, to Hollowman jest teraz bardzo popularny, oczywiście Jad.
MH: Schizma
PB: Ohyda to też fajna kapela.
A co musiałby zrobić zespół, żeby stracić licencję na hardcore?
MH: No chyba już to próbujemy to zrobić. Myślę, że wywiad w limuzynie, jeszcze ja złote zęby w gębie i szemrana przeszłość w branży muzycznej. Chłopaki i praca w branży reklamowej. Trochę na tym wywiadzie zaryzykowaliśmy, ale raczej nie pozwolilibyśmy sobie na takie coś, gdyby to nie miało później uzasadnienia. Wini gra w naszym filmie. Z tobą gadamy merytorycznie. Chcielibyśmy, żeby statementy były pełnymi zdaniami, a u Winiego pada pytanie "co najbardziej hardcore'owego zrobiliście". To może wkurzyć kogoś, kto reprezentuje tę kulturę. Było tam było 7 osób, czasami wchodziliśmy sobie w słowo. Mam nadzieję, że nigdzie nie padło jakieś określenie, po którym jednoznacznie można by nam przypisać łatkę ignorantów, którzy nie szanują tej sceny, bo absolutnie tak nie jest.
Najbardziej zabolało chyba odbiorców, że macie właśnie kontrakt z majorsem.
MH: Tak, jeśli by się okazało, że na przykład możemy coś z tego mieć, To też nie będziemy się bali o tym powiedzieć. Jest w nas jakaś potrzeba buntu i uważam, że w okolicznościach, w których się znajdujemy, w sensie, że wkurzyliśmy ludzi, że powiedzieliśmy niektóre rzeczy wprost, jest to jakiś paradoks. Z jednej strony ten gatunek ma jakieś ramy, które my szanujemy, a z drugiej postanowiliśmy troszkę zaszokować i trochę nam się za to jednak oberwało.
To nie jest nasz pomysł, żeby polemizować z tą taką, subkulturową częścią. Jeśli dostaniemy możliwości, żeby pograć coś na skłotach i żeby uczestniczyć w takich akcjach, my się chętnie dołożymy, jeśli będzie można, w tym rozumieniu scenowym, ale będziemy też rozwijać się jak każdy zespół, który chce robić coraz większe ruchy, mieć zaplecze i nie musieć odkładać każdego 5 zł, żeby sobie zrobić później merch.
Pozwolę sobie ponowić pytanie Winiego, tylko chciałbym, żeby nie wybrzmiało tak żartobliwie. Przeciwko czemu wy się buntujecie?
MH: Można powiedzieć, że ja się totalnie odbiłem od rapu. Marcin też miał taki epizod, ziomował się z Sokołem. Mam wrażenie, że inspiracją dla tego zespołu było to, żeby móc wyrażać inny statement niż ten, który obowiązywał i tak mocno rozwinął hip hop. Rap na początku był dla mnie był świetnym gatunkiem, fascynującą sprawą, bo grałem indie w stylu Myslovitz. Wyobraźmy sobie, że Rojek nagle zaczyna nawijać o tym, jakiego deala odrzucił, albo ile zarobił. Język, z którego się wywodzę jako tekściarz, był raczej nastawiony na poezję. Później rap mnie wciągnął, bo nagle można było wypowiadać się na tematy kapitalizmu, poruszać tematy, na które nie było miejsca u nas.
Hardcore, to, co się zaczęło wytwarzać między mną, a Marcinem, to wszystko jest właśnie nastawione na komentowanie świata z perspektywy emocji. Ten bunt to nie jest raczej bunt polityczny, chociaż Marcin akurat nie odmawia sobie różnych statementów. Mieliśmy też piosenkę "Putin". Jak tylko wystartowała akcja światowego kryzysu, z którym ten człowiek jest utożsamiany, to naszą reakcją było, żeby zrobić piosenkę na ten temat. To nie był jedyny sposób, w jaki ludzie z naszego zespołu zareagowali, ale myślę, że taki, który właśnie chyba odpowiada na te pytania, przeciwko czemu się buntujemy.
Moim zdaniem nasza twórczość to odpowiedź na to, czego innego chcieliśmy od muzyki od pewnego momentu. Nie wiem, czy można się buntować w stosunku do muzyki, ale dla mnie to jest naprawdę 90% życia. Nawet jeśli zajmuje się teraz trochę bardziej zawodowo modą. To moda z czego się wywodzi - z muzyki. Dla mnie influencerem jeśli chodzi o stylówę zawsze będzie muzyk. Modelki, kreatorzy mody, to wszystko jakoś działa, ale ci kreatorzy też musieli trafić na takich wariatów jak Sex Pistols, Lou Reed, David Bowie. To muzyka najbardziej wpływa na modę i to jest mój świat. My jesteśmy zespołem, a nie korporacją, nie ustalamy wspólnego frontu. Każdy buntuje się na coś osobiście i łączy nas to, że nie jesteśmy ignorantami. Nikt z naszej kapeli nie ma podejścia, że po prostu ma mu się żyć dobrze i ma gdzieś, jak żyje się ludziom z jego otoczenia.
PB: No tak, ostatnie teksty napisane przez Bartusia do nowego materiału są mega głębokie i to jest w sumie bunt przed rzeczywistością, przed tym, z czym dealują wszyscy, czyli emocjami, tak, jak Mateusz powiedział. Nasz ostatni singiel "Jest mi za ciepło" nawiązuje do takiego stłamszenia. Pokazuje trochę beznadzieję sytuacji.
MH: Na pewno też nie chcielibyśmy być kapelą z dydaktycznym vibem. Jest dużo takich zespołów, które biorą sobie na sztandar "to, tamto i siamto". My nie jesteśmy taką kapelą. U nas jest 7 indywidualistów na scenie, nawet jeśli nie każdy z tych indywidualistów ma taki sam wkład w te rzeczy, które robimy, to jednak respektujemy to. Dla mnie dobrze jest, gdy zespół nie ma jednoznacznej odpowiedzi na to pytanie.
PB: To jest po prostu potrzeba tworzenia i wyrzucania emocji niż przemyślane działanie.








