"'Rzeźpospolita' to zapis opowieści ludzi tworzących polską scenę metalową w latach dziewięćdziesiątych minionego stulecia. Ich losy, nawet za cenę upiększeń, przez lata tworzyły nową legendę. Ostatnia dekada poprzedniego stulecia to czas niekończących się zmian i rozwoju muzycznego w Polsce. Jest to okres szczególnie ważny dla sceny metalowej w naszym kraju, bo okres pionierski - to właśnie w tamtych latach zaczął rodzić się rynek sensu stricto z pierwszymi profesjonalnymi studiami nagrań, wytwórniami, oficjalną dystrybucją, raczkującymi trasami koncertowymi, czyli wszystkim tym, co oczywiste dla innych gatunków muzycznych, a dotąd nieistniejące w naszym metalu. O tym i wielu innych sprawach rozmawiałem z bohaterami tamtej epoki. To nie jest publikacja wyłącznie dla tych, którzy ocaleli z rzezi muzycznej zafundowanej przez wtedy młodych gniewnych, a dzisiaj ludzi około pięćdziesiątki. To lektura napisana przez fana dla fanów" - podkreślał przy okazji premiery pierwszego wydania (2021 r.) Piotr Dorosiński, na co dzień redaktor naczelny "Musick Magazine".
Nowe wydanie "Rzeźpospolitej" rozszerzono o wstęp oraz rozdział poświęcony kolejnym zespołom, które współtworzyły polski metalowy underground lat 90., choć z różnych powodów nie przebiły się do szerszej świadomości. Całość liczy ponad 700 stron i dostępna jest w twardej oprawie dzięki wydawnictwu In Rock.
Michał Boroń, Interia: Wznowienie zostało poszerzone o przedmowę i jeden nowy rozdział. Zdradzisz, co się tam znajduje?
Piotr Dorosiński: - Poszerzone jest również o nową okładkę, pozwolę sobie dodać. Sars, który jest jej autorem, przygotował projekt doskonale oddający i ducha epoki, i równolegle świetnie wyglądający, zwłaszcza na żywo, ciesząc oko. A to już kunszt Kamila, że okładka wygląda lepiej w realu niż na Instagramie. Z powszechnej wiedzy wiemy, żeby nie oceniać książki po okładce, niemniej tak dobry projekt graficzny cieszy mnie dubeltowo, bowiem oprócz tego, że jest kapitalny warsztatowo, to czytelnicy dostają coś ekstra w stosunku do oryginalnej wersji. A właśnie to coś specjalnego miało dla mnie istotne znaczenie przy podejmowaniu decyzji o wznowieniu "Rzeźpospolitej".
Kiedy z wydawnictwa In Rock zacząłem dostawać sygnały, że chcą wydać wznowienie książki (i w zasadzie to nie ma nad czym dywagować), bowiem poprzedni nakład był już od dłuższego czasy kompletnie wyprzedany, wiedziałem, czego od nowego wydania chcę - zależało mi, żeby czytelnik dostał reedycję z prawdziwego zdarzenia. Mam szczęście, że pracuję z wydawcą rozumiejącym, o co chodzi w tym naszym metalu i bez zbędnych dyskusji ustaliliśmy temat. W efekcie oprócz nowej okładki i nowej przedmowy zamieściłem w tej edycji teksty o My Infinite Kingdom, Necrobiosis, Carrion of Torrent, Lastwar, DDT i Xantotol. Te zespoły, jak każdy z innych przedstawionych w książce, nie wzięły się z powietrza. Przede wszystkim lubię muzykę każdego z nich. Ponadto z każdym z nich mam jakieś osobiste wspomnienia. A nade wszystko właśnie takie zespoły, w swoim czasie niewidoczne szerszej publiczności, poupychane na kartkach małych zinów i w ciasnych kanciapach po całej Polsce, były solą tej muzyki. Vader i Behemoth to tylko wierzchołek góry lodowej, z kolei Necrobiosis czy Lastwar to były małe, ale rwące potoki, które rozsadziły tamę. Oni reprezentowali to samo zjawisko, tyle że z różnych poziomów. Rozmowy o polskiej scenie metalowej z lat 90. nie da się sprowadzić tylko do kilku najgłośniejszych nazw.
Książka jest m.in. opisem niewykorzystanych szans, rozbitych składów i niewydanych płyt. Kto twoim zdaniem z tego nowego rozdziału miał największą szansę, by wyjść z tego zaklętego kręgu?
- Słusznie zwracasz uwagę, że "Rzeźpospolita" jest w pewnej części zapisem niespełnionych nadziei i straconych szans. Ale proszę, podkreśl to - tylko w części o tym opowiada. Książka nie jest kroniką "genu przegrywu" wśród polskich zespołów. Oczywiście, jest najeżona historiami o zmarnowanych szansach, chociażby z tego powodu, żeby nie zabrnąć w sytuację, kiedy fakty przeszkadzają w snuciu opowieści. W tym miejscu warto zadać sobie pytanie, co właściwie znaczy wyjście z zaklętego kręgu. Patrząc z naszej, polskiej, perspektywy, Lux Occulta i Christ Agony osiągnęły sukces - zdobyli relatywnie dużą popularność (w momencie, kiedy zespoły ze stajni Metal Mind traciły zainteresowanie szerszej publiczności, wspomniane składy spokojnie można nazywać mainstreamowymi tamtych lat) i uznanie środowiska.
Z kolei, mówiąc o nich w kontekście globalnej sceny, nie osiągnęły praktycznie nic. Próbowali zaistnieć za naszymi granicami, ale bezskutecznie. Ciekawym przypadkiem jest w tej historii temat polskiego black metalu z lat 90. Dzisiaj oczywistością jest, że o zespołach pokroju Graveland, Sacrilegium czy Arkona mówi każdy szanujący się fan black metalu na świecie. Ale we współczesnych im czasach, oprócz Graveland i Behemoth, pozostałe kapele z tego nurtu żyły właściwie tylko w świadomości polskich fanów.
Świat w latach 90. zaczął się szybko zmieniać i mam wrażenie, że niektórzy byli obojętni na to, co się wokół nich działo. Pewien model funkcjonowania zespołu metalowego w Polsce wywodził się z innej epoki, z zupełnie innej rzeczywistości technologicznej, gospodarczej i społecznej. Jakaś część ówczesnych zespołów utknęła w starych przyzwyczajeniach i nie odpowiedziała na potrzeby nowych realiów. To obserwacja, nie zarzut. Najjaskrawszym tego przykładem są losy Imperator. W latach osiemdziesiątych ten zespół nadawał ton nie tylko polskiemu podziemiu, był prekursorem ekstremalnej muzyki w tym kraju, bezczelnie pchał się ze swoją muzyką za granicę - skutecznie, bowiem odbierani tam byli jako pełnoprawny zespół światowego undergroundu, a nie ciekawostka zza żelaznej kurtyny. Więcej, jestem zdania, że Imperator na wysokości "Eternal Might" był jednym z wiodących zespołów deathmetalowych na świecie.
W moim mniemaniu uzasadnione jest mówienie o ich muzyce jako czymś wyjątkowym w skali całego światowego gatunku, co uprawnia do stawiania ich w jednym rzędzie z zespołami pokroju Morbid Angel z początków kariery. Podkreślam - mam na myśli okres powstania i wydania "Eternal Might". Hipotetycznie, gdyby wtedy muzycy wyjechali z rodzinnej Łodzi do, dajmy na to Londynu, kto wie, czy dzisiaj nie mówilibyśmy o historii podobnej do losów brazylijskiej Sepultury, której członkowie w pewnych momencie wyemigrowali do USA, co wydatnie pomogło im stać się światowej sławy zespołem. Bariel i jego koledzy z zespołu zostali w mieście włókniarzy i potem było, jak było.
Dla mnie zdecydowanie poniżej realnych możliwości zespołu, potencjału osobowego, ale też z perspektywy trendów panujących wtedy w metalu. Dość powiedzieć, że debiutancka i jedyna w ich historii płyta studyjna ukazała się w zasadzie jako splot przypadkowych okoliczności. Album pojawił się fizycznie nie w tym czasie, co powinien (death metal miał już wtedy swoje gwiazdy i zasadniczo zaczynał spadać ze słupków popularności), nie na tym nośniku, co trzeba. O braku elementarnej promocji nawet nie wspominam. Po prostu popisowo to spieprzyli. Dopiero oficjalna reedycja tego materiału, która miała miejsce kilka lat później, przedstawiała zawartość "The Time Before Time" szerszemu gronu słuchaczy. Ale to już było za późno.
Innymi, od wspomnianych wcześniej, przypadkami są zespoły jak Hazael, Betrayer i Armagedon - każdy z nich miał swoją szansę wyjść z naszego grajdołka, a Hazael i Armagedon mogły nagrać albumy dla poważnych zachodnich wytwórni, jednak z różnych powodów tego nie zrobiły. To przykłady odmienne od historii Imperator - raz, że mówimy o mniejszej skali, bo europejskiej, dwa, inne były powody takiego stanu rzeczy. Ale, co pocieszające, każda z tych kapel ma na koncie bardzo solidne wydawnictwa, których do dzisiaj słucham z prawdziwą przyjemnością. Przy okazji, Tomek z Hazael ma nowy band, Shine, i wydał w mającej swoją markę wytwórni album zatytułowany "Wrathcult" - całkiem solidne deathmetalowe wydawnictwo.
Historia polskiego metalu z lat 90. zna niejeden przypadek, bardziej lub mniej pasujący do etykietki niespełnionego talentu. Na czele puli takich zespołów, które nie wydały płyty, a powinny, stawiam Condemnation, Slashing Death, Hideous Chaos i Marhoth. Prywatnie wprost uwielbiam ich nagrania. Niestety w każdym z tych przypadków nie możemy nawet mówić o straconych szansach, bo w zasadzie to oni nawet nie dali sobie szansy na coś więcej niż kiepskiej jakości nagrania demo. Tworzyli moim zdaniem świetną muzykę (różnorodną: od death metalu przez grindcore do black metalu), ale nie zrobili wystarczająco, albo wręcz nic, żeby spróbować wejść na wyższy poziom niż najgłębsze podziemie. A potencjał do zwojowania świata był duży.
Niemniej, jak wspomniałem wcześniej - piękne katastrofy to jedna strona tego samego medalu. Po drugiej są budujące historie Pandemonium, Devilyn, Damnation, Sirrah, Neolith, które w mniejszej skali, ale szły w tamtych czasach po swoje i zostawili ciekawe wydawnictwa, którym czas nie zaszkodził w najmniejszym stopniu. Co warte uwagi, rozmawiamy w przeddzień premiery być może najlepszej płyty w dyskografii Neolith, a nowy krążek Damnation ma być w przyszłym roku. Z kolei Pandemonium to żywa legenda naszej sceny na dobrą sprawę nieprzerwanie nagrywająca i koncertująca. Pawłowi, liderowi Pands, należą się wyrazy głębokiego szacunku za konsekwencję i nieustającą pasję do grania.
Z tego co widziałem, wznowienie "Rzeźpospolitej" jest zarazem przedsmakiem drugiej części, która właśnie powstaje. O czym będzie ona opowiadać? Zostajesz w latach 90., czy będzie przeskok w czasie?
- Mogę to wreszcie oficjalnie powiedzieć: druga część "Rzeźpospolitej" jest skończona. W wersji roboczej, ale jest. Będzie to kontynuacja opowieści o polskim metalu z lat 90. To zbyt ciekawy okres w naszej muzyce metalowej i nie mniej ważny dla mnie osobiście czas, żeby go odpowiednio nie uhonorować. A nie mam wątpliwości, że książka opisująca tamten metal bez Imperator, Christ Agony albo Profanum jest niepełna. Z szacunku do tych artystów i z uczciwości wobec czytelnika spisałem koleje losów kilkunastu wykonawców i ludzi związanych z tym środowiskiem. I na tym kończę ten etap. Jeśli będzie trzecia część, to już o innych czasach.
Jak obecnie ma się metalowe podziemie? Na kogo warto zwrócić uwagę?
- Chyba jak wszystko wokół nas. Napuchła nam ta scena metalowa do pokaźnych rozmiarów. Prowadzę drukowany magazyn "Musick Magazine" - codziennie na redakcyjnym mailu jest aż czarno od nowych promówek. W tym krajowych. Pojawił się więc nowy problem, w latach 90. niespotykany - ilość nowości jest fizycznie nie do przerobienia. U mnie dodatkowo objawił się kłopot z motywacją do słuchania takiej ilości nowych nagrań. Nie ma na tę nadprodukcję sposobu i podobnie jak w innych dziedzinach życia, trzeba się postarać, żeby wyłowić z tego morza coś dla siebie. Satysfakcja wtedy jest niemała. Do tego koniecznie dodajmy rynek reedycji, który kojarzy mi się w pewnym sensie ze zdewaluowaniem określenia "kultowe". Kiedy widzę to hasło nachalnie wykorzystywane w stosunku do niemal wszystkiego, co pochodzi sprzed 3-4 dekad, a w świadomości zachowałem skojarzenia, że dany zespół krążył w swoim czasie na granicy trzeciej i czwartej ligi metalowej, to ręce opadają.
Sentymenty są tak silne, że coraz większym zainteresowaniem cieszą się występy coverbandów, w czym nie widzę niczego złego - przeciwnie, sam czekam aż na naszym poletku ujawni się Necrophiliac, hołdujący Slayerowi projekt, na czele którego stoi dobrze znany w naszym środowisku stary załogant.
Pozytywną rzeczą jest liczba i jakość koncertów - mamy ich pod dostatkiem i ludzie chętnie na nie chodzą. Zarówno na te duże, jak i stricte lokalne. Podoba mi się ta moda.
Nieźle wygląda sytuacja z wydawcami - dzięki ich solidnej pracy możemy mówić o samodzielnym rynku metalowym. Putrid Cult, Fallen Temple, Interstellar Smoke Records, Deformeathing Records, Godz ov War, Pagan, Selfmadegod, Mad Lion, Malignant Voices i tuzin innych wiedzą, jak prowadzić taki interes w tych czasach. Mamy niezłych realizatorów dźwięku i grafików. Słowem komplet.
Główną rolę we współczesnym metalu, moi zdaniem, od dłuższego czasu odgrywa black metal. Precyzując, wszelkie hybrydy, które opierają się na tym gatunku. Świetnym przykładem ciągłej ewolucji tego stylu są płyty projektu Kły. Kiedy dokonał żywota, dwójka z nich założyła bez|kres, muzycznie inny od tego, co proponowali z Kłami, a mimo wszystko wywodzący się gdzieś tam podskórnie z black metalu. Z takich awangardowo-blackowych klimatów zaciekawił mnie ubiegłoroczny krążek olsztyńskiej Goryczy. Z klasycznej opcji, czerpiącej z drugiej fali black metalu, podoba mi się to, co nagrywa Trucizna. Z bardziej melodyjnych klimatów zapamiętałem debiut Towards Hellfire. Z innej beczki - bardzo fajnie gra stołeczny Species. W wysokiej formie jest Tenebris, którego ubiegłoroczny "Kochanowski" robi porządną robotę. Z najnowszych rzeczy to wkrótce ukaże się nowy, naprawdę dobry, krążek weteranów z Throneum. W październiku premierę będzie miał drugi longplay ciekawego mrocznego, awangardowo-blackmetalowego Cursebinder. Na deathmetalowej niwie nieźle sobie radzi Toughness, nie zawiódł nowymi nagraniami Doombringer. A poza tym czekam na nowe produkcje Stillborn (oni nigdy mnie nie zawiedli), Totenmesse oraz Mgły.
Czy w ogóle istnieje wciąż podział na scenę oficjalną i podziemie? Czy ta druga jest na tyle profesjonalna, że nie ma porównania z undergroundem i prowizorką lat 90.?
- Już dawno pozbyłem się złudzeń, że dzisiaj mogą jeszcze powstać nagrania tak wściekłe, jakby ich twórcy najedli się surowego mięsa i równolegle robiące na człowieku tak mocne wrażenie, jak swego czasu Blasphemy na demówce czy Deicide na debiucie. W pogoni za coraz bardziej ekstremalnym graniem i przekazem doszliśmy do ściany. Dzisiaj bardziej szokujące jest to, co niektórzy ludzie potrafią mówić i robić, niż płyta zespołu warmetalowego. A przecież underground opierał się w znacznej mierze właśnie na otoczce czegoś zakazanego, nieodstępnego ludziom z ulicy. To był zamknięty świat, trzeba było się postarać, żeby do niego wejść. Dzisiaj tego nie ma. A kiedy dodamy do tego, że największy festiwal metalowy w kraju odbywa się na historycznym terenie Stoczni Gdańskiej, Furia występuje z sukcesami na deskach scenicznych nobliwego teatru, podobnie jak Gruzja, Nergal był jurorem w ogólnopolskim show, w koszulce Mgły chodzą popularni prezenterzy telewizyjni czy pisarze, zresztą ten wywiad też jest przykładem na to, że metal dawno temu wyszedł z piwnic, więc nawet przy dużej dawce dobrej woli nie da się nazywać współczesnej sceny metalowej podziemiem w sensie stricte.
Nie widzę też naturalnego buntu przeciwko zastanej rzeczywistości ze strony młodego pokolenia muzyków metalowych. Nie stworzyli własnej sceny, nie powiedzieli mojemu pokoleniu: "S.......ajcie! Nie interesuje nas, co myślicie o nas. To jest nasz kawałek ziemi i nic wam do niej". Nie ma czegoś takiego jak ich styl, który ma się podobać nie mnie, tylko ich rówieśnikom. Niestety więcej jest dzisiaj rzeczy przewidywalnych niż tych idących pod prąd. Oddzielną kwestią jest zaplecze techniczne, logistyczne i możliwości z tego korzystania. Nie można nawet próbować tego porównywać z sytuacją z ostatniej dekady XX wieku. Kiedyś muzycy grali na tym, co mieli i tam, gdzie mogli. O porządnej sesji nagraniowej mogli tylko pomarzyć, a wydanie profesjonalnie przygotowanej kasety było prawdziwym sukcesem. Dzisiaj, jeśli ktoś ma takie życzenie i przy relatywnie niewielkim wydatku na sprzęt, może nieźle brzmiącą płytę wyprodukować dosłownie w domu i wydać ją w wersji, jakiej tylko dusza zapragnie, a portfel na to pozwoli.
Z drugiej strony - czy świat potrzebuje teraz podziemia? Żyjemy inaczej niż nawet 15 lat temu. Jak niby taki underground miałby teraz wyglądać? Zjawisko podziemia metalowego w znaczeniu jakie znaliśmy zdechło i światu jest z tego powodu wszystko jedno. I tu pojawia się inny wątek - skoro metal przestał być sztuką tajemną, to dlaczego wydawcy, organizatorzy koncertów, muzycy, dziennikarze nie zbiorą się i wspólnie nie powalczą o należne metalowi miejsce we współczesnej kulturze tego kraju - wiadomo, że w kupie siła, i nie mam tu na myśli jakiegoś "unholyunion", tylko sensowne działania mające na celu złapanie stabilizacji, dania możliwości rozwoju i pracy. Muzyka metalowa ma swoją bogatą historię, tradycje i niezmiennie wzbudza zainteresowanie relatywnie sporego grona słuchaczy. A na zewnątrz wciąż jest traktowana mało poważnie, ewentualnie jako ciekawostka. To pytanie skierowane raczej do nas, ludzi z tego środowiska.
Czy prawdą jest teza, że polski metal jest silny głównie za sprawą ekstremy - wciąż rządzi black i death?
- Tak i nie mam co do tego wątpliwości. Zarówno ilościowo, jak i jakościowo. Wydaje mi się, że bierze się to po prostu z tego, jacy jesteśmy. Lubimy skrajności, czego dowodem jest polaryzacja panująca teraz wśród naszego społeczeństwa. W muzyce metalowej te skrajności widać od początku - nie lubiliśmy muzyki środka. Wśród fanów prym wiodły albo klasyczne melodyjne heavymetalowe granie, albo naparzanie w stylu Cannibal Corpse. To się przez lata niewiele zmieniło. Przywołać tu można, a nawet trzeba, przykłady Atrocious Filth i Kobonga. Jeśli ten drugi gdzieś tam jeszcze zaistniał poza czteroma ścianami sal prób i koncertowych salek w domach kultury, tak AF nigdy nie dostali od fanów nawet w połowie feedbacku, na jaki zasługiwali. Kilka lat temu nagrali świetny krążek "OVV" i co? Zna go wąska grupa ludzi.
Natomiast death metal a następnie black trafiły u nas na podatny grunt. Liczba zespołów zawsze była duża. Co prawda nie dochrapaliśmy się jednego charakterystycznego brzmienia, jak chociażby to ze Szwecji, Holandii albo Anglii, nie zmienia to jednak faktu, że nigdy nie brakowało u nas zdolnych muzyków poruszających się w takich muzycznych rejonach. Jeśli thrash metal był u nas zespołową pustynią, doom metal też reprezentowały pojedyncze zespoły, nawet symfonicznego black metalu grano u nas malutko, tak ekstrema miała i ma się nieźle.













