Rafał Samborski, Interia Muzyka: Słyszałeś o przepowiedni The White Buffalo Calf Woman - kobiety w postaci białego cielęcia bizona?
The White Buffalo: Tak, oczywiście. Dla indiańskich plemion Lakotów to taki znak nadziei. Mistyczna kobieta schodzi z nieba, zmienia się w bizona i przynosi ludziom nadzieję i dobrobyt. Ale nie chcę, żeby odbierać nazwę The White Buffalo jako zawłaszczenie kulturowe, bo to nigdy nie było moją intencją. Po prostu mój znajomy rzucił mi nazwę "A może The White Buffalo?". A ja pomyślałem: "No, to lepsze niż Jake Smith". Pomyślałem raczej: jestem dużym, nietypowym białym facetem. Nie znałem tej historii, kiedy przyjąłem nazwę, ale bardzo szybko dowiedziałem się wszystkiego, co wiąże się z białym bizonem. Jestem nim już jakieś 25 lat. Widziałem też film z Charlesem Bronsonem.
O to też chciałem zapytać (śmiech).
To bardzo, bardzo zły film. Tam jest taki animatroniczny bizon. Na pewno nie ma w sobie ducha kobiety w postaci białego cielęcia bizona. Wręcz przeciwnie. To wściekły, psychotyczny biały bizon, który próbuje zabić Charlesa Bronsona. Nie widziałem całości. Nie dałem rady przez to przebrnąć. To straszny film.
W tej przepowiedni kobieta ogłosiła, że wróci w postaci białego bizona i będzie to zarówno błogosławieństwo, jak i ostrzeżenie. Na przełomie XX i XXI wieku zanotowano dużo wzrost narodzin białych bizonów. Więc jak to jest z twoją muzyką?
To piękne, kiedy niemal codziennie słyszę, jak moja muzyka pomogła komuś przejść przez trudne chwile, przez rozwód, żałobę. To naprawdę niezwykłe, że można pomagać obcym dojść do lepszego miejsca i uświadomić, że nie są w swoim cierpieniu sami. To błogosławieństwo mieć taką możliwość. Ale mam też piosenki, w których śpiewam o wojnach, o stanie świata, o stanie technologii, o przyszłości, o niepokojach. W moich piosenkach jest dużo konfliktu.
"A Year of the Dark Horse" w jednym z wywiadów nazwałeś pierwszą swoją płytą, na której nikt nie umarł.
Wydaje mi się, że się myliłem. Nie pamiętam z miejsca wszystkich swoich tekstów, ale ktoś tam umarł na końcu, a na kolejnej płycie - doleję oliwy do ognia - dojdzie do utonięcia dwóch kobiet (śmiech).
Powiedz mi tak szczerze, ile dało ci udzielanie swojej muzyki w serialach telewizyjnych i filmach? Nie da się zaprzeczyć, że jesteś z tym mocno kojarzony.
To było ogromnie ważne dla mojej kariery i sukcesu - jestem przekonany, że gdyby nie "Synowie Anarchii", moja baza fanów nie powiększyłaby się w ten sposób. Wpływ, jaki ten serial miał na moją karierę, jest ogromny. Nie jesteśmy bowiem zespołem radiowym - nie grają nas tam, a organiczne budowanie czegoś samymi trasami trwa bardzo długo. Dlatego licencje okazały się zbawieniem. Ludzie usłyszeli mnie i zaczęli wchodzić głębiej w katalog mojej twórczości. Doceniam to, bo widać, że tam, gdzie ten serial był bardzo popularny, my też jesteśmy bardzo popularni, a w miejscach, gdzie nie był hitem, tych okazji do zagrania jest dużo mniej.
Przypomniał mi się Andrzej Sapkowski - twórca cyklu wiedźmińskiego - który wielokrotnie zaprzeczał wpływom gier i seriali na popularność, mimo tego, że fakty mówią coś innego.
Musiał być skonfliktowany z faktem, że to nie bezpośrednio jego praca na to wpłynęła.
A ty miałeś taki moment?
Jasne. Przez lata nawet nie graliśmy "Come Join the Murder" - najsłynniejszego naszego numeru pochodzącego z "Synów Anarchii". Bo nie czułem, że to w pełni mój utwór - nie napisałem do niego tekstu, pomagałem go wyłącznie tworzyć.
Wyłącznie pomagałeś?
Wszystkie słowa, które śpiewam, piszę sam, a z nią jest inaczej. Kilka lat temu w jednym z wywiadów tuż przed koncertem powiedziałem, że nie czuję tej piosenki do końca, bo nie napisałem do niej tekstu, dlatego jej nie grałem. A dziennikarz na to: "No dobrze, ale to trochę samolubne, prawda?". Byłem zaskoczony jego stwierdzeniem, a on na to, że ludzie przychodzą przecież na koncert usłyszeć ten numer, a ja go nie gram. I wtedy pomyślałem: "O kurczę, masz całkowitą rację". Zagraliśmy ją tamtego wieczoru i od tamtej pory gramy na każdym koncercie. Byłem chyba za bardzo we własnej głowie albo w swoim ego, bo ludzie kochają ten utwór. Więc dlaczego mielibyśmy go nie grać tylko dlatego, że nie czuję się z nim w pełni związany? A przecież to nadal całkowicie mój numer, ja go śpiewam i wszyscy kojarzą ten utwór ze mną oraz serialem.
Myślę, że wielu artystów zmaga się raczej z tym, że na pewnym poziomie popularności te piosenki przestają należeć do nich i myślałem, że to będzie raczej ten przypadek. Radiohead nie grało latami "Creep", Madonna nie grała "Like a Virgin".
Nie sądzę, że po wydaniu piosenki nadal ona należy do ciebie - to jest prezent dla ludzi, którzy mielą je w swojej głowie. Moja intencja podczas pisania bywała czasem jedna, a ludzie wkładają w to własne życie. Jeśli potrafisz pisać piosenki na tyle niedopowiedziane, żeby im na to pozwolić, to świetnie. Oczywiście niektóre rzeczy piszę bardziej narracyjnie, ale niektóre utwory są bardziej oczywiste, mniej otwarte na interpretację. A mimo to ludzie i tak wkładają w piosenki swoje życie. Każdy jest przecież głównym bohaterem własnego życia, wiesz?
Nie wiem, czy to nie nadmiernie zuchwałe podejście czuć się jak główny bohater.
Racja, wszyscy jesteśmy częścią wszechświata i wspólnoty, ale wielu ludzi tkwi we własnym świecie. Do pewnego stopnia nie da się od tego uciec. Niektórzy ludzie na przykład w szczególności wsłuchują się w warstwę liryczną, a inni w ogóle nie słuchają tekstów.
Zgadza się.
To mam dla ciebie historię. Wyszliśmy ze studia trzy dni temu i nagraliśmy nową płytę w 9 dni. Nagraliśmy 12 nowych piosenek, które puściłem paru znajomym. Jedną osobę znałem dobrze, drugą kiepsko i ta druga - okazało się - nie słucha tekstów! A ja do niej z tekstem: "Stary, to ci rozwali serce!". Uwielbiam łamać serca! A w zamian tylko patrzyłem, jak gada. Pomyślałem: "Co jest, do cholery? Wy w ogóle tego słuchacie? To jest moje życie. To jest sztuka. To ma coś z tobą zrobić". A ta osoba na to: "Och, ja właściwie nie słucham tekstów, słucham rzeczy dla klimatu". No to w zamian nie będzie jej na moich koncertach (śmiech).
Totalnie zrozumiałe (śmiech).
Ale tak, absolutnie zgadzam się z tym, że kiedy wypuszczasz sztukę, ona nie należy już do ciebie. Żyje w sercach ludzi i myślę, że na tym polega jej piękno. To wciąż jedna z ostatnich rzeczy, które naprawdę potrafią im pomagać. Słyszysz piosenkę i wracasz do swoich momentów z życia. Myślę, że to błogosławieństwo i czuję się kimś bardzo uprzywilejowanym, że mogę pomagać ludziom w taki sposób.
Czyli wracamy do tego, że bardziej błogosławieństwo niż ostrzeżenie.
Tak, ale czasami czuję powinność, by wnieść nieco ostrzeżenia.
Więc mówisz, że pracujesz nad nową płytą… Od poprzedniego albumu studyjnego minęły 4 lata. Tak długiej przerwy jeszcze nie miałeś. Co było powodem?
Nie wiem, prokrastynacja? (śmiech) Po prostu trzeba mi dać deadline. Jeżeli powiesz mi, że mam zrobić nowe piosenki w 6 miesięcy, prawdopodobnie nie ruszę palcem przez pięć miesięcy i trzy tygodnie.
Dobrze usłyszałem, jak mówiłeś, że nagraliście album w dziewięć dni?
Tak, muszę się wprowadzać w taki stan manii pisania. I tak było zawsze poza pierwszymi paroma albumami, kiedy miałem już piosenki, bo miałem przecież całe życie, by je napisać. A po debiucie za rok musisz napisać kolejną płytę, ale masz tylko rok doświadczenia, z którego możesz czerpać. Ta studnia nie jest wtedy już tak głęboka. A przy tej płycie... nie wiem, dlaczego zwlekałem tak długo. Zaczyna mnie czasem dopadać syndrom oszusta, dopóki coś nie buzuje. Na szczęście dobre pomysły zawsze wracają, a mam takich zapisanych setki w swoich notatkach, nawet jeżeli 80-90% tekstów napisałem w studio. I myślę, że to mój najlepiej napisany album. Dobrze mieć takie poczucie, jak ma się 52 lata.
"Year of the Dark Horse" jest twoim ostatnim albumem studyjnym, ale nie ostatnim w ogóle. Wydałeś również pierwszy album koncertowy. Co cię zmotywowało do takiego ruchu?
Desperacja. Dziś trzeba regularnie wydawać muzykę, żeby móc jeździć w trasy i przypominać ludziom, że wciąż istniejesz. Bez nowego albumu trudniej dostać się nawet na festiwale. W Europie może jest łatwiej, ale w Stanach ciągle pytają: "Co macie nowego?". Dlatego dobrze było mieć koncertowy zapis w postaci "A Freight Train Through Night".
W pisaniu jest dla mnie jakaś magia, choć czasem zapominam, że ją mam. Wyciągam pomysły jakby z eteru i próbuję ulepić z nich coś, co naprawdę poruszy ludzi. Ale potrzebuję presji. Bez deadline'u odkładam pracę, a kiedy już ruszę, piosenki zaczynają płynąć jedna po drugiej. Przy "Year of the Dark Horse" wszedłem do studia z Jayem Joyce'em, mając tylko strzępy utworów i dopiero tam wszystko nabierało kształtu. Teraz po raz pierwszy zrobiliśmy preprodukcję: usiedliśmy razem, pokazaliśmy sobie pomysły i dlatego nowa płyta będzie dużo bardziej zespołowa. Wkład zaangażowanych chłopaków słychać wszędzie: w atmosferze, melodiach, perkusji i całym brzmieniu. Nagrywaliśmy też bez "kliku", więc muzyka oddycha. Tak samo gramy na żywo: bez podkładów, bez wsparcia. U nas słychać tylko trzy osoby na scenie. Nic więcej.
W mediach społecznościowych popularne są filmy z perkusistami, którzy ujawniają, co tak naprawdę słyszą na scenie.
Na tej nowej płycie, którą właśnie nagraliśmy, czasem groove jest luźniejszy, czasem ta muzyka zwalnia. Nie słyszysz tego, nie zwróciłbyś na to uwagi, ale to ma feeling, taki przypływ i odpływ. Jestem z tego cholernie dumny. I tak chcę to robić już zawsze. Chcę też móc pokazać pozostałych chłopaków w taki sposób, żeby geniusz każdego z nich mógł wybrzmieć. Więc tak, jestem bardzo nakręcony na tę premierę, wiadomo.
Tak, wiadomo, że "klik" wiele ułatwia, ale jednocześnie granie dla perkusisty staje się bardzo maszynowe. Musi wejść w określony sposób, w momentach, które z góry ustaliliście z zespołem - nie ma tu za wiele przestrzeni na improwizację.
A przecież jesteśmy ludźmi! Czujmy siebie nawzajem na scenie, bo w tym jest magia. Dzięki temu to też nie jest nudne. Każdy wieczór jest inny. Wiesz, nie graliśmy razem kilka dobrych miesięcy i zagraliśmy taki mały występ na Flower Festival. Myliłem się na prawo i lewo, perkusista też się mylił, ale nie przejmowaliśmy się, tylko śmialiśmy się, szczególnie że takie sytuacja nam się raczej nie zdarzają i spowodowane były tą przerwą. Ale pieprzyć to! Bycie żywym jest chaotyczne.
Główny powód, dlaczego rozmawiamy to fakt, że wracasz do Polski po 11 latach. Wystąpisz 27 sierpnia w Warszawie w klubie Niebo. Pierwszy i póki co ostatni raz grałeś w Polsce w 2015 roku. Pamiętasz ten występ?
Pamiętam. To było niesamowite. Nie sądziłem, że ludzie w ogóle przyjdą, bo nigdy wcześniej nie byliśmy w Polsce. Pomyślałem wtedy, że to chyba najdalsze miejsce, w którym do tamtej pory graliśmy. Promotorzy, z którymi byliśmy, oprowadzili nas po mieście, zabrali nas do Muzeum Powstania Warszawskiego i chłopaki cały czas płakali.
To musiało być ciężkie doświadczenie.
Tak, było, ale spędziliśmy tam niesamowity czas. Swoją drogą, promotorzy odebrali nas z lotniska, a ja wtedy sam ogarniałem trasę, nie miałem tour managera. Komunikacja nie była najlepsza, więc naprawdę nie miałem pojęcia, czy ktoś w ogóle po nas przyjedzie. A kiedy pojawiłem się na lotnisku z rodziną i zespołem - ku mojemu zaskoczeniu - czekała na nas limuzyna z wódką w środku (śmiech).
Ciekawe (śmiech).
Trochę zabalowaliśmy, ale tak, piękne to wspominam. Szczególnie publiczność bardzo pełna szacunku do tego, co przekazuje muzyk na scenie. Wiele z historii danego kraju i danej społeczności da się poczuć ze sceny, a Polska… zresztą, wiesz o tym dużo lepiej ode mnie.
Było tam dużo więcej płaczu niż kiedykolwiek widziałem na koncertach. Uwielbiam patrzeć, jak ludzie się wzruszają, bo staramy się ich brać w emocjonalną podróż - masz się rozpłakać, jak coś cię trafi. A pięć minut później masz ochotę dać komuś w mordę, a innym razem chcesz przytulić gościa obok, skakać i tańczyć. To jest zabawne. Ale Warszawa... Tak, nie mogę się doczekać powrotu do Polski, bo spędziliśmy tam niesamowity czas.











