We Watch Clouds: "Określanie siebie mianem artysty jest trochę na wyrost" [WYWIAD]
We Watch Clouds to jedna z najciekawszych formacji polskiego screamo - od lat wierna piwnicom i DIY-owej scenie, a jednocześnie coraz częściej widoczna na dużych festiwalach. Spotkaliśmy się na Next Fest w Poznaniu, żeby porozmawiać o dekadzie grania, scenowej społeczności, odejściu od języka angielskiego i o tym, dlaczego nie chcą nazywać siebie artystami.

Tymoteusz Hołysz, Interia Muzyka: Jesteście na scenie w zasadzie ponad dekadę. Jak patrzycie na ten okres jako całokształt? Co was zachwyciło, co was rozczarowało, co chcielibyście zmienić?
Artur Tomczyński: To bardzo trudne pytanie. Nasze podejście do muzyki się nie zmieniło, ale to też nie jest tak, że gramy dekadę w tym samym składzie. Tak naprawdę wspólnie tyle czasu gram z Maćkiem, który jest moim bratem. Miejsce, w którym jesteśmy teraz, i to, że możemy się świetnie bawić, grając chociażby tutaj na festiwalu czy na kilku innych, to coś, czego dekadę temu raczej sobie nie wyobrażaliśmy. Ale granie w piwnicach i mniejszych miejscówkach wciąż cieszy nas tak samo.
Artur Koszałko: Ja gram w We Watch Clouds od 7 lat i przez ten czas chyba najbardziej zaskoczyło mnie to, ile fajnych aktywności nas spotkało. Między innymi to, że mieliśmy okazję zagrać na festiwalach, co kiedyś wydawało mi się w ogóle niewyobrażalne. Zagraliśmy na OFF Festivalu, zagraliśmy na Soundrive, teraz mamy okazję wystąpić na Next Fest. Bardzo nas cieszy, że taka muzyka - która chyba nie jest jakoś super przystępna - ma możliwość dotarcia do szerszej publiczności.
No właśnie, bo screamo to raczej nie jest gatunek, który cieszy się ogromną popularnością w mainstreamie, ale ma bardzo silną i oddaną niszę fanów, którzy utrzymują go w Polsce. Jaką macie relację z tą sceną?
Maciek Tomczyński: Rzeczywiście, często widzimy te same twarze na naszych koncertach. Nawet jeśli gramy z dnia na dzień w różnych miastach, to faktycznie pojawia się kilka osób, które za nami jeżdżą. To oczywiście bardzo miłe. Ale takie miejsca jak to, czy inne festiwale, pozwalają też nowym ludziom - czasem nawet przypadkowo - przyjść na nasz koncert, zobaczyć, jak to wygląda i z czym to się je. To bardzo fajna sprawa, bo potem mamy okazję z tymi osobami porozmawiać. Na przestrzeni tych wszystkich lat widzimy też, że to się trochę zmienia. Coraz więcej osób otwiera się na cięższą, mocniejszą i agresywniejszą muzykę. I to jest super.
Deklarujecie jako zespół bardzo konkretne poglądy. Jak ta postawa kształtuje wasze decyzje odnośnie koncertów, promocji i rozwoju zespołu?
Artur Koszałko: Za teksty odpowiada Artur, więc zaraz na pewno powie więcej o warstwie lirycznej. Wydaje mi się jednak, że główny pogląd, jaki reprezentujemy, sprowadza się do tego, by po prostu nie być złym człowiekiem i budować wokół siebie zaangażowane społeczności. To, co najbardziej cenię w tym zespole i na naszych koncertach, to poczucie, że my i publiczność jesteśmy w tym wszystkim razem. To mnie najbardziej porusza. Czy jesteśmy zespołem o zdecydowanych poglądach? Prywatnie na pewno je mamy, ale nie wiem, o jakie dokładnie poglądy pytasz.
Na Bandcampie macie zadeklarowane otwarcie to, o czym wspomniałeś - nie bycie złym człowiekiem. Sprzeciw wobec rasizmu, homofobii czy seksizmu. Często oczekuje się od artystów takich deklaracji, a mimo wszystko w mainstreamie potrafią one przejść bokiem.
Artur Tomczyński: W bańce, z której się wywodzimy - czy to muzycznie, czy osobiście - tego typu poglądy są oczywiste. Czasami wręcz zastanawiamy się, czy w ogóle warto o nich mówić na koncertach. Jeśli ktoś już przyszedł na taki koncert, to najpewniej zgadza się z nami, bo, jak wspomniałem, dotyczy to całej sceny. Nasze poglądy są dokładnie takie, jak można przeczytać na Bandcampie. Przyjmujemy to za pewnik, więc nie jesteśmy w tej kwestii jakoś bardzo wojujący.
Z drugiej strony, jeśli chodzi o warstwę liryczną, jako autor większości tekstów powiedziałbym, że są one bardzo osobiste, czasami wręcz intymne. Może osoba z zewnątrz odbierze je inaczej, ale dla mnie zawsze za każdym kawałkiem stał jakiś konkretny pomysł. Mówię tu o najnowszej płycie, ponieważ autorem tekstów na naszym poprzednim albumie jest nasz były wokalista, Kacper.
Piszecie po angielsku. Co daje wam wybór języka angielskiego w przeciwieństwie do tego, co oferuje język polski?
Artur Tomczyński: Trochę wyjdę przed szereg - wybór angielskiego wydawał mi się stricte praktyczny. Po pierwsze, w tym języku po prostu łatwiej pisze się teksty. Po drugie, łatwiej je dzielić na sylaby i wkomponować w to, co układamy na instrumentach, przez co lepiej brzmią. Jesteśmy jednak w trakcie robienia nowych kawałków i pisania tekstów, które będą już po polsku. To dla nas pewne wyzwanie i krok naprzód. Postanowiliśmy odejść od angielskiego. Czy z sukcesem? Zobaczymy.
"resumé" było bardzo intensywne, "It's All So Vibrant Now It's Sickening" wydaje się nieco bardziej melancholijne w odbiorze. Czego możemy spodziewać się po nowej muzyce?
Artur Koszałko: W tym momencie mamy zrobione cztery numery, choć nie gramy ich jeszcze wszystkich na żywo. Nie mamy chyba nawet końcowej wizji, cały czas tworzymy materiał. Ciężko powiedzieć, jaki dokładnie będzie. Wydaje mi się, że wciąż melodyjny, ale będzie po polsku, co w pewien sposób odziera to z takiego filtra. Język angielski ułatwia sprawę, zwłaszcza artystom. Wow, użyłem w stosunku do nas słowa "artysta".
Nie uważacie się za artystów?
Artur Koszałko: Nie. Uważam się za chłopaka, który po prostu skacze z gitarą. Nie uważam się za artystę.
Maciek Tomczyński: Podzielam zdanie chłopaków. Gramy już tyle lat, a moje podejście do tworzenia muzyki wciąż jest takie samo. Po prostu spotykamy się raz czy dwa razy w tygodniu w salce prób i gramy. Robimy to, co lubimy. Określanie siebie mianem artysty jest trochę na wyrost.
Jan Boguszewski: Jeśli chodzi o ten nowy materiał, staramy się też nie wpadać w pułapki. Może dlatego idzie nam to dość wolno. Nie chcemy grać tego samego, co wcześniej, tylko dlatego, że znamy jakiś trik czy konkretny układ palców na gryfie. Próbujemy z tego wyjść, grać inaczej i na nowo odkrywać muzykę.
Jeszcze na chwilę wrócę do tematu artysty. Co w takim razie trzeba robić, żeby w waszych oczach móc nazywać się artystą?
Artur Koszałko: Okrutnie trudne pytanie. Mam problem z tym, żeby się jakoś sklasyfikować, dlatego pewnie nie lubię tej łatki. Mam wrażenie, że artysta to osoba, która postrzega wszystko przez pryzmat sztuki. Ja taki nie jestem. Nie wiem, czy chłopaki się pod moją definicją podpisują.
Artur Tomczyński: Dla mnie artysta to ktoś natchniony, kto ma szeroką wizję i bardzo spójny pomysł na to, co robi. Dla nas z kolei to jest po prostu bardzo przyjemne hobby, dzięki któremu możemy dokładać swoją cegiełkę do różnych mniejszych i większych oddolnych inicjatyw. To jest super. Gdyby tego zespołu zabrakło w naszym życiu, pewnie byłoby nudniej, ale to nie jest żadna artystyczna misja, a przynajmniej ja tego tak nie traktuję.








