Sarsa prezentuje album "Miało być jak w filmie" i świętuje dziesięciolecie kariery. "Celebracja wszystkich rozdziałów muzycznych" [WYWIAD]
"Miało być jak w filmie" - opowiada rozmarzona Sarsa przy okazji promocji jej najnowszego albumu. I właśnie o tych wyobrażeniach porozmawialiśmy, nawiązując do wymarzonych kadrów, błędach w kliszy i taśmie naznaczonej otosklerozą. O czym myśli Sarsa dziesięć lat po debiucie? Jak dzisiaj widzi świat? I co poradziłaby osobom, które chcą zagrać w nowej roli i podbić branżę muzyczną? Sprawdźcie sami!

Bartłomiej Warowny, Interia Muzyka: Bardzo ciekawi mnie utwór "Echo". Śpiewasz tam: "Nie wiem czy to moje łzy, czy deszcz". To jak to jest z tą nową odsłoną Sarsy? Jest szczęśliwsza niż za debiutu czy nie?
Sarsa: - Nie wiem jak to jest, bo na co dzień jestem ultra uśmiechniętym i szczęśliwym człowiekiem - lubię żartować, nawet chamsko, lubię być skazana na busa (i tam jest grubo, robimy wariactwa), kocham się uśmiechać i wygłupiać z moim synem. Robimy najgorsze rzeczy - nie chciałabym, żeby ludzie wiedzieli, jakie robimy żarty z moim czteroletnim synem, bo jesteśmy hardcore'ową rodziną. Mam poczucie humoru i radość w życiu codziennym, natomiast moja twórczość zawsze jest nostalgiczna, pełna melancholii, emocji. Dotyka często tęsknoty. I powiem ci szczerze, że to są te dwa elementy, które się nigdy we mnie nie zmieniły. Taka jestem od debiutu. Śpiewam w smutny sposób, a jestem wesołym i pozytywnym człowiekiem.
Czyli nie jest tak, że teraz jest u ciebie lepiej niż było wcześniej?
Nie! Oczywiście są różne doświadczenia i wyrażam je na płytach. Album "Miało być jak w filmie" to takie echo mojej przeszłości jeszcze z czasów młodzieńczych. Jest bardzo dużo rzeczy, z których się jeszcze dostatecznie nie wyśpiewałam. Zauważam u siebie pewną powtarzalność - wszystko, co tworzę, ma u podstaw zawsze jakąś tęsknotę, melancholię i smutek.
A gdybyś miała wybrać najlepszy i najgorszy moment tworzenia płyty "Miało być jak w filmie"?
Na pewno najgorszą chwilą było dostanie diagnozy i informacja, że choruję na otosklerozę. Trudnym momentem było dla mnie to, gdy wyszłam ze szpitala po drugiej operacji i byłam zaledwie kilka dni po zabiegu. Jedno ucho zaklejone, drugie z wielkim ubytkiem słuchu. Praktycznie nic nie słyszałam. To był trudny moment, ale zarazem piękną odsłoną tej chwili było postanowienie wejścia do studia - te cztery dni po operacji. Powiedziałam do Pawła, mojego producenta i prywatnie partnera: "Dobra, ja nagrywam!". On do mnie: "Weź ty się lepiej połóż", ale nie mogłam. To było bardzo śmieszne, ale zarazem dramatyczne - wylałam wtedy morze łez. Nagrałem wtedy cały "top line", czyli melodię ze słowami, utworu "Jak w filmie". Miałam go w głowie i chciałam go nagrać. Nagle weszliśmy w proces produkcji utworu.
Jak teraz słyszysz?
Po nagraniu "Jak w filmie" Paweł zapytał mnie o to samo. Wtedy nie słyszałam tak dobrze, ale, co jest ciekawe w tym moim nowym słyszeniu, dźwięk idzie teraz "po kościach", rezonuje. Można powiedzieć, że słyszę dźwięk swoim ciałem, a nie uszami. Te wibracje przez kości policzkowe docierają do receptorów i dają informację, jaki to jest dźwięk. Nie tylko uszami słyszymy! Kiedy prawie zupełnie straciłam słuch, to paradoksalnie dowiedziałam się o swoim ciele nowej rzeczy. Teraz wiem, że mogę czuć muzykę i ją rozpoznawać nie tylko uszami. W "Jak w filmie" chciałam wyśpiewać, że zmyję cały syf i będę rzeczywiście żyć jak w filmie. Chciałam wyśpiewać, że będzie happy end tej historii.
Czyli u ciebie ten najgorszy moment właściwie urodził i zapoczątkował najlepszy.
Tak! Zawsze powtarzam, że to od nas zależy, jakie nadamy znaczenie temu, co nam się przytrafia. Z tragicznej diagnozy zdecydowałam się na nagranie dokumentalnego filmu "Unheard. Historia nieznana", którego premiera będzie miała miejsce, mam nadzieję, w przyszłym roku. To nie jest tak, że zawsze złe rzeczy będą za sobą ciągnąć zło. Mam wielką radość z życia.
Twój ulubiony kawałek z płyty? Mój to "Kiedy jej powiesz"!
"Wesoły diabeł"! Ważny jest dla mnie przekaz tej piosenki oraz tekst, który łączy w sobie dwie historie. Dwie różne miłości były dla mnie inspiracją do stworzenia tej piosenki - jedna platoniczna, druga nie. Muzycznie bardzo lubię ten utwór, bo progresywnie się rozwija. Zrobiłam tam nawiązania do albumu "Jestem Marta", bo faktycznie zależało mi na tym, żeby płyta "Miało być jak w filmie" była celebracją wszystkich rozdziałów muzycznych, które za mną. Sa tam też "Runostany", "Pióropusze" i "Zapomnij Mi" - chciałam ze wszystkiego zaczerpnąć i stworzyć klamrę zamykającą ostatnie dziesięć lat. Ciekawe, że wspomniałeś o "Kiedy jej powiesz", bo chciałabym zaprosić do tego utworu pewną wrażliwą artystkę.
Ja już wiem kogo, a nasi czytelnicy dowiedzą się, miejmy nadzieję, niedługo. Jaram się! Byłybyście świetne razem!
Spotkamy się wtedy na rozmowę i już bez cienia tajemnicy porozmawiamy!
Trzymam za słowo! Dobrze się ma również twój podcast "Miało być jak w filmie". Z Mery Spolsky spierasz się w spirytualistycznych sprawach prawie non stop!
Jakie my jesteśmy różne, to aż niebywałe. Stety niestety moje reakcje, które chwilami są bardzo spontaniczne, bywają interpretowane oceniająco. A ja wcale nie jestem oceniająca! Wiem, że mamy z Mery inne poglądy na wiele spraw, ale uwielbiam ją za to. Kocham to, że jest inna niż ja, że wyzwala we mnie jakieś emocje. Serio?! Jak można nie wierzyć w istnienie świata duchowego? Z jednej strony "Nie rozumiem", a z drugiej mam ochotę ją poznać. Mery ma odwagę rozmawiać na tematy, które potrafią polaryzować. Jestem jej wdzięczna, że opowiedziała mi o swojej prawdzie w tak spontaniczny, otwarty sposob. Można mieć inne podejście do fundamentalnych kwestii, np. wiary, ale jednocześnie można rozmawiać, szanować się i lubić. Czasem jest taka moda, że gdy coś nas dzieli, to ludzie mówią: "A dobra, to nie pogadamy". Ale dlaczego? To jest fajne! Ja wierzę w Boga, ty wierzysz, że po śmierci nic nie ma i to jest fascynujące. Możemy sobie wymyślać różne scenariusze w życiu. Ten podcast daje mi możliwość wyjścia ze swojej bańki. Chcę poznawać inne historie. Różnorodność może nas łączyć. Miałam też fajną rozmowę z Gąsiu, z Joanną Jędrzejczyk, z Natalią Szroeder, która jest ultra wrażliwa i prawdziwa.
Zobacz również:
Jak sobie radzisz z mediami? Po "The Voice of Poland" nagle bum i weź tu się odnajdź w tym świecie!
Zaczęłam nosić kolce, ćwieki i marynarki. Nie umiałam nigdy wykorzystywać nieprzychylnych opinii, wskakiwać na falę hejtu i przekuwać ją w coś dobrego. To mnie zawsze tak bolało, że nie wiedziałam, co z tym zrobić. Było oczywiście wiele nieprawdziwych materiałów, sprytnych montaży, które przedstawiały mnie w złym świetle. Wtedy obsesyjnie chciałam to kasować, a po dziesięciu latach mam to gdzieś. Pojawiły się w moim życiu wartościowe, prawdziwe rzeczy - mam syna, partnera. Kocham i jestem kochana. Wiodę miłe, rodzinne życie, więc to medialne opluwanie na mnie nie wpływa. Jestem teraz bardzo szczęśliwa, co nie znaczy, że nie szczypie mnie hejt. Społeczeństwo nie jest super szczęśliwe i to widać. W systemowym filmie nie ma happy endów.
Czego żałujesz, że nie wiedziałaś na początku swojej muzycznej drogi?
Żałuję, że nie wiedziałam, że trzeba mieć dobrego prawnika i psychologa. Często to powtarzam. Gdybym mogła tej Sarsie sprzed dziesięciu lat coś powiedzieć, to powiedziałabym: "Laska, nie słuchaj tych wszystkich dookoła. Idziesz do prawnika i wszystko konsultujesz. Ale z drugiej strony, gdybym była tak dobrze przygotowana na wszystko, to bym nie popełniła wielu błędów, które doprowadziły mnie do tego miejsca. To właśnie błędy tworzą drogę na szczyt. Chyba nie zmieniłabym z perspektywy czasu niczego. Bałabym się, że zaburzę bieg zdarzeń - gdybym była wszechwiedząca wtedy, to może teraz bym nie siedziała tutaj z tobą i nie byśmy nie rozmawiali.
Co byś powiedziała debiutantom, którzy zaczynają swoją drogę w branży?
Na pewno cię oszukają i na pewno cię zranią. Zawiedziesz się, ale nie trać wiary w ludzi i idź do przodu. To jest naturalna kolej rzeczy. Pisz swoje piosenki, twórz, nie przychodź jako ktoś, kto chce, ale nie wie jak. Nie licz na to, że ktoś cię stworzy. Przyjdź i wiedz, czego chcesz.
Wiadomość do fanów?
Fajnie jest wydać płytę, która jest nagrana studyjnie, ale bardzo ważne dla mnie będzie pokazanie tego materiału na koncertach. 26 listopada zagramy w klubie Niebo w Warszawie, 27 listopada w Elblągu w Klubie Beczka, a 28 listopada w Drizzly Grizzly w Gdańsku. To będą takie jedyne dwa koncerty, po których zostanę z ludźmi do końca, żeby dowiedzieć się, co jest fajne, a co nie na nowej płycie. Dawno nie robiłam takich fanowskich spotkań. Chcę zagrać utwory, od których zaczynałam swoją karierę, w nowych, jak w filmie, aranżacjach. To będzie koncert nie tylko z okazji premiery albumu, ale i celebrujący w ogóle dziesięciolecie. Gorąco zapraszamy!










