Tymoteusz Hołysz, Interia Muzyka: Rozmawiamy tuż przed premierą waszego nowego albumu, "Alone Together". Czym różniło się powstawanie tego materiału w porównaniu do poprzednich płyt?
Julian Cashwan Pratt, Show Me The Body: Myślę, że byłem w zupełnie innym miejscu w życiu. Kiedy byłem młodszy, byłem homoseksualistą i narkomanem. Żyłem wyłącznie z dnia na dzień. Teraz mam córkę, więc moje postrzeganie rzeczywistości bardzo się zmieniło. Kiedyś "jutro" nie miało dla mnie żadnego znaczenia, a teraz jest niezwykle ważne. To nie tak, że rzeczywistość nagle stała się jaśniejsza, ale nadciąga w znacznie bardziej namacalny i realny sposób. Dodatkowo, na samym początku pracy nad tą płytą, straciłem jednego z moich mentorów. Więc tak naprawdę to jest album o stracie i miłości jednocześnie i o tym, jak przez to wszystko przechodzimy.
Sam tytuł również wydaje się bardzo paradoksalny. Co on dla ciebie oznacza?
- Znaczy wiele rzeczy, ale dla mnie to przede wszystkim przyjmowanie twardej postawy. Czasem, zwłaszcza będąc "dziwakiem", można czuć się samotnym i odrzuconym. Ale jeśli jesteśmy odrzucani wspólnie, to duchowo wciąż możemy stanowić jedność. Ten tytuł reprezentuje też mojego brata, którego niedawno straciłem. Zawsze wstawialiśmy się za sobą nawzajem i wspólnie zajmowaliśmy twarde stanowisko. Kiedy on stawiał na swoim, ja stałem murem za nim. Kiedy ja stawiałem sprawę jasno, on wspierał mnie. W tamtych momentach byliśmy "samotni, ale razem" - "Alone Together".
Wspomniałeś przed chwilą, że jesteś teraz ojcem. Jak ojcostwo wpłynęło na ten album?
- O rany... Chyba nigdy wcześniej nie czułem jednocześnie tak wiele bólu - jestem w tej chwili pełen bólu - a zarazem, czując to wszystko, tak ogromnej miłości. To ogrom miłości i wybaczenia w stosunku do mojej własnej rodziny i rodziców. To też proces uświadamiania sobie, co to znaczy być mężczyzną. Wciąż próbuję to sobie poukładać. A ty masz dzieci?
Nie.
- Bardzo polecam. W ogóle tego nie planowałem, ale naprawdę polecam. To najcudowniejsza rzecz na świecie.
Zobacz również:
Odnoszę wrażenie, że posiadanie dzieci w dzisiejszych czasach jest trochę przerażające.
- Absolutnie tak. Jak już wspomniałem, nie planowaliśmy tego. Po prostu wróciłem z trasy nie widzieliśmy się przez długi czas no i się stało. To było i jest bardzo przerażające. Świat jest strasznym miejscem, ale warto o niego walczyć. Kiedyś byłem po prostu gotowy na apokalipsę, na to, by ludzkości było mniej. A teraz czuję inaczej. Chcę pomagać ludziom żyć lepiej. Chcę lepszego życia dla mojej córki.
Wspomniałeś też, że straciłeś mentora. Jeśli się nie mylę, to również wasza pierwsza trasa koncertowa bez Noble'a. Jak radzisz sobie z wyjazdem bez tak ważnej dla ciebie osoby?
- Piję. Czasem bardzo trudno jest o tym rozmawiać, ale bywa to też piękne. Lubię o nim mówić, bo bardzo go kocham, ale to faktycznie ciężkie.
Kiedy graliście w Polsce ostatnim razem, on sprzedał mi na merchu tę koszulkę. Kupowałem wtedy też jedną dla taty, a on policzył mi tylko za jedną sztukę.
- Ten skubaniec...
Wróciłem po chwili, żeby zapłacić za drugą koszulkę, a on był niesamowicie wdzięczny i zaskoczony.
- To piękna historia. Myślę o nim każdego dnia. Miał w sobie tak dużo miłości, którą potrafił obdarowywać innych. Próbuję być bardziej jak on. Naprawdę robię, co w mojej mocy, żeby być choć trochę jak on.
A jak w to wszystko wpisuje się Corpus? To ogromna społeczność. W pewnym sensie rodzina, która teraz powiększyła się o twoją córkę. Jaką rolę ten kolektyw odgrywa obecnie w waszej muzyce?
- Corpus stoi samotnie.
Ale razem.
Tak, absolutnie. To nasza praktyka. Wszyscy w Corpus są świetnie przygotowani do tego, by wspólnie radzić sobie z trudnymi sytuacjami. W pewnym sensie po prostu dajemy światu znać, co do siebie czujemy i jak przez to wszystko wspólnie przechodzimy.
Z tego, co zauważyłem słuchając waszych nowych singli, jest w nich znacznie więcej wrażliwości. Jak balansujesz pomiędzy tą typową twardość, na której opiera się hardcore z wrażliwością?
- Cóż, sam nie jestem twardzielem. Moi starsi koledzy z osiedla to twardziele, ale ja niekoniecznie. Poza tym przed nami było już wiele kapel, które prezentowały tę surową twardość, ale nie kryły wrażliwości. Myślę tu choćby o zespole takim jak Harvey Milk. Wywarli na mnie ogromny wpływ - to, jak bardzo potrafili być delikatni, a jednocześnie potężni i miażdżący. I to właśnie ta delikatność sprawiała, że te agresywniejsze momenty uderzały z jeszcze większą siłą. Z wiekiem chcę po prostu pokazywać więcej prawdziwego siebie. Kiedy jesteś młody i tworzysz muzykę, często piszesz o tym, kim chciałbyś być. Kiedy dorastasz, zaczynasz pisać o tym, o bycie kim walczysz i jednocześnie o tym, kim autentycznie jesteś.
To z tego bierze się ta radykalna miłość?
- Tak jest. Dokładnie tak.
Muszę na koniec zapytać o okładkę nowej płyty z gołębiami. Po pierwsze, jak to zrobiliście? A po drugie, dlaczego akurat gołębie?
- Najzimniejszy miesiąc w Nowym Jorku. Zajęło nam to siedem dni i sześć prób. Rozsypywaliśmy ziarno, a gołębie czasem tylko patrzyły na nas jak na kretynów i w ogóle się nie ruszały. Aż nagle za siódmym podejściem, po całym tygodniu stania na ulicy, wreszcie zlatywały. Tego poranka nie mieliśmy z kim zostawić naszej córki. Więc ja trzymałem córkę, podczas gdy matka mojego dziecka robiła to zdjęcie, stojąc wyżej na latarni na ulicy. To było prawdziwie rodzinne przedsięwzięcie!
A dlaczego gołębie? To jedne z najstarszych udomowionych zwierząt w ludzkiej cywilizacji. Kiedyś hodowano je na jedzenie, były traktowane jak dzisiaj krowy. A teraz, po tych tysiącach lat, stały się w zasadzie bezdomne. Wiele osób ich nie lubi. Ludzie traktują je jak latające szczury. Są w pewnym sensie wykluczonymi wyrzutkami. Gołębie to idealny obraz bycia "samotnym, ale razem". Bardzo do nas pasowały.











