Reklama

"To jak włożyć sobie jaja w imadło"

"Nie wiemy po prostu, czy damy radę fizycznie" - mówią o przyszłości brytyjskiego zespołu Iron Maiden jego członkowie.

Muzycy wydali niedawno album "The Final Frontier", który zadebiutował na 1. miejscu brytyjskiej listy bestsellerów płytowych. Bruce Dickinson i spółka podkreślają, że jest to najbardziej progresywne wydawnictwo w ich dorobku.

Reklama

Czy podeszliście inaczej do grania i pisania piosenek na ten album w stosunku do poprzednich?

Adrian: - Można powiedzieć, że poza utworem otwierającym, druga, trzecia i może też czwarta piosenka są dosyć standardowe. Byliśmy w komfortowej sytuacji, weszliśmy w specyficzny tryb robienia rzeczy na poprzednich albumach i pomyślałem, że byłoby miło spróbować czegoś innego. To samo kiedy grasz, my robimy dużo solówek, więc fajnie jest mieć się od czego odbić. Jeżeli cały czas grasz to samo, zaczynasz grać w ten sam sposób, więc przy kilku okazjach trochę zamieszaliśmy, grając na 7/8 albo coś takiego. Nie robiliśmy tego wcześniej a to napędza inne pomysły.

Dave: - Sądzę, że kiedy fani posłuchają pierwszego utworu powiedzą "Woah - to brzmi zupełnie inaczej niż Maiden", ale kiedy już wejdziesz w muzykę, to jest to przypuszczalnie jeden z najbardziej rytmicznie progresywnych albumów, jakie zrobiliśmy. Jest tyle zmian! Szczególnie z punktu widzenia Nicko, schematu perkusji, weszliśmy na inna ścieżkę.

- Są oczywiście momenty, które są wybitnie w stylu Iron Maiden. To Adrian wymyślił te wszystkie progresywne przejścia i uważam, że wyszło to zespołowi na dobre, więc brzmi to jak Iron Maiden, a jest rok 2010. Nie brzmimy jak Iron Maiden z lat 80. Jest to świeże podejście. Steve zawsze myśli o tym, w którą stronę piosenka idzie, przy okazji zastanawiając się już nad następną. Mieliśmy wolną rękę tak naprawdę. Wchodziliśmy i próbowaliśmy wszystkiego, co nam przyszło do głowy, mieliśmy pomysł albo tylko część pomysłu na piosenkę. Można było wejść, dorzucić swoje trzy grosze i albo wyjdzie, albo nie. Jest dużo wolności na tym albumie i dużo pomysłów - sądzę, że się udało.

Powiedzcie coś o nagrywaniu albumu. Jak to wyglądało?

Steve: - Było bardzo miło, ponieważ wróciliśmy do Compass Point Studios a nie byliśmy tam od 1986 roku. Nagraliśmy tam trzy płyty. Było wspaniale, dobrze się bawiliśmy. Panowała naprawdę dobra atmosfera. Pracowaliśmy w dwóch oddzielnych pomieszczeniach. Włożyliśmy cały sprzęt do jednego, więc byliśmy w stanie być w tym samym pomieszczeniu w słuchawkach. Normalnie nie znosimy słuchawek, ale system Kevina Shirleya był naprawdę dobry i od pierwszej nuty brzmiało to fantastycznie! Najlepszy system do słuchawek jaki kiedykolwiek mieliśmy. Praca szła płynnie, było bardzo łatwo bo graliśmy i mieliśmy świetny kontakt ze sobą. Było to naprawdę miłe doświadczenie.

"Satellite 15... The Final Frontier" jest zupełnie nie podobne do czegokolwiek, co stworzyliście wcześniej - skąd ten pomysł?

Steve: - Adrian miał wstępny pomysł na piosenkę, rzeczy na wejście, a później ja to przejąłem i złożyłem z pozostałą częścią, napisałem tekst i złożyłem to w całość. Nie wiem, czy tego początkowo oczekiwał Adrian, ale kiedy to usłyszał powiedział: "Wow, nie o to mi chodziło, ale brzmi to dobrze". Dobrze nastraja na całą płytę, jest inna, ekscytująca, ciemna i kosmiczna w tym samym czasie.

Adrian: - Mam studio w domu. Siadłem i pisałem codziennie przez miesiąc, ale to akurat nie jest jedna z rzeczy, które stworzyłem. Nie wiem, skąd się to wzięło, jest dosyć ciężka, trochę bardziej współczesna, zdecydowanie inna od naszych poprzednich produkcji. Zagrałem wszystko, co miałem zagrać. Steve ma wizję końcową dla płyty, jemu się to podobało i chciał to jako utwór początkowy, ale chciał też żeby brzmiało to inaczej, jako coś oddzielnego. Trochę się bawiliśmy, grając to całym zespołem, wzięliśmy to z mojego studia i dodaliśmy wokale.

"El Dorado" wydaje się bardzo adekwatną nazwą do obecnego klimatu dla finansów...

Bruce: El Dorado... to było dziwne. Mój ojciec jakieś pięć lat temu siedział w swoim bujanym krześle i mówił, że to wszystko skończy się płaczem, że wszystko się rozpadnie i wszyscy skończą z niczym. Dla mnie to jest już trzecia duża recesja. Pierwsza była na początku lat 70, kiedy wyłączono prąd dla całego kraju i wszyscy używaliśmy świec przez trzy dni w tygodniu. Następna była za urzędu Margaret Thatcher, kiedy to stopy oprocentowania poszybowały w górę i wiele ludzi straciło swoje domy. Wszyscy kupili domy myśląc, że domy idą w górę, kup dom, jego wartość zawsze rośnie, niekończący się wzrost, nic go nie powstrzyma, a tutaj wyszło jak w kasynie. Ludzie zagrali w kasynie swoimi życiami...

- "El Dorado" jest o ludzkiej naturze. Jest to opowieść ponadczasowa. Ktoś mówi, że ulice są ze złota, ale tak nie jest, a w tym czasie on odpływa na swojej łódce. Każdy ma swój kajak, ale tylko ja mam wiosło. Przepraszam, poszedłem za daleko już trochę. Wykonujemy "El Dorado" podczas trasy i jest dosyć prosty poza ciężkim wokalem, kiedy przychodzi refren. To koszmar, to jak włożyć sobie jaja w imadło i ścisnąć bardzo mocno. Moja wina, ja to napisałem!

Powiedzielibyście, że ten album jest bardziej progresywny w stosunku do waszego ostatniego albumu studyjnego?

Steve: - Muzycznie jest jeszcze bardziej progresywny niż poprzedni. Zmierzaliśmy w tę stronę, zawsze był taki element w naszym zespole, ale na dwóch albo trzech ostatnich albumach poszliśmy jeszcze bardziej w tym kierunku. Im dalsze utwory na płycie, tym bardziej progresywne się stają. To taki naturalny rozwój dla nas. Nie wiem, czy ma to związek z tym, że jesteśmy już starsi i nie wiem, czy bylibyśmy w stanie napisać piosenkę naprawdę progresywną, ale nasze utwory stają się raczej dłuższe niż krótsze. Nie wiem z czego to się bierze...

Janick: - Każdy album, który nagrywasz, to ekscytująca chwila, ponieważ wnosił nowe pomysły i jest to wyznacznik tego, gdzie się teraz znajdujesz. Tworzysz całość, najlepszy album, jaki jesteś w stanie i ja jestem z niego bardzo zadowolony, to świetnie brzmiąca płyta. Uważam, że otwiera ona nowe ścieżki dla zespołu. Zespół musi być jak żywy organizm, musisz się z nim poruszać, nie możesz patrzeć wstecz i parodiować siebie, musisz odkrywać nowe pola. Myślę, że my to robimy, z każdym album chcemy brzmieć inaczej. Jest na tym nalepka Iron Maiden, zawsze będzie to brzmiało w ten sposób, to w końcu ten sam zespół, Nicko na perkusji, Steve gra... To zawsze będzie brzmiało jak Iron Maiden, ale ważne jest, aby zaprowadzić tę muzykę w inną strefę bez utraty tożsamości i wydaje mi się, że udało nam się to po raz kolejny i jestem z tego bardzo dumny.

W trakcie waszego ostatniego światowego tournee podróżowaliście swoim własnym samolotem - co zostało udokumentowane w "Flight 666" - jak to wspominacie?

Steve: - Być na pokładzie 757 Ed Force One to coś wspaniałego. Na pewno było to bardzo stresujące dla Bruce'a, to on ustawiał wiele rzeczy z innymi ludźmi i nie był w stu procentach pewien, czy cały sprzęt się zmieści i logistycznie wszystko wypali. Fakt, że wszystko poszło gładko, był wielką ulgą. Wszystko wyszło wspaniale. Oczywiście, bez znaczenia, czy jesteś w prywatnym samolocie czy nie, to długie dystanse męczą. Jak wszyscy już wiedzą, rozchorowaliśmy się, więc to też było nieprzyjemne.

- Pierwsze dwa tygodnie trasy są zawsze ciężkie, więc wtedy nic kręcimy, może dopiero pod koniec. Wtedy już jesteśmy bardziej zgrani, w ciągu pierwszych kilku tygodni pojawia się wiele presji, bez której można by się obejść . Jest to coś, przez co trzeba przejść, ale bawiliśmy się świetnie. Wspaniale jest odwiedzać różne miejsca. Fakt, że mogliśmy lecieć, gdzie chcemy i kiedy chcemy, jest niesamowity i potem ciężko jest wrócić do latania komercyjnymi liniami ze wszystkimi kontrolami i problemami z bezpieczeństwem.

Tytuł może sugerować, że to wasza ostatnia płyta...

Steve: - Miejmy nadzieję, że nie jest to Ostatnia Granica, jak sugeruje tytuł. Wiedzieliśmy, że ludzie będą się zastanawiać, czy jest to początek końca czy już koniec. Miejmy nadzieję, że nie, że damy radę pograć jeszcze kilka lat tak, jak chcemy. Ja na pewno chciałbym nagrać jeszcze jedną płytę, nie wiem, czy reszta chłopaków czuje to samo, ale chyba tak. Nie wiemy po prostu, czy damy radę fizycznie, czasowo, bo będziemy na długiej trasie z tą płytą, a są po drodze jeszcze inne przeszkody, więc zobaczymy, jak będzie, ale nie widzę powodu, dla którego nie mielibyśmy wydać kolejnej płyty.

EMI Music Poland

Reklama

Dowiedz się więcej na temat: Iron Maiden | pomysł | Nie | rzeczy | Po prostu | jaja

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje