Damian Westfal, Interia Muzyka: Mamy pełnoprawny powrót! Równo dwa lata po premierze singla "Wracam" wychodzi twój nowy album.
Tatiana Okupnik: - Tak, "Wracam" był takim symbolicznym zakończeniem mojego urlopu macierzyńskiego i pierwszym krokiem z powrotem do muzyki. Natomiast jeśli mówimy o pełnoprawnym powrocie wydawniczym, to rzeczywiście dopiero teraz, wraz z premierą albumu.
Pamiętam twój występ w Opolu z tą piosenką na koncercie "Premiery". Zastanawiałem się, czy po tak długiej przerwie człowiek nie czuje się trochę jak debiutant? Czy trzeba na nowo wejść w ten rytm?
- Nie czułam się debiutantką. Wiedziałam natomiast, ile pracy mnie czeka. Trzeba było dokończyć materiał, dopracować kompozycje, zbudować zespół, wrócić do prób i studia. To było ogromne przedsięwzięcie, ale nie miałam poczucia, że zaczynam wszystko od zera. Wiedziałam, że to już po prostu smakuje inaczej. Kiedy przez długi czas nie ma się kontaktu z publicznością, nie tworzy się muzyki i nie pracuje w studiu, zaczyna tego bardzo brakować. Kiedy w końcu można do tego wrócić, każda chwila staje się dużo bardziej wartościowa.
Jesteś na polskiej scenie od ponad dwóch dekad, a mimo to słuchając najnowszej płyty, miałem wrażenie, że poznajemy trochę inną Tatianę. Już single, takie jak "Mama (idzie w długą)", "Daj to głośniej" czy "Wracam", zapowiadały zmianę, ale cały album uwidacznia ją jeszcze mocniej. To zupełnie inny świat muzyczny niż choćby "Blizna".
- Jest zdecydowanie inny. Mam świadomość, że dla części słuchaczy będzie to zaskoczenie. Przez lata byłam kojarzona z określonym stylem, tymczasem na nowej płycie pojawiają się mocniejsze gitarowe, bluesowe i rockowe brzmienia. Co ciekawe, to właśnie taka muzyka od zawsze była mi bardzo bliska. Gdyby ktoś zajrzał na półki z płytami w moim domu albo wcześniej w domu moich rodziców, zobaczyłby, że zdecydowanie bliżej mi do takiego grania niż mogłoby się wydawać. To nadal jest album popowy, ale ma zupełnie inne oblicze - jest bardziej surowy, bardziej "brudny" brzmieniowo. Śpiewam też inaczej - nie chodzi o sam głos, ale o większą swobodę. Nie chciałam, żeby wszystko było perfekcyjnie wycyzelowane i komputerowo wygładzone. To był celowy zabieg - zależało mi, żeby płyta brzmiała tak, jakby została zarejestrowana podczas koncertu. Muzycy grali jednocześnie, "na setkę", dzięki czemu słychać energię, która pojawia się między nami podczas wspólnego grania. Chciałam, żeby słuchacz miał poczucie uczestniczenia w czymś żywym.
Dlaczego właśnie teraz zdecydowałaś się je pokazać te nowe odcienie twojej muzyki? To kwestia odwagi, dojrzałości, czy po prostu momentu w życiu?
- Myślę, że wszystkiego po trochu. Po pierwsze poczułam, że właśnie taka muzyka daje mi największą wolność. Pozwala na mocniejszą interpretację, na krzyk, na wyrzucenie z siebie emocji. Utwory takie jak "Santa Monica", "Daj to głośniej" czy "Mama (idzie w długą)" dawały mi przestrzeń, żeby śpiewać bez ograniczeń. Po drugie - doświadczenia życiowe. Wszystko, co przeżyłam przez ostatnie lata, sprawiło, że nie chciałam już opowiadać o emocjach w delikatny sposób. Czułam, że potrzebują mocniejszej oprawy. Nie chciałam nagrać płyty, która będzie tylko kontynuacją tego, z czym wcześniej byłam kojarzona. Tamte piosenki były ważne i opisywały tamten etap mojego życia. Dziś jednak potrzebowałam większej szczerości. Chciałam, żeby ta muzyka czasami przytulała, ale czasami też uwierała - żeby słuchacz poczuł nie tylko komfort, ale również pewien niepokój - stąd mocniejsze gitary, przestery i brzmienia, które potrafią zaskoczyć. Oczywiście wpływ ma też wiek - to po trzecie. Jestem inną kobietą niż kilkanaście lat temu. Macierzyństwo było dla mnie momentem bardzo mocnego zderzenia z rzeczywistością. Antycypowałam coś innego, a życie napisało własny scenariusz. Musiałam na nowo poukładać siebie. Po takich doświadczeniach uznałam, że szkoda czasu na pudrowanie rzeczywistości. Chciałam mówić wprost o emocjach i właśnie dlatego ten album jest tak konkretny - zarówno pod względem tekstów, jak i brzmienia.
Tytuł albumu to "Od siebie do mnie" - jaki przekaz wysyłasz tym albumem samej sobie?
- Myślę, że ten przekaz już został wysłany. Teraz ta płyta trafia nie do mnie, a do słuchaczy i mam nadzieję, że część z nich odnajdzie w niej własne emocje i własne historie. Sam tytuł nie jest jednak przesłaniem, tylko opisem drogi, którą przeszłam od momentu, kiedy zostałam mamą. To była bardzo długa droga. Musiałam na nowo odpowiedzieć sobie na pytania: kim jestem? Gdzie jest moje miejsce? Jak odnaleźć siebie w świecie, w którym najważniejszą rolą staje się bycie mamą, a jednocześnie nadal istnieją inne role, których pragnę lub potrzebuję? Powrót do siebie trwał wiele lat. To nie był jeden moment czy jedna decyzja. Musiałam nauczyć się ponownie patrzeć sobie w oczy, stanąć przed lustrem i powiedzieć: "Rozumiem już siebie". Dlatego też te piosenki nie powstawały w kilka miesięcy. Każda z nich jest zapisem innego etapu tej drogi - trochę jak pamiętnik. Na zewnątrz wszyscy widzieli tę samą Tatianę, ale wewnętrznie miałam poczucie, że wszystko się rozsypało i potrzebowałam czasu, żeby to poskładać. Każdy kolejny etap przynosił nową piosenkę, a każda z nich opowiada o innych emocjach. Czasem są to historie związane z macierzyństwem, gdzie pokazuję zwykłe zmęczenie i potrzebę złapania oddechu. Innym razem śpiewam o relacji, o kobiecości, o sensualności, która gdzieś znika i którą trzeba na nowo w sobie odnaleźć. Są też utwory, które nie opowiadają bezpośrednio o mnie, a powstały z obserwacji ludzi wokół.
Chociażby "Jar"? Chyba najspokojniejszy utwór na tej płycie…
- Właśnie. To jeden z utworów, który słuchacze interpretują na bardzo różne sposoby. Dla mnie jest najbardziej filmowy i chyba rzeczywiście najdelikatniejszy na całej płycie. Pisałam go, myśląc o mojej dziewięćdziesięcioletniej babci i o moim sąsiedzie, panu Jurku. On jeszcze nawet nie wie, że stał się jedną z inspiracji. (śmiech) Zastanawiałam się nad tym, co dzieje się z człowiekiem w jesieni życia. Co czuje ktoś, kto nadal ma młody umysł, mnóstwo wspomnień i pragnień, ale ciało nie pozwala już przeżywać wszystkiego tak jak kiedyś. Wyobrażałam sobie, że wracają wspomnienia pierwszych miłości, pierwszych doświadczeń, tej ekscytacji odkrywaniem świata. "Jar" jest próbą wejścia w taki sposób myślenia. To oczywiście moja interpretacja, a nie ich opowieść. Patrzę na moją babcię i jestem pełna podziwu. Świetnie odnajduje się w nowoczesnym świecie - korzysta z telefonu, internetu, bankowości elektronicznej. Jest niezwykle ciekawa życia. Jednocześnie wiem, że ciało ma swoje ograniczenia. Pomyślałam sobie, że gdybym mogła, zabrałabym ją na chwilę do momentu, kiedy życie dopiero się zaczynało; do tego miejsca, w którym drogi jeszcze się rozchodzą i wszystko jest możliwe; żeby mogła raz jeszcze przeżyć pewne rzeczy, już z całą mądrością zdobytych doświadczeń.
Na płycie znalazł się jedyny cover - "Here Comes the Rain Again". Dlaczego właśnie ten utwór?
- Powód jest bardzo osobisty. Ta piosenka przenosi mnie do domu rodzinnego. Do niedziel, kiedy mama piekła ciasto, tata był w domu, oglądaliśmy "Robin Hooda" na małym telewizorze z wysuwaną anteną, a później leciały programy muzyczne. Właśnie wtedy po raz pierwszy zobaczyłam Annie Lennox w czarno-białym teledysku do "Here Comes the Rain Again". Pamiętam nie tyle sam klip, ile emocję, która mi wtedy towarzyszyła. Czułam się po prostu bezpiecznie. Moi rodzice byli razem, nie było kłótni, panował spokój. Dla dziecka takie chwile zostają w pamięci na zawsze. Łączą się z konkretnymi dźwiękami, zapachami i obrazami, dlatego ten utwór nie znalazł się na płycie przypadkowo. To nie była decyzja czysto muzyczna. To powrót do tej małej Tatiany, która czuła się kochana i bezpieczna.
Co jeszcze zastanawia mnie, gdy patrzę na ten album, to to że długość utworów często wykracza ponad cztery minuty - najdłuższy trwa siedem. To dość nietypowy zabieg na dzisiejszym rynku wydawniczym…
- Myślę, że każdy, kto przesłucha całą płytę, usłyszy, że nie powstawała z myślą o trendach czy długości utworów. Nie zależało mi na napisaniu piosenek, które będą trwały niecałe trzy minuty i idealnie wpiszą się w algorytmy czy ramówki radiowe. Chciałam opowiedzieć historię. Wszystkie utwory są ze sobą połączone. Spaja je moja opowieść, ale również producent Marcin Bors, który nadał całemu albumowi charakterystyczne brzmienie.
Masz swój ulubiony utwór na tej płycie?
- Dobrze wspominam "Toast", bo ten utwór bardzo mnie zaskoczył. Kiedy go pisałam, myślałam przede wszystkim o swoich przyjaciółkach. Chciałam podziękować kobietom, które były przy mnie w trudnym czasie i dały mi ogromne wsparcie. Po premierze okazało się jednak, że słuchaczki odczytały go zupełnie inaczej. W komentarzach na mediach społecznościowych czy po koncertach wiele kobiet mówiło, że "Toast" stał się dla nich manifestem kobiecej solidarności i wspólnoty. To było dla mnie bardzo wzruszające, bo taki efekt nie był planowany.
Jak to się zaczęło? Wiem, że to ciekawa historia…
- Do nagrania zaprosiłam swoje przyjaciółki i znajome. Nie śpiewały, ale wypowiadały zdania, które kiedyś usłyszały pod swoim adresem. Słowa, które je zabolały, podcięły skrzydła albo sprawiły, że przez chwilę poczuły się niewystarczające. Na nagraniach pojawiły się też: Agnieszka Szpila, Sylwia Chutnik, Katarzyna Grochola i Kasia Butowtt. Z kolei w teledysku wystąpiła Lidia Popiel. Chciałam, żebyśmy symbolicznie spaliły wszystkie te komunikaty, które przez lata nosimy w sobie. Te zdania, które zostawiają ślad, blokują nas albo każą w siebie wątpić. To niezwykłe, że wiele kobiet odnalazło w tym własną historię i zaczęło traktować "Toast" jako piosenkę o kobiecej sile.
Obok uznanych artystek pojawiają się przecież także najmłodsze dziewczyny, które słychać w utworze…
- Jest Stefa i Basia, która ma jedenaście lat. Podczas nagrań wydarzyło się coś bardzo poruszającego. My - kobiety z większym bagażem doświadczeń - opowiadałyśmy o zdaniach, które słyszałyśmy w dzieciństwie czy młodości. Wydawało nam się, że dziś ten temat jest już na tyle obecny w debacie publicznej, że młodsze pokolenie nie będzie miało podobnych doświadczeń. Okazało się, że byłyśmy w błędzie. Stefa opowiadała, że usłyszała: "To nie jest zabawa dla dziewczynek". Pojawiały się też zdania w rodzaju: "Dziewczynki powinny nosić sukienki". Takich historii było znacznie więcej, niż zmieściło się w piosence. Wtedy uświadomiłyśmy sobie, że choć świadomość społeczna rośnie, wiele stereotypów wciąż funkcjonuje. Nadal potrafimy jednym zdaniem sprawić, że dziecko zacznie w siebie wątpić. Dlatego tak ważne było dla mnie pokazanie, że ten problem nie dotyczy wyłącznie naszego pokolenia.
To coś, co chciałabyś przekazać też własnym dzieciom?
- Zdecydowanie. Chciałabym, żeby wiedziały, że nie warto rezygnować z tego, co naprawdę gra w sercu; że nie trzeba zamykać się w jednej roli tylko dlatego, że tego oczekuje rodzina, społeczeństwo czy otoczenie. Czasem warto zatrzymać się na chwilę i zadać sobie pytanie: czy nadal chcę płynąć tym samym nurtem? Może potrzebuję zmienić kierunek? Może chcę spróbować czegoś, czego nikt się po mnie nie spodziewa? I to jest w porządku. Mam nadzieję, że moje dzieci będą miały odwagę podejmować takie decyzje i że będą wiedziały, iż życie nie kończy się na jednym wyborze i zawsze można odnaleźć własną drogę.
Tatiano, zapytam jeszcze o tę ponad 10-letnią przerwę. Czy to były jakieś wewnętrzne odczucia, które powstrzymywały cię przed powrotem, czy chęć odpoczynku, czy może branża musiała na ciebie dłużej poczekać?
- Kiedy zdecydowałam się na bycie mamą, wiedziałam, że zrobię sobie przerwę, ale nie spodziewałam się, że będzie ona aż tak długa. Po prostu życie ułożyło się w taki sposób. Kilkukrotnie mówiłam, że "taki los wyciągnęłam", że potrzebowałam więcej czasu, żeby dojść do siebie po zostaniu mamą. Nie chcę wchodzić w bardzo szczegółowe opowieści, bo to już opowiadałam w mediach, ale w skrócie: depresja w ciąży, depresja poporodowa oraz komplikacje po porodzie sprawiły, że nie byłam w stanie normalnie funkcjonować ani pracować. Dopiero pomoc specjalistyczna - leki, terapia, a także interwencje medyczne i operacja - pozwoliły mi stopniowo wracać do życia. W tamtym stanie psychicznego i fizycznego rozsypania nie byłam w stanie niczego tworzyć. Mój organizm jakby odciął mnie od tego świata. Zaczęłam nawet myśleć, że od strony artystycznej to już koniec - że to zamknięty rozdział. W domu nagle zapadła cisza. Nie było muzyki, która wcześniej była ze mną zawsze - nie dlatego, że świadomie ją odrzuciłam, ale dlatego, że nie było na nią przestrzeni. Depresja działa w taki sposób, że odbiera miejsce na bodźce. Mój organizm się bronił, wycofywał, żeby nie przyjmować więcej. Dopiero pomoc specjalistyczna postawiła mnie na nogi. Zdecydowałam się o tym opowiedzieć publicznie, bo wiedziałam, że są osoby, które mogą być w podobnym stanie. Chciałam, żeby wiedziały, że nie są same i że warto sięgnąć po pomoc specjalistyczną, tylko że to nie działa jak magiczna różdżka. Po terapii człowiek nie jest "gotowy". To był długi proces układania siebie na nowo - jak puzzli, które ktoś rozsypał. Do tego doszła kwestia fizyczna. Dopiero po trzech latach od narodzin córki mogłam przejść operację, która była konieczna. Potem był kolejny etap dochodzenia do siebie i dopiero w pewnym momencie poczułam, że wraca chęć tworzenia; że znowu zaczyna sprawiać mi przyjemność słuchanie muzyki; że pojawia się wena. To był moment, w którym zadzwoniłam do muzyków i powiedziałam, że chcę się spotkać, popracować, coś napisać.
Jak zareagowali?
- Wyjechałam wtedy do Mikołajek, do Centrum Kultury "Kłobuk", gdzie mieszka mój basista Maciej Magnuski. To tam zaczęły powstawać pierwsze utwory - były to m.in. "Mama (idzie w długą)", "Toast", "Jar", "Puzzle", "Gdzie ja" i "Santa Monica". Pracowaliśmy nad nimi razem z Maćkiem, Danielem Kapustką i Kacprem Stolarczykiem. Od momentu powstania piosenek do ich nagrania minęło sporo czasu, bo równolegle budowałam zespół i szukałam menedżmentu. Co ważne - muzycy nie pracowali w klasycznym modelu "sesyjnym", gdzie wszystko jest rozliczane jak usługa. To był proces oparty na zaufaniu i wspólnej wierze w projekt. Trzeba też pamiętać, że to nie działa tak, że artysta wraca i od razu dostaje pełne wsparcie finansowe czy fonograficzne. To była droga szukania ludzi, którzy uwierzą, że "dinozaurzycę można jeszcze obudzić". (śmiech) Rynek się zmienia i to normalne, dlatego cały proces trwał długo - nie tylko przez moje prywatne układanie siebie, ale też przez budowanie całego zespołu ludzi, którzy chcieli w tym uczestniczyć. Przez dwa lata muzycy przychodzili na próby bez wynagrodzenia. Ćwiczyliśmy materiał, testowaliśmy aranżacje. Nikt nie mówił: "ile jeszcze będziemy to robić i kiedy zacznie nam się to zwracać". To było niezwykłe i bardzo to zapamiętam. W składzie znaleźli się m.in. Marcin Jagiełło (instrumenty klawiszowe), Bartek Grzanek (gitara), Błażej Gawliński (perkusja) oraz Kamil Szewczyk (gitara), który dołączył najpóźniej, ale bardzo dobrze "wpasował się" w zespół. W muzyce - poza talentem - kluczowe jest to, czy ludziom po drodze z danym projektem. Każdy ma ego, każdy ma swoje dni, ale musi istnieć wspólny rytm pracy i relacji. Udało się to zbudować, choć nie obyło się bez zmian w składzie. Na końcu doszły też kwestie bardzo praktyczne - finansowe i organizacyjne. Koncerty są dla muzyków głównym źródłem utrzymania. Tylko żeby grać koncerty, trzeba wcześniej wrócić do obiegu, mieć wsparcie, promocję, menedżment. To proces, który wymaga czasu i cierpliwości. Wydawcą, który jako pierwszy uwierzył w ten projekt, była e-muzyka. To oni zdecydowali się zainwestować w nagrania, dlatego jestem im bardzo wdzięczna, bo byli pierwszym partnerem, który powiedział: "wchodzimy w to". Tak więc ten album jest zbudowany nie tylko z mojej pracy, ale też z wiary innych ludzi.
A jak twój głos po tej przerwie - czy ty dziś czujesz go inaczej? Po przerwie, ale też po zostaniu mamą.
- Zdecydowanie lepiej. Czuję w nim więcej wolności. Lepiej go znam, wiem, jakie ma możliwości, ale też bardziej mi się podoba - szczególnie to, że stał się niższy. Wiele kobiet po ciąży mówi, że ich głos się zmienia - i ja to bardzo wyraźnie u siebie czuję i bardzo to lubię. Mam większą świadomość tego, co mogę zrobić, a czego nie ma sensu już "dotykać", bo to nie jest mój kierunek. To jest dla mnie bardzo wartościowy etap.
"Rewolucja w sercach" to jedyny duet na płycie. Jak wam się współpracowało z Krzysztofem Zalewskim?
- Bardzo dobrze. Cieszę się, że głos Krzysztofa tam się pojawił i to w trochę nietypowej dla niego formie. On zwykle śpiewa bardziej "konkretnie", a tutaj jego partia jest bardziej filmowa, wręcz aktorska. Trochę jakby wchodził w rolę - taka trochę melorecytacja, bardzo emocjonalna. Żartowaliśmy nawet, że to może być rola jakiegoś "guru", który asystuje powrotowi sensualności. Ten utwór był ostatnim, który powstał na płytę. Wiedziałam, że żeby domknąć całość - ten muzyczny pamiętnik - muszę jeszcze dotknąć tematu sensualności. Czasem, przez życie, przebodźcowanie albo różne doświadczenia, tracimy kontakt z własnym ciałem. Nie dotyczy to tylko macierzyństwa - to szersze zjawisko. I tutaj głos Krzysztofa, jego męska energia i ta melorecytacja spotykają się z moją kobiecą stroną, która trochę wysyła sygnał SOS - żeby tę sensualność w sobie obudzić. Myślę, że to bardzo ciekawa mieszanka.
Ruszasz z tym materiałem w trasę?
- Oj tak, zapraszam serdecznie na koncerty. Na bieżąco w moich mediach społecznościowych będą pojawiały się kolejne daty. Myślę, że jesień będzie czasem intensywnego kontaktu z publicznością. Bardzo chciałabym, żeby osoby, które przyjdą na koncerty, znały już te utwory i mogły je przeżyć na żywo. Jestem też bardzo ciekawa, czy któryś z nich poruszy w kimś coś osobistego - czy skojarzy się odbiorcom z ich własnymi historiami. Na to najbardziej teraz czekam.











