Jarosław Kowal, Interia Muzyka: Album "House of Cards" powstawał w prawdopodobnie najtrudniejszym okresie w historii The Amity Affliction. Jak poradziliście sobie z emocjonalnym ciężarem zmiany w składzie, tworząc jednocześnie nową muzykę?
Joel Birch: - To najlepiej sformułowane pytanie na temat całej tej sytuacji, jakie dotąd usłyszałem. W internecie wielu osobom wydaje się, że do rozstania z Ahrenem (Stringerem, byłym wokalistą i basistą - przyp. red.) doszło nagle, ale dla nas ciągnęło się to latami i w pewnym sensie ciągnie się nadal. Było naprawdę ciężko, ale czuję ogromną ulgę. W zespole działo się naprawdę źle. Musieliśmy coś zmienić. Nawet jeżeli nie było to łatwe. To nie była tylko zmiana w składzie, ale przede wszystkim zakończenie bardzo długiej znajomości. Ostatecznie wyszliśmy na tym dobrze.
Styl śpiewu Ahrena i jego skontrastowanie z twoim krzykiem były charakterystycznymi elementami tożsamości The Amity Affliction. Jaki miałeś pomysł na stworzenie czegoś nowego wraz z Jonathanem (Reevesem, obecnym wokalistą i basistą - przyp. red.) bez utracenia fundamentu, na którym stał zespół?
- Dołożyliśmy wszelkich starań, by zawczasu zweryfikować, czy Jonathan będzie do nas pasował. Jeszcze przed dołączeniem jeździł z nami w trasy jako muzyk koncertowy. Wiedzieliśmy, że udźwignie to brzemię, a już po nagraniach byliśmy pewni, że dobrze wybraliśmy. Tym razem podeszliśmy do pracy w studiu trochę inaczej. Staraliśmy się, by moje partie wokalne i partie Johnny'ego były od siebie wyraźnie odseparowane. Dotąd głosy w Amity zawsze nakładały się, przenikały, krzyk i śpiew mogły wybrzmiewać w tym samym momencie. Na "House of Cards" chcieliśmy tego uniknąć. Chcieliśmy, żeby głos Johnny'ego mógł mieć nieco miejsca wyłącznie dla siebie.
Jonathan śpiewa w bardzo odmienny sposób od Ahrena, ale to była jedyna słuszna decyzja. Nie byłoby w porządku ani wobec niego, ani ostatecznie wobec słuchaczy, nawet jeżeli teraz niektórzy z nich czują się rozczarowani, gdybyście zdecydowali się na odtwórcę już istniejącej roli.
- Tak i nigdy nie zamierzaliśmy zastępować Ahrena kimś innym. Nawet jeżeli komentatorzy z internetu są odmiennego zdania. W ogóle nie dążyliśmy do takiego zakończenia naszej współpracy. Kontynuowanie działalności zespołu było dla każdego z nas najważniejsze, ale czegokolwiek byśmy nie próbowali, okazywało się, że z Ahrenem na pokładzie jest to po prostu niemożliwe.
Teksty na "House of Cards" dotyczą głównie mierzenia się ze śmiercią matki i z waszą skomplikowaną relacją. W muzyce taki temat często oznacza piękną historię o odkupieniu, ale ty nie próbowałeś tworzyć iluzji. Chciałeś pokazać brutalnie szczery brak szczęśliwego zakończenia?
- Jakiś czas temu znudziło mi się ciągłe podejmowanie prób upiększania wszystkiego, co mnie w życiu spotyka. Po raz ostatni próbowałem, kiedy miałem złamane serce, ale tak się po prostu nie da. Zwłaszcza w ostatnich miesiącach życia mojej matki nie miałem co do tego wątpliwości. Żadne szczęśliwe zakończenie nie było możliwe. Prawdopodobnie będę się z tym zmagać do końca życia, więc byłoby to naprawdę nieszczere, gdybym te bolesne doświadczenia przedstawiał słuchaczom w ładnym opakowaniu z kokardką.
Pisanie tych tekstów chyba sprawiło ci jednak przynajmniej odrobinę frajdy, bo doskonale znam filmografię Jeana-Claude'a Van Damme'a i nie może być w tym przypadku, że utwór "Kickboxer" zaczyna się od słów: "Kiss of death", czyli od nazwy drinka, który zamówił jego bohater.
- To rzeczywiście nie jest przypadek (śmiech). Pojechaliśmy na letnią trasę po Stanach i Dan (Brown, gitarzysta - przyp. red.) w pewnym momencie zaczął oglądać "Kickboxera". Akurat wychodziłem, ale później dostałem od niego wiadomość z pytaniem, czy jestem w stanie wpleść wers "kiss of death" do któregoś z tekstów. Byłem zdziwiony i powiedziałem, że nie (śmiech), ale namawiał mnie, żebym spróbował. W końcu udało mi się zbudować wokół tego dziwnego pomysłu cały utwór. Na początku miałem tylko: "Jedyne, co od ciebie dostałem, to pocałunek śmierci", do którego stopniowo dodawałem kolejne zdania. Ostatecznie "Kickboxer" dobrze pasuje do reszty albumu, choć ma nieco zabawne pochodzenie.
"Kickboxer" to blisko czterdziestoletni film. Podejrzewam, że oglądałeś go w młodym wieku, później pewnie na wiele lat zapomniałeś o jego istnieniu, a teraz nagle odciska drobne piętno na twoim albumie. Trudne tematy z przeszłości - traumy czy bolesne relacje z rodzicami - w naturalny sposób znajdują odzwierciedlenie w muzyce, ale czy te pozornie nic nieznaczące drobiazgi również mają na nią istotny wpływ?
- Na pewno. Ktoś kiedy powiedział, że jesteśmy sumami tego, co na nas wpłynęło. Całkowicie się z tym zgadzam. Nigdy nie wiemy, w jaki sposób zarówno coś wielkiego, jak i bardzo małego może na nas po jakimś czasie wpłynąć i kiedy to nastąpi. Jednego dnia w ogóle o czymś nie myślimy, następnego niespodziewanie przenika do naszej sztuki. Może to śmieszne, że na nas podziałał akurat taki film, ale myślę, że dobrze pokazuje, z jak niespodziewanych źródeł może wyłonić się inspiracja.
Na długo przed założeniem zespołu zajmowałeś się graffiti. To też odcisnęło ślad na twojej muzyce? Dostrzegasz w niej tamtego dzieciaka czy jesteście dwiema kompletnie innymi osobami?
- Na pewno nie jestem już tą samą osobą, ale to nie tak, że tamten ja po prostu zniknął któregoś dnia. To był długi proces ewolucji, który wciąż trwa i będzie trwał zawsze. Razem z każdym z nas w Amity zmieniało się także brzmienie zespołu, a kiedy w dodatku gdzieś po drodze ukazuje się album, który cieszy się dużym zainteresowaniem, jak "Let the Ocean Take Me", i nagle kariera zaczyna nabierać rozpędu, wtedy zaczyna robić się ciężko. Trudno jest na nowo wyznaczyć cel i ustalić, co właściwie powinno się dalej robić.
Mam wrażenie, że od tamtego czasu aż do wydania "House of Cards" cały czas miotaliśmy się i próbowaliśmy odnaleźć siebie na nowo. "This Could Be Heartbreak" został jeszcze nieźle przyjęty, ale na "Misery" zaczęliśmy grać znacznie lżej, co wielu osobom nie spodobało się. Od tamtego czasu szukaliśmy na siebie pomysłu. Na "Everyone Loves You... Once You Leave Them" było blisko, ale dopiero teraz czuję, że idziemy w naprawdę dobrym kierunku. Jedno musiało jednak wyniknąć z drugiego.
Street art i ciężką muzykę łączy obsesja na punkcie autentyczności. Jak uchronić tę surową, bezkompromisową część tożsamości, kiedy pasja staje się jednocześnie pracą?
- Myślę, że potrafię to rozdzielić. Podchodzę do tych dwóch stron działalności zespołu zupełnie inaczej. Występowanie na scenie jest dla mnie czymś kompletnie odrębnym od prowadzenia "biznesu", choć w rzeczywistości ściśle się ze sobą łączą. Nie mieliśmy też nigdy takiego naprawdę przełomowego momentu. "Let the Ocean Take Me" cieszyło się większym zainteresowaniem od wcześniejszych albumów, ale to nie było tak, że trafiliśmy na okładki czasopism muzycznych i zaczęliśmy wyprzedawać halowe koncerty. Przez cały czas utrzymujemy ten sam, stabilny poziom. Nigdy nie musiałem więc na poważnie zastanawiać się nad tą dychotomią, bo esencja naszej działalności pozostała identyczna.
Tak istotny rozłam w zespole musiał doprowadzić do rozłamu również wśród publiczności. Czy reakcje fanów mają dla ciebie znaczenie? Wiem, że najlepiej byłoby się nimi nie przejmować, ale z drugiej strony niektóre z tych osób są z wami od ponad dwudziestu lat, więc nie jestem pewien, czy można je po prostu zignorować.
- Szczerze mówiąc, to zażarta i pełna gniewu dyskusja w internecie na temat tego, co decyduje o tym, że zespół dalej może być zespołem w ogóle nie przekłada się na prawdziwe życie. Media społecznościowe to bardzo toksyczne miejsce. Usunąłem wszystkie prywatne profile dawno temu. Na stronach zespołu wrzucam tylko jakieś informacje i od razu wylogowuję się. Robię wszystko, by nie czytać komentarzy, ale czasami zawieszę na czymś oko, jeżeli pojawi się od razu po otworzeniu aplikacji. Widzę, że tak naprawdę negatywne emocje napędzają w kółko te same osoby. Za każdym razem widzę te same profile i wiem, że na każdy taki przypada pewnie z dziesięć innych, których właściciele albo nie mają żadnego problemu, albo nie widzą powodu, by zabierać głos. Sto kolejnych osób w ogóle nie śledzi tych wydarzeń, ale wciąż chodzą na nasze koncerty. To, co nas spotyka w prawdziwym świecie, jest więc naprawdę zupełnie inne niż szambo przelewające się w internecie.
Mogę wymienić wiele zespołów, które zmieniły wokalistę i przestałem ich z tego powodu słuchać, ale nigdzie na ten temat nie rozprawiam. To po prostu mój gust. Nigdy nie powiedziałem też, że The Amity Affliction to mój zespół. Zawsze używałem określenia "nasz", więc kiedy ktoś próbuje zdyskredytować mnie, pisząc: "Teraz to jest The Amity Affliction Joela", zastanawiam się, czy w takim razie istnieje "The Amity Affliction Ahrena"? Od początku, czyli od dwudziestu dwóch lat, to ja piszę wszystkie teksty. Spędziłem w tym zespole połowę mojego życia. Zależy mi na nim. Poświęciłem dla niego wiele i uważam, że tak ostre wpisy nie są w porządku.
Życie zespołu zależy od jego fanów w takim samym sensie, jak istnienie bogów zależy od wyznawców. Kiedyś to Zeus był najpotężniejszym europejskim bogiem, teraz nie wierzy w niego nikt. Czy da się jednak faktycznie zrobić coś, by zatrzymać przy sobie ludzi, czy można jedynie robić swoje i liczyć na to, że dołączą?
- Tak właśnie funkcjonujemy. W pewnym momencie zadaliśmy sobie oczywiście pytanie o to, czy powinniśmy zakończyć działalność zespołu, czy spróbować działać dalej bez Ahrena i zobaczyć, co z tego wyniknie. Ahren tego samego nie mógł zrobić, bo nie miał zespołu, który chciałby z nim grać. Skoro trzy osoby chciały kontynuować bez tej jednej... Wydaje mi się, że miało to sens. Zdawaliśmy sobie z tego sprawę, że ryzyko jest ogromne, ale póki co radzimy sobie całkiem nieźle. Wciąż chcemy razem tworzyć muzykę - to jest najważniejsze.
Metafora z bogiem i wyznawcami może działać szczególnie dobrze w środowisku metalcore'owym, które jest bardzo odporne na zmiany. Nie wiem, czy to kwestia chronienia tożsamości ukochanej subkultury, czy nostalgii, ale nawet w takich gatunkach jak black metal albo hardcore punk mnóstwo jest różnorodnych pomysłów i eksperymentów. U The Amity Affliction wystarczy niewielka zmiana stylistyczna i już rozpętuje się piekło. Skąd się ten metalcore'owy konserwatyzm bierze?
- Szczerze mówiąc, to uważam metalcore za pop muzyki metalowej (śmiech). Niektóre osoby twierdzą, że nagraliśmy tylko jeden dobry, "prawdziwy" album, ten z 2008. Okej, mają do tego prawo (śmiech). Trochę to zabawne, ale tak naprawdę jeżeli dobrze się przyjrzeć, okaże się, że to samo zjawisko dotyka wszystkich gatunków muzycznych. Ludzie są po prostu co do zasady dość nudni... Wszyscy tak samo narzekają, niezależnie od tematu. Identyczne słowa można usłyszeć na scenie hardcore'owej, ale kogo to marudzenie tak naprawdę obchodzi? Czy Turnstile to hardcore'owy zespół? Tak i nie. Kiedyś był nim i teraz poniekąd dalej jest. Dyskusje tego typu są nieciekawe. Kiedy byłem młodszy, wciągałem się w nie. Teraz w ogóle mnie nie interesują.
Ale czy to bywa ciężarem dla zespołu? Często jesteście bookowani na metalcore'owych festiwalach, trafiacie na metalcore'owe playlisty i tak dalej.
- To prawda, a jestem przekonany, że nie wszystko, co gramy jest metalcorem. Chociażby "Eternal War", ostatni utwór z nowego albumu. Gdyby wydał go zespół niemetalcore'owy, tylko po prostu metalowy, myślę, że nikt by nie miał z tym żadnego problemu.
Mam wielki szacunek do muzyków Refused za zakończenie działalności zespołu i natychmiastowe założenie kolejnego w tym samym składzie tylko po to, by pozbyć się obciążonej bagażem oczekiwań nazwy.
- To było zajebiste. Trzeba mieć naprawdę dużo odwagi, by zrezygnować z nazwy, którą znają wszyscy i robić coś innego z tą samą ekipą.
Byłbyś w stanie zrobić to samo?
- Nie wydaje mi się. Refused ma na koncie jeden z najważniejszych albumów wszech czasów dla podziemia. Mogą sobie pozwolić na wszystko, czego tylko zechcą. My nie, ale nie mam z tym problemu.











