Reklama

Reklama

"Stare, ale jare"

- To jest szersza wypowiedź moja, jako tekściarza, wokalisty, frontmana i lidera oraz moich kolegów z zespołu, na temat współczesnej popkultury. Popkultury nastawionej na szybkość. Dziś wszystko robi się szybko. Wszyscy w przeraźliwym tempie gnają, a my celowo się cofnęliśmy - tak o najnowszej płycie T. Love zatytułowanej "Old Is Gold" opowiada Muniek Staszczyk. Wokalista opowiedział nam również o problemach z odnalezieniem się w cyfrowym świecie, miłości do płyt CD i spadku popularności krzyża. Z Muńkiem Staszczykiem rozmawiał Artur Wróblewski.

Gratuluję płyty "Old Is Gold". Znakomita rzecz zawierająca wiele utworów, które można spokojnie umieścić wśród największych dokonań T. Love.

Muniek Staszczyk: To kolejna pozytywna opina na temat tej płyty. Wszyscy chwalą ten album, nad którym myśmy się bardzo napracowali. Trwało to cztery lata, opracowanie całej koncepcji tej płyty i wreszcie zwrot ku nagraniom analogowym. Wszystko to kosztowało dużo czasu, energii i pieniędzy. Ale tak zwany sukces artystyczny, czyli pierwsza część gry, jest. Większość recenzentów mówi po prostu, że nam wyszło.

Reklama

"Old Is Gold" to płyta podwójna. A twój ulubiony podwójny album to płyta...?

- Moim ulubionym podwójnym albumem jest płyta "London Calling" The Clash, na którym się wychowałem. To jeden z kamieni milowych w mojej edukacji muzycznej i świadomościowej. Nie tylko jako fana, ale też jako muzyka. To płyta z 1979 roku. A The Clash to klasyka nie tylko brytyjskiego punka, ale rock'n'rolla w ogóle. Dlaczego? Bo na tej płycie udało im się wyjść poza ten punkowy schemat: przychodzimy, wszystko rozwalamy i uciekamy. Tak, jak na przykład zrobili to Sex Pistols. The Clash oparli się na tradycji, tak jak T. Love zrobili to teraz na "Old Is Gold", i pozostawili na tym swoje piętno. "London Calling" znajduje się na liście klasycznych albumów w historii. Bardzo bardzo bardzo lubię ten album. Teraz było zresztą kilka opinii na temat "Old Is Gold", że to podobne płyty. Może nie były to porównania, ale szukano paraleli. Gdy to usłyszałem, to zrobiło mi się miło na sercu.

Właśnie, "London Calling" to album z 1979 roku. A wydawanie podwójnych płyt w XXI wieku to wręcz brawurowy ruch. W połączeniu z tytułem albumu brzmi to jak pstryczek w stronę współczesnej popkultury.

- Bardzo fajnie to doczytałeś, cieszy mnie to. Piotr Metz, który zrobił z nami wywiad w "Trójce" w której odsłuchiwaliśmy "Old Is Gold" z winyla, mówił podobne rzeczy. Nawiązywaliśmy do nowej płyty Boba Dylana zatytułowanej "Tempest", która też jest takim prztyczkiem. I nasza płyta też jest prztyczkiem. Oczywiście nie chodzi mi tu o walkę, bo ja się na żadną wojnę nie wybieram. To wygląda tak, że ze swoją postawą możemy absolutnie polec.

- Ten album to nie jest tylko powrót do kilku fajnych bluesowych, country'owych i rockowych źródeł. To nie jest tylko tak, że jak lubimy tylko Muddy Watersa, Boba Dylana czy Johnny'ego Casha, to zagramy ich covery. Tu jest bardziej - tak jak ty to odczytałeś - hasło. "Stare, ale jare". To jest podstawa, źródło, baza. To jest szersza wypowiedź moja, jako tekściarza, wokalisty, frontmana i lidera oraz moich kolegów z zespołu, na temat współczesnej popkultury. Popkultury nastawionej na szybkość. Dziś wszystko robi się szybko. Karierę się robi szybko. Spożywa się szybko. Seks się uprawia szybko. Muzyki słuchasz szybko. Samochodem jeździ się szybko. Po świecie podróżujesz szybko. Ja tutaj postawiłem na to pewnego rodzaju zatrzymanie się. Zresztą ten, kto kupi ten album jest skazany na to, bo będzie go musiał posłuchać w całości. Tej płyty nie da się słuchać wyrywkowo.

Mój stosunek do współczesnej popkultury jest krytyczny, ale absolutnie są to bardzo ciekawe czasy.

- Natomiast podwójny album to formuła gigantyczna jak na dzisiejsze czasy. Dziś na szybko wrzuca się piosenkę do iPoda. Piosenka się szybko nudzi, wrzucasz następną... Sam jestem fanem i konsumentem muzyki albumowej, której słucham na płytach. To jest oczywiście wybór. Jeden słucha na iPodzie, drugi na płytach. Ja już tak mam i moje życie pewnie skończy się na takim podejściu. Na albumie jest piosenka "Ostatni taki sklep" opowiadająca o tęsknicie za płytą, za powąchaniem okładki, za rozmową ze sprzedawcą. To są oczywiście rzeczy, które zanikają. To nie chodzi o kwestię pod tytułem: "Staruszek wspomina". To jest pewnego rodzaju punkt widzenia na całą resztę popkultury. Wszyscy w przeraźliwym tempie gnają, a my celowo się cofnęliśmy.

Zobacz teledysk "Poeci umierają":

Sprawdź tekst "Poeci umierają" w serwisie Teksciory.pl!

Miałem cię właśnie zapytać o utwór "Ostatni taki sklep", w którym śpiewasz o upadku kultury fizycznych nośników muzyki. Boli cię to?

- Wszystko za naszego życia strasznie szybko się dzieje. Ja jestem wychowany w latach 70. Urodziłem się w 1963 roku, zespół założyłem w 1982 roku. Jeszcze pamiętam jak prosiłem pierwszych wydawców płyt T. Love, by nie rezygnowali z wydawania winyli. To było w czasach, gdy wchodził format CD. Prosiłem ich z takim żalem: "Wydajcie to jeszcze na winylach". Odpowiadali mi, że to nie ma sensu, bo winyli nikt już nie kupuje. Potem były jeszcze kasety magnetofonowe. To były wszystko nośniki fizyczne. Wciąż jest duża grupa ludzi, która je kupuje, ale ona się coraz bardziej kurczy. Dla mnie płyta jako dzieło to jest wysiłek działań kilku osób. To nie tylko muzyka, ale też cała grafika. Mnie zawsze interesuje sposób, w jaki opisana jest płyta. Oglądam zdjęcia zespołu. Oczywiście, to wszystko można wydrukować, ludzie robią jakieś booklety... Ja chcę jednak iść do sklepu, zapłacić pieniądze i w ten sposób okazać swój szacunek dla tego wykonawcy. Tego również oczekuję od ludzi, którzy słuchają T. Love. Trudno jeżeli ktoś nas ściąga, to jest jego wybór. Wybór niefajny, ale też nie będę nazywał go złodziejem, chociaż nie jest to etyczne.

- Mnie komputery i świat cyfrowy nie pociąga. To nie jest kwestia wieku, bo znam ludzi starszych, nawet po sześćdziesiątce, którzy dostali "odpał" na Facebooka czy inne tego typu rzeczy. Ta forma plemienne niby-wspólnoty, która wspólnotą nie jest, mnie nie pociąga. Jeżeli z kimś się umawiam, to idę z kimś na kawę, na wódkę, bądź po prostu na obiad i rozmawiam. Walczę też o to, by moi znajomi również znaleźli dla mnie czas. Ja też nie mam go zbyt dużo, zabiegany jestem, ale zaczynam coraz bardziej - za przeproszeniem - pi***olić to zabieganie. Uważam, że wiele rzeczy nam umyka.

- Nie twierdzę, że internet jest zły. Dobrze, że istnieje. W sieci jest dużo dobrego, jak i złego. Właściwie jest wszystko to, co w normalnym realu. Tylko nie można być podłączonym do sieci jak do jakiegoś tlenu. Słyszałem, że już te najmłodsze dzieci są non stop online. Teraz jest taki sprzęt, że można nawet w autobusie podłączyć się do internetu. Ale to jest za przeproszeniem jakiś psycho-onanizm. Jak w ten sposób można zastąpić normalną relacje? Jak można wrzucać do sieci jakieś ekshibicjonistyczne informacje, że zrobiłem to i zrobiłem tamto? Być może jestem z pokolenia wymierającego, ale mam prawo jako ostatni Mohikanin, a może jeden z wielu ostatnich Mohikanów, to powiedzieć. Zresztą ludzie, którzy słyszeli album "Old Is Gold" mówili mi: "Dzięki i super, że to zaśpiewałeś, bo ja też tak uważam". Fakt, że to są ludzie powyżej 35. roku życia. T. Love nie jest młodzieżowym zespołem, ale młodzież przychodzi na nasze koncerty. A jeżeli uda się pokazać coś nowego tym najmłodszym, to będzie super.

Utwór "Skomplikowany (Nowy Świat)" to dosyć bezpośredni atak na ucyfrowienie kontaktów międzyludzkich. Śpiewasz w nim, że "pi***olisz fejsa". To może zaboleć spora grupę osób, a ci młodsi mogą sobie pomyśleć: "O, jakiś starszy dżentelmen, on tego nie rozumie".

- Mam tego świadomość i mam taką obawę. Nawet chciałem ten utwór wyrzucić z płyty, bo bałem się, że mnie za jakiś czas odbiorą jakbym śpiewał teraz: "Pi***olę telefon komórkowy". Dla nich Facebook czy też inny portal, który pojawi się za chwilę, to jest normalna sprawa. Bułeczka z masłem. Codzienność. W ten sposób się komunikują, umawiają na imprezy i tak dalej. Nie chodziło mi o zaatakowanie Facebooka, tylko zaakcentowanie, że ja w tym nie jestem. Zawsze byłem trochę aspołeczny. Być może powiedzą: "Stary gwiazdor coś pi***oli. Nie kuma cza czy, nie kuma rzeczywistości". Kumam tą rzeczywistość, wiem jak się ludzie porozumiewają. Natomiast mogę nie chcieć w tym uczestniczyć. Gdy gramy ten utwór na koncertach, to zauważam uśmiechy na twarzach tych młodszych. Takie: "Ale powiedział" (śmiech). Ale widzę też zdziwienie.

- To też nie chodzi o jakiś skandal, bo ja jestem za stary na skandale. Być może tekst piosenki "Skomplikowany (Nowy Świat)" jest banalny. Chłopaki z zespołu powiedzieli mi jednak, że jest zabawny, bo to T. Love to gra, a ja to śpiewam w taki zdystansowany sposób. Dlatego zostawiliśmy to na płycie. Zwłaszcza, że muza jest oldschoolowa. Jak stary T. Love z lat 80., który był wówczas chuligańskim zespołem. A taki chuligański tekst do niego pasuje. Masz jednak rację, że jakiś młody człowiek to usłyszy i pomyśli: "Co ten dziadzio tu pi***oli? On w ogóle nie ma pojęcia!". Wiem, że się narażam.

W "Old Is Gold" wymieniasz nazwiska artystów z przeszłości. Czy oznacza to, że na obecnej scenie muzycznej nie znajdujesz ekscytujących zjawisk?

- Muzyki bardzo dobrej jest dużo. Tylko może trudno o taką płytę, która zmieniłaby twoje życie jak "London Calling". Być może to już jest ten etap w moim życiu, że nie będzie już płyty, która je odmieni? Ja słucham wielu nowych zespołów. Z córką wymieniam się płytami. Ona ma 19 lat i słucha brytyjskiego nowego rocka. Ja i ona lubimy The Maccabees, Mumford & Sons... Lubiliśmy Franza Ferdinanda i Arctic Monkeys. Śledzę nowe rzeczy. Z polskich płyt duże wrażenie zrobiła na mnie nowa płyta Marysi Peszek "Jezus Maria Peszek". Mam zupełnie inny światopogląd, ale cenię ją za odwagę. Za to, że w kraju takim jak Polska, powiedziała kilka rzeczy, które - łagodnie mówiąc - są niepopularne. Mam ten album w samochodzie w zmieniarce.

- A propos nośników płyt, to zmieniarki też już niedługo nie będę miał. Zmieniam samochód, a pan w salonie mi powiedział, że już nie ma zmieniarek płyt CD. Nikt już ich nie używa. Pomyślałem sobie: "Ja pi***olę, znowu mnie wykluczyli". Poskarżyłem się żonie (śmiech). Zamiast zmieniarek są teraz wtyczki USB. Ja bym się w tym zupełnie nie połapał, a przede wszystkim mnie to zupełnie nie jara. Ostatnio obtarłem facetowi samochód, na szczęście nie było żadnych problemów. Z tego auta wyskoczył koleś, taki biznesmen średniego szczebla. Tutaj miał jakąś słuchawkę, tam jakąś rurkę, tu mu coś świeci, tam mu coś dzwoni, w rękach jakieś trzy komórki. Odlot! Facet zestresowany tym drobnym zarysowaniem, a tu mu jeszcze dzwonią z centrum dowodzenia. Jak dla mnie to tylko zamęt sieje. Ale ci, którzy się urodzili niedawno, nie uważają tego za zamęt. Dla nich to jest natural.

- Byłem niedawno na wywiadzie we Wrocławiu i mieliśmy spotkanie z fanami w Empiku. Zresztą ponoć na takie spotkania "face to face" już się ponoć nie przychodzi. I tam rozmawiałem z dziennikarką i przyszły takie dwie dziewczynki. Widać, że zbuntowane 12-latki słuchające jakiś metalizujących zespołów. I ja opowiadam tej pani dziennikarce o Facebooku i kątem oka widzę, że te dziewczyny w ogóle nie kumają o czym ja mówię. Taki mur powstał. Zastanawiały się o czym ja p***rzę. Z drugiej strony jakbym miał udawać jakiegoś leszcza i mówić, że jestem za tym wszystkim i te nowości mnie kręcą, to... A co ja zrobię, jak mnie to nie kręci? Po prostu jestem szczery. Zawsze w T. Love byłem szczery i uważam to za fundament naszej siły. To nie jest też patent na silenie się na oryginalność. Gdybyś mnie znał osobiście, to byś zobaczył, że ja zupełnie nie kumam tych rzeczy. Ledwo maila napiszę, a załączników już otworzyć nie potrafię. To jest pewnego rodzaju kalectwo w dzisiejszym świecie. Właściwie to powinienem się udać na kurs komputerowy dla 50-latków (śmiech).

Konkurs! Zaśpiewaj z Muńkiem i T.Love na jednej scenie - sprawdź szczegóły!

Wspomniałeś o innym światopoglądowo albumie Marii Peszek. Ty na "Old Is Gold" nie boisz się zadeklarować wiary w Boga, pomimo że śpiewasz w piosence "Stanley": "Krzyż nie jest popularny". Jednocześnie stawiasz pytania o sens wiary w Boga. Z wiekiem zaczynasz wątpić?

- Ja wierzę, ale wątpię. Z tym, że element wiary jest zdecydowanie mocniejszy. Mam znajomych wielu opcji, że tak powiem. Wierzących, niewierzących. Nawet takich, którzy chcą się bawić ze złem, ale nie nazwałbym ich satanistami. Różni ludzi. Wiara nie jest sprawą intelektualną, a emocjonalną. Ja wierzę. Nie jestem jednak taki polo-katolo, rączki do Bozi i wszystko jest dogmatem. Zresztą związek wiary i kościoła czy Boga i człowieka to już zupełnie inne sprawy. Ja dostając kopy od życia nie myślę, by były to kopy od Boga.

- Teksty na "Old Is Gold" powstawały przez cztery lata i wówczas przechodziłem przez różne okresy. A zwątpienie wierzącego to nie jest nic nowego. To nie jest tak , że się zastanawiam nad przejściem do innej drużyny. To nie jest tak, że się zastanawiam czy w ogóle. Boje się powiedzieć, że jestem czegoś pewien, bo pewność to rzecz niebezpieczna, ale ja się widzę w tej drużynie jasnego szeryfa. A na płycie Marysi Peszek jest bardzo dużo człowieczeństwa. Ateistycznego, ale ja sobie bardzo cenię prawdę, jakakolwiek by ona nie była. Bardziej, niż jakiś tam rozmodlonych hipokrytów. Stąd jest mi bliski jej album. To znaczy ja bym nigdy się tak nie zadeklarował jak ona. I to nie ze strachu. Ja po prostu nie myślę w ten sposób. Ona śpiewa, że nie prowadzi jej Pan. A mnie właśnie prowadzi. To jednak jest nasz wybór. Szanuję absolutnie jej punkt widzenia i lubię odważne rzeczy. Wierzę, że ona to śpiewa od siebie i mi się to podoba. Różnica w światopoglądzie nas nie wyklucza. W Polsce mamy nastawienie na konfrontacje - i to z prymitywnych pobudek. "Ja jestem z PiS, ty jesteś z PO!". Mamy dwóch głównych graczy na scenie politycznej, którzy niby nie są do siebie podobni, a są podobni i do tego istnieją w jakimś tam współuzależnieniu od siebie. Za tym jednak idzie podział społeczeństwa. To jest bez sensu. To tak, jak ja bym teraz powiedział: "Niech Marysia Peszek, ta ateistka, wypieprza". To jest bardzo złe myślenie. Nie ma w tym nic pozytywnego. Mnie ciekawi każdy człowiek i nie wstydzę się powiedzieć, że w Boga wierzę. Natomiast zwątpienie jest rzeczą, która mi absolutnie towarzyszy.

- A krzyż nie jest popularny, bo został wypaczony. Pcha się go do polityki. Gdyby prawdziwy Jezus Chrystus, ten z tamtych czasów, przyjechał na Krakowskie Przedmieście, zostałby może nawet ukrzyżowany po raz drugi. W tych tłumach widzę czasami tyle nienawiści... Popatrzyliby na Jezusa i zastanawiali się: "Co to za świr? I do tego Żyd!". Dziwna sprawa... Nie wiadomo, jakby było. A przecież podstawowa chrześcijańska zasada to kochanie bliźniego. Nie rób mu krzywdy. A ludzie spory będą mieli zawsze. Szkoda tylko, że mieszają do tego krzyż, a nawet Jezusa czy Matkę Boską. Jezus Chrystus królem Polski? Matka Boska królową Polski? Umówmy się... Przecież to są metafizyczne sprawy. To jest jakiś obłęd!

Jak bardzo biograficzny jest utwór "Lucy Phere"? Czyli utwór również o "ciemnym szeryfie"?

- W tej piosence jest też jasny szeryf. Znam ciemnego szeryfa, bo miałem z nim flirty. Dał mi dużo pseudo przyjemności. A w zasadzie to mi kilka razy mocno skopał tyłek. Diabeł istnieje, a umniejszanie jego roli to tylko wymysł współczesnej popkultury. Nigdy mi się nie ukazał, jasny szeryf zresztą też nie. Ale kilka razy dostałem w dupę poważnie, bo diabeł jawi się przyjacielem człowieka, a na końcu nigdy nim nie jest. Piosenka "Lucy Phere" opowiada o moim życiu, ale też dotyczy wielu ludzi. Teologia łączy się z erotyką. Bohater, którym w dużym stopniu jestem ja, przeżył sporo na scenie i poza sceną. Widział wiele. Ale ludzie, którzy wcale nie są gwiazdami muzyki pop, odczytują ten utwór na wiele sposobów. Jako metaforę współczesnego świata, pełnego pokus, karier, finansów. I adwokata diabła, który zmusza nas do robienia różnych rzeczy w korporacjach. Jestem bardzo dumny z tej piosenki, która ma formę balladową.

- Pisząc ten tekst byłem w bardzo złym stanie psychicznym i fizycznym. Byłem poważnie chory, wszystko mi się rozwaliło. Ledwo zipałem. I ten utwór napisałem mając wysoką gorączkę. Gdy zaśpiewałem to na próbie por raz pierwszy, to chłopaki mówili, że mają ciary. To jest mocna rzecz. Drugi singel. Ta piosenka mówi raczej o pokusie bycia kimś, który mówi, że jest dobry i ewangelizuje ludzi. A w rzeczywistości prowadzony jest przez złego w tej swojej pysze. Na końcu jest wymanewrowany. Ale demony i egzorcyści - ten temat naprawdę istnieje. Mam znajomych, którzy zawodowo zajmują się egzorcyzmami. Nie ma co z tym igrać. Mnie to już nie grozi, chociaż należy szanować przeciwnika. Bo to nie jest mój przyjaciel, a raczej przeciwnik. Ale bez demonizacji i taniej sensacji.

- Jednak wszystko zależy od punktu widzenia, bo dla niektórych przeciwnikiem jest Bóg, bo daje zakazy. Wolność wygląda różnie, a o wszystkim przekonamy się po śmierci. Otarłem się o ciemną stronę, bo to wszystko są nasze ludzkie jazdy, które dzieją się za podszeptami. Dziś mogę powiedzieć, że jestem trochę bardziej ufortyfikowany. Trzeba być jednak czujnym, bo to jest inteligentny przeciwnik i doskonale zna nasze wszystkie słabości. Może nawet człowiek do konfesjonału doprowadzić. Zresztą w kościele też jest sporo złego szeryfa. Co tu dużo mówić, ta walka odbywa się na co dzień i ja obserwujemy. Ten temat mogłem wreszcie poruszyć na tej płycie "Old Is Gold". Formuła muzyczna tych gatunków, które znalazły się na tej płycie, nawet nie tyle pozwala poruszać takie tematy, co one dobrze brzmią w gospel, soulu, country czy bluesie.

Z jednej strony musicie być dumni z "Old Is Gold". Z drugiej strony, poprzeczka została mocno zawieszona przez was samych. Będziecie się musieli mocno nagimnastykować na następnej płycie, by dociągnąć do tego poziomu.

- Racja. Na razie nie wiemy, co i kiedy, bo "Old Is Gold" nas mocno wypompowało. Gramy jeszcze trasę... Ja, jeśli chodzi o teksty, to na razie nie mam nic do powiedzenia. Na razie, bo znam siebie i wiem, że tematy wrócą. Nie jesteś pierwszym dziennikarzem, który ma takie spostrzeżenie. Ktoś nawet powiedział, że teraz wypadałoby zakończyć karierę, bo ta płyta jest tak mocna (śmiech). Nie ma takiego planu. Natomiast "myślówa" nad następnym albumem będzie pewnie dopiero po trasie i po urlopie, bo musimy odpocząć. Wtedy będę myślał. Mamy materiał, to znaczy luźne piosenki, których nie łączy jedna idea. Przez cztery lata mieliśmy próby i muzyka powstawała. Te utwory są hałaśliwe, bardziej czadowe. Mnie marzy się taka płyta garażowa: Raz, dwa, trzy i gramy. Bez dopracowywania szczegółów. Ale czy to będzie dobre? Płyty T.Love to jest sinusoida. Jedna weselsza, druga smutna... A po tej płycie to nie wiem, co będzie.

Dziękuję za rozmowę.

INTERIA.PL
Dowiedz się więcej na temat: Muniek | T. Love | stare

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje