Tymoteusz Hołysz, Interia Muzyka: Jak się macie?
Milkie Way: Dobrze, choć jestem trochę na kacu. Przyjechaliśmy na festiwal już wczoraj, więc spotkaliśmy mnóstwo znajomych, no i... popiłam
Sam Matlock: Kiedy wracałaś do busa, naprawdę wyglądałaś, jakbyś ostro wczoraj zaszalała.
I jak wam się podoba pierwsza edycja Summer Punch Festival?
MW: Jest super. Dopiero dziś rano ktoś mi powiedział, że to pierwszy rok ich działalności. Zawsze miło widzieć, jak powstają nowe festiwale.
Minęło trochę czasu, odkąd przeszliście na swoje. Jak się z tym czujecie, teraz gdy w końcu możecie robić, co tylko chcecie?
MW: Pod pewnymi względami jest to o wiele mniej stresujące, a pod innymi znacznie bardziej.
SM: Ale nie jesteśmy już niezależni.
MW: od jakichś dwóch tygodni.
SM: Podjęliśmy współpracę z wytwórnią indie. Problemem dla nas nigdy nie były wytwórnie same w sobie, ale to, że obecnie wszyscy są po prostu leniwi. Pewnie dlatego, że uzależnili się od małych maszynek z AI w swoich smartfonach, które robią wszystko za nich. Tak czy inaczej, pracujemy teraz z nową wytwórnią, mamy w drodze nowy album i bardzo nas to ekscytuje.
Biorąc pod uwagę to, co teraz wiecie o majorsach, podpisalibyście z nimi kontrakt ponownie?
MW: Nie ma mowy.
SM: Rzecz w tym, że ja już wcześniej byłem w "majorsie". Grałem w innym zespole pod szyldem Sony BMG, więc miałem już to doświadczenie za sobą, a mimo to zrobiłem to ponownie. One po prostu potrafią uwieść. Zadaniem A&R-owca jest zachęcić zespół, by podpisał z nimi kontrakt. Ale te wytwórnie są obecnie zbyt duże i nie mają czasu, by odpowiednio poświęcić się artystom. Dziś nie ma tam miejsca na rozwój zespołu.
MW: Łatwo zginąć w morzu tego całego chłamu wielkich wytwórni.
Jak zatem bycie w niezależnej wytwórni wpływa na wasze pisanie piosenek, swobodę twórczą i te wszystkie rzeczy?
MW: W ogóle nie wpływa. Po prostu napisaliśmy płytę, a potem daliśmy im ją i zapytaliśmy: "To jest nasz album, chcecie to wydać?". Zrobiliśmy to w odwrotnej kolejności, bo zazwyczaj najpierw się podpisuje papier, a potem zaczyna tworzyć materiał.
SM: Oni nie mieli nic do gadania w naszym procesie twórczym. Wargasm zawsze będzie istniał tylko dla siebie samego i dla fanów Wargasm. Nigdy nie będziemy tworzyć muzyki pod czyjeś dyktando. Gdyby nawet spróbowali się wtrącić, to by mnie to tylko wkurzyło i sprawiło, że zrobiłbym ten materiał jeszcze bardziej w stylu Wargasm. Kiedy ktoś mówi nam: "Może spróbujecie napisać taki klasyczny refren?", to odpowiadam: "Wal się, stary". Teraz dajemy same potężne bity.
Czyli odchodzicie od tego rockowego brzmienia?
SM: Myślę, że mamy teraz fobię na punkcie standardowej muzyki rockowej. Pamiętasz, jak parę lat temu wszyscy mówili, że raperzy to nowe gwiazdy rocka? Nie sądzę, by mówiono tak dlatego, że raperzy stawali się jakoś nagle bardziej sławni. Stawali się gwiazdami, bo muzyka rockowa stała się zastała i nudna. Jeśli usłyszę jeszcze jeden standardowy breakdown djentowy na pustej strunie z podwójną stopą, to chyba zrobię sobie krzywdę, albo wszystkim w pomieszczeniu, a potem sobie. Zawsze nazywano nas oryginalnym zespołem, choć sam nigdy tak o nas nie myślałem, uważałem, że po prostu łączymy to, co nam się podoba. Ale teraz faktycznie szukamy oryginalności i próbujemy stworzyć coś świeżego. Wszyscy wokół rzucili się teraz na wizualizacje w stylu kaset VHS i tym podobne rzeczy. To mega dziwne, że ludzie tak mocno uzależnili się od życia w przeszłości. Mamy 2026 rok. Żyjmy w 2026 roku. Żyjmy w przyszłości.
Te nostalgiczne podróże i trendy bywają czasem bardzo irytujące.
MW: Łatwo się w tym zatracić, bo nostalgia bardzo uzależnia.
Wasz ostatni singiel ukazał się prawie rok temu, a nowy album jest tuż za rogiem. Czego możemy się spodziewać... oprócz bitów? Po nowej płycie i po koncercie?
MW: Testowaliśmy trochę nowych kawałków na naszych ostatnich headlinerskich koncertach. Ludzie świetnie się przy nich bawią, więc może zagramy dziś parę z nich na żywo. Mamy tylko 30 minut, z czego nie jestem zadowolona.
SM: Milkie nienawidzi wycinać numerów z setlisty.
MW: Zrobimy, co w naszej mocy, żeby wszystko upchnąć.
SM: Pewnie sam to rozumiesz. Za każdym razem, gdy tworzysz coś nowego, myślisz sobie: "O, następnym razem mogę to zrobić trochę inaczej". To trochę jak ostrzenie noża na najwyższy połysk. Nowy album to po prostu ostrzejszy Wargasm. Odrzuciliśmy całe zbędne elementy, zrezygnowaliśmy z rzeczy, o których wcześniej myśleliśmy "To było fajne, ale nie brzmiało jak my". Jest zdecydowanie agresywniej i ciężej. Spokojnie, wciąż są tam gitary! Ale ta agresja jest bardziej w naszym, londyńskim stylu. Objechaliśmy świat ze trzy razy od ostatniej płyty, wróciliśmy do domu, wyciągnęliśmy wnioski i przypomnieliśmy sobie, że jesteśmy z Londynu.
To też nie jest wasz pierwszy raz w Polsce. Macie jakieś specjalne wspomnienia z koncertów u nas?
MW: Tak, jeden z naszych ulubionych koncertów w ogóle to był nasz pierwszy występ jako headliner w Warszawie. W Hydrozagadce, chyba tak nazywa się ten klub? Po tym pierwszym koncercie w Warszawie zostaliśmy w małym hotelu tuż obok klubu i piliśmy wino chyba do siódmej rano. Graliśmy też w Krakowie i pamiętam, że ludzie dosłownie wchodzili tam na sufit. Uwielbiamy Polskę, mamy stąd same fantastyczne wspomnienia.
Kilka miesięcy temu wydaliście też album koncertowy nagrany w Londynie. Co sprawiło, że tamten konktretny występ był dla was taki wyjątkowy?
SM: Milkie chciała zrobić imprezę bez telefonów. Mnie z kolei nie do końca podobało się to, jak do tamtego momentu wyglądały nasze koncerty, chciałem, żeby to było większe show. Na Denmark Street w Londynie jest taki klub, który ma mnóstwo ekranów i genialny system dźwiękowy, często używany do imprez elektronicznych i rave'ów. Bardzo chciałem wrzucić Wargasm w to konkretne środowisko, zwłaszcza że sami tworzyliśmy nasze wizualizacje. Nie mam zamiaru nikogo obrażać, ale za każdym razem, gdy widzę jakiś zespół z wielkimi ekranami, lecą tym całym kiczem - na ekranach pojawia się robot CGI, a w połowie setu nagle wyskakuje "O nie, system został zainfekowany!". Wygląda to jak słaba zrzynka z Resident Evil.
Brzmi to jak złośliwy prztyczek w stronę Bring Me The Horizon. (śmiech)
SM: Nie widziałem ich wizualizacji, ale widziałem całą masę lokalnych zespołów w Londynie, które próbują to robiły
MW: Każdy chyba trochę chce kopiować Bring Me The Horizon.
SM: Widziałem ich na Reading i to było wspaniałe, ale czasem, kiedy widzisz, że wszyscy coś robią, po prostu masz ochotę pójść w zupełnie odwrotną stronę. Więc my poszliśmy w klasyczny klimat 2D i duże, gładkie kolory.
MW: Ale głównym założeniem był koncert bez telefonów i wszyscy to pokochali! To była jedna z najlepszych nocy w moim życiu. Chcieliśmy to nagrać, żeby z jednej strony uwiecznić naszą ciężką pracę, a z drugiej - pokazać ludziom, których tam nie było, co stracili.
W jaki sposób zachęcalibyście ludzi do nieużywania telefonów w trakcie koncertów?
MW: Po prostu, trzymajcie je w kieszeniach.
SM: To dzisiaj taki głośny i poważny temat, co jest komiczne, bo przecież rozwiązanie jest banalnie proste. Nikogo by to nie obchodziło, gdyby ktoś po prostu zrobił krótkie nagranie na pamiątkę. Ale kiedy grasz dla 600 osób w Berlinie, a 400 z nich stoi nieruchomo i kręci kilkuminutowe, filmiki, to jaki to ma w ogóle sens? Zespoły przestały grać nowe kawałki na żywo przez to, że chwilę później lądują na YouTube w słabej jakości. To nie jest sposób, w jaki artysta chce prezentować swoje dzieło. To tak, jakby malarz stworzył obraz i włożył do galerii dwupikselową miniaturkę. Muzyka traci na żywotności. Rozłącza to więź między nami a publiką i zaczynasz się czuć jak małpa w zoo.
To też dziwnie wygląda, kiedy stoisz na końcu sali i jedyne co widzisz, to morze świecących ekranów.
SM: Dokładnie. Choć fani Wargasm i tak nieźle sobie z tym radzą. Niczego na nich nie wymuszamy.
MW: po prostu dajemy drobną sugestię.
SM: No, a poza tym... moim miłym sposobem na ten problem jest to, że sam zabieram ludziom telefony w trakcie występu. (śmiech)
MW: Jeśli stoisz w pierwszym rzędzie i jesteś wystarczająco blisko, wyrwę ci telefon z rąk, położę na scenie i oddam dopiero po koncercie!
SM: Co prawda parę razy oddałem je potem niewłaściwym osobom... Co może trochę wyglądać na kradzież, ale jestem z Londynu. Jak komuś się to nie podoba, niech spróbuje coś z tym zrobić! (śmiech)
MW: Ty dostajesz nasze show, ja biorę twój telefon.
Bardzo mi się to podoba. Jeśli macie na koniec coś jeszcze do przekazania waszym fanom w Polsce, to jest ten moment.
MW: Jazda! Pierogi! A teraz idę napić się Tyskiego. Zróbcie to samo. Niedługo wrócimy.












