Rubens o swoim nowym krążku: "Lubię, kiedy płyta stanowi zamkniętą, kompletną całość" [WYWIAD]
Trzeci krążek Rubensa - "Piękne mam sny" - ujrzał światło dzienne. To płyta, która powstała w błyskawicznym, dwumiesięcznym procesie twórczym, zrodzonym z nagłego impulsu i potrzeby artystycznej prawdy. Z Rubensem rozmawiamy o nostalgii zaprogramowanej w genach, eksperymentach z elektroniką oraz o tym, dlaczego albumy najlepiej smakują wtedy, gdy słucha się ich od deski do deski.

Wiktor Fejkiel, Interia Muzyka: Właśnie ukazał się twój trzeci krążek - "Piękne mam sny". Czujesz nieustannie ekscytację nowym projektem?
Rubens: - Za każdym razem wydawanie krążka wiąże się dla mnie z ogromnymi emocjami. Wiem, że może to brzmieć jak wyświechtany frazes, bo artyści na wywiadach zawsze powtarzają, jacy są podekscytowani - skłamałbym jednak, gdybym powiedział, że ta ekscytacja zniknęła. Moje utwory są bardzo mi bliskie - piszę głównie o tym, co jest mi bliskie i co obserwuję dookoła siebie, więc te piosenki są niezwykle osobiste. Dość naturalnie, jeśli tworzysz album tak mocno związany z własnym wnętrzem, to przy premierze po prostu muszą towarzyszyć wielkie emocje. Mimo że to już mój trzeci krążek, za każdym razem czuję się dokładnie tak, jakbym wydawał swój debiut - ten pierwszy, najważniejszy album w życiu.
Gdybyś puścił "Piękne mam sny" samemu z sobie z początków kariery, jak oceniłby ten krążek tamten Rubens?
- Myślę, że tamtemu Rubensowi ta płyta na pewno by się spodobała. Znajdują się na niej bardzo szczere piosenki. Opowiadam na niej może nie do końca proste historie, ale staram się to robić nieskomplikowanym językiem. Dokładnie to cenię u artystów, których sam słucham - nie lubię zawoalowanych przekazów ani opowiadania o rzeczach w trudny, nieprzystępny sposób. Unikam taniej poetyckości i to jest coś, na co zawsze zwracam uwagę i co chcę mieć w swojej twórczości. Myślę, że na poprzednich krążkach, jak i na tym najnowszym, w miarę udaje mi się to osiągnąć. Tak że Rubens sprzed debiutu polubiłby ten album i na pewno mocno by się zdziwił, jak potoczyło się jego życie oraz droga artystyczna.
Sam krążek wypromowałeś tylko jednym singlem. Skąd pomysł na tak odważny ruch?
- Jestem trochę wkurzony i otwarcie mówię o tym, że nie podoba mi się dzisiejsza moda na wypuszczanie dużej ilości singli przed premierą płyty. Załóżmy, że krążek ma dziesięć utworów, z czego siedem wychodzi jako single. W dniu premiery dostajesz od swojego ulubionego artysty zaledwie trzy nowe piosenki, które - co by nie było - zazwyczaj są tymi najsłabszymi, skoro wcześniej nie zostały wybrane na single. Przy poprzednich wydawnictwach sam dałem się w to wciągnąć. Myślałem, że to dobry trop. Pewnie dla wielu osób rzeczywiście jest, ale ja chcę być przede wszystkim w zgodzie ze sobą. Lubię, kiedy płyta stanowi zamkniętą, kompletną całość - tak jak to było kiedyś. Wiem, że mogę brzmieć teraz jak zgorzkniały boomer, ale kiedyś czekało się na premierę i zamiast dwóch nowości dostawałeś osiem nieznanych utworów. Wchodziłeś w ten świat, przeżywałeś z nim przygodę, zasłuchiwałeś się w nim. Dlatego tym razem zdecydowałem się na inny krok.
Zgodzę się z tobą w pełni. Takie projekty jak "Piękne mam sny" i twoje podejście do wydawania pozwala mi nadal wierzyć, że jeszcze kiedyś ludziom znowu zacznie zależeć na krążkach, a nie tylko krótkich formach…
- Kiedy rozmawiam ze znajomymi z branży i spoza niej, wszyscy czują tę samą tęsknotę… Tęsknotę za tym, że nie wiesz, co dostaniesz na nowej płycie, że to niespodzianka, która może cię zaskoczyć albo zawieść. Wiem, że brzmi to teraz jak totalny truizm, ale dla mnie to po prostu o wiele bardziej sexy. Nie mówię nawet o moim własnym krążku, tylko o albumach artystów, których obserwuję i których muzyki słucham. Lubię tę opcję. Pamiętam, jak po genialnym "AM" Arctic Monkeys - a to jeden z moich ulubionych zespołów - wydawali kolejną płytę. Wypuścili chyba tylko jeden/dwa single, a zaraz potem wyszedł cały album. I to było po prostu zajebiste.
Nazwałbyś numer "Pod palmą" reprezentatywnym w odniesieniu do całego krążka?
- Totalnie nie - i jeżeli ktoś myślał, że na nowej płycie znajdą się piosenki w klimacie "Pod palmą", to był w dużym błędzie. I to jest właśnie ten element zaskoczenia. Singiel ten wydawał mi się po prostu najbardziej "singlowym" numerem - cokolwiek to dzisiaj znaczy. Gdybym jednak mógł, nie wypuszczałbym żadnego singla przed premierą. Po prostu zrobiłbym drop całego materiału do sieci. Tak jak Lily Allen, która po okrutnie długiej przerwie, w ubiegłym roku wrzuciła od razu cały album. Ta płyta była genialna, ludzie wysłuchali jej od deski do deski i moim zdaniem to był wspaniały ruch.
Z twojej perspektywy, jako autora, "Piękne mam sny" to rewolucja czy ewolucja względem twoich dwóch poprzednich krążków?
- Jeśli chodzi o brzmienie, uważam, że na nowym albumie nie ma stuprocentowej rewolucji. Jest jednak sporo momentów, w których sięgałem po zupełnie nowe dla mnie rozwiązania. Doskonałym przykładem jest piosenka "Cisza" i oparty na elektronice bit. Część bębnów została po prostu zaprogramowana na komputerze i zsamplowana, podczas gdy dotychczas zawsze nagrywałem żywą perkusję. Tym razem na płycie jest sporo takich cyfrowych brzmień. Brzmieniowo ten album jest więc raczej mocną ewolucją. To nie jest tak, że Rubens grał dotąd - nie lubię tego określenia, ale użyjmy go - pop alternatywny, a teraz nagle serwuje połączenie trapu z country. To zdecydowanie nie tego typu historia. To po prostu konsekwentny, wyraźny krok naprzód.
Jeśli chodzi o warstwę liryczną, to skąd u ciebie tyle melancholii i potrzeby opowiedzenia o tęsknocie oraz minionych relacjach?
- Sam do tej pory się zastanawiam, skąd tyle tego się we mnie bierze (śmiech). Gdybyś pogadał z moimi kumplami, to powiedzieliby ci, że uśmiech właściwie nie schodzi mi z twarzy. Na co dzień jestem niezwykle pogodnym człowiekiem - lubię, kiedy jest wesoło, lubię żartować i spędzać wolny czas z ludźmi, stawiając na bardzo pozytywną wymianę energii. Z drugiej strony, nostalgię, sentymentalizm, a może nawet pewien rodzaj smutku, mam po prostu zaprogramowane w sobie. I to mimo tego, że - tak jak mówię - jestem na maksa pogodną osobą. W piosenkach daję po prostu upust tej mojej melancholijnej stronie. Skąd to się jednak bierze? Nie mam pojęcia…
W niedawnym wywiadzie dla Radia Eski opowiadałeś, że cała płyta powstała w dwa miesiące. Dlaczego to właśnie tak nagły impuls skłonił cię do napisania całego krążka?
- Powiem ci, że w zeszłym roku miałem napisaną (i prawie gotową) zupełnie inną płytę. Wypuściłem zresztą z niej aż trzy single. Jednak na początku tego roku usiadłem, posłuchałem tego materiału i pomyślałem, że te numery są spoko, ale to już nie do końca jestem ja. W krótkim czasie coś się we mnie przewartościowało i zaczęły mi grać w duszy zupełnie inne rzeczy. Nie chciałem wypuszczać płyty, z którą nie czułbym się w stu procentach w zgodzie, mimo że tamte utwory były całkiem dobre. Stwierdziłem, że mam na tyle wolnego czasu, by napisać wszystko od nowa. Luty, marzec i część kwietnia to był okres, kiedy totalnie odciąłem się od świata i skupiłem na tworzeniu. Napisałem, wyprodukowałem i nagrałem dziesięć zupełnie nowych numerów od zera. Bardzo zależało mi na tym, żeby wydać ten krążek jeszcze przed wakacjami. To był szalony ruch, nikomu nie polecam takiego tempa, ale sam się na to zdecydowałem (śmiech).
Czułeś po zamknięciu tego dwumiesięcznego, intensywnego procesu twórczego, że głowa jest choć trochę lżejsza?
- Odetchnąłem z ulgą dopiero w momencie, gdy oddałem gotowy master do wytwórni, żeby końcowo trafił do serwisów streamingowych i wszystkich innych miejsc, w których powinien się znaleźć. Dopiero wtedy to do mnie dotarło. Stworzenie albumu w tak krótkim czasie jest moim zdaniem niemożliwe dla artysty, który nie jest jednocześnie producentem i multiinstrumentalistą. W innym wypadku wszystko rozbija się o kalendarze ludzi, z którymi musisz współpracować. Ja mogłem zrobić to sam, ponieważ nagrałem praktycznie wszystkie instrumenty, które słychać na płycie. Tylko dzięki temu mogłem pozwolić sobie na taki krok - gdybym nie miał takiej niezależności, nigdy bym się na to nie porwał. Więc jeśli pytasz o ulgę i luz, to pojawiły się one dopiero wtedy, gdy przekazałem materiał wydawcy.
Skoro całość trwała tak szybko, napotkałeś jakiekolwiek trudności przy tworzeniu "Piękne mam sny"?
- Właśnie to było w tym wszystkim najpiękniejsze, że przez te dwa miesiące nie miałem czasu na zbędne rozkminy czy analizowanie każdego dźwięku. Po prostu tworzyłem, robiłem odsłuchy i czułem, że to mi się podoba i pora na kolejne. Skoro ta płyta powstała w zasadzie w dwa i pół miesiąca, to z obecnej perspektywy widzę, że tam w ogóle nie było miejsca na jakiekolwiek wątpliwości. Wszystko szło niesamowicie gładko. Melodie i teksty dosłownie sypały mi się z rękawa. Działałem po prostu z pełnym przekonaniem tego co robię.
Gdy rozmawiamy o tak osobistym krążku, z tak odważną promocją, co będzie dla ciebie wyznacznikiem jego dobrego odbioru?
- Nie spodziewam się absolutnie niczego. Będę naprawdę szczęśliwy, jeśli ktoś wysłucha tej płyty od początku do końca, traktując ją jako spójną całość, a nie zbiór podkładów pod rolki na Instagramie czy TikToku. Chciałbym, żeby słuchacz podszedł do tego albumu dokładnie tak, jak został on stworzony. Powstał w bardzo krótkim, intensywnym czasie, te utwory z siebie wynikają i tworzą logiczny ciąg. Przy tak dynamicznym procesie pisania i nagrywania ciężko byłoby mi rozbić ten materiał na roczną, powolną kampanię singlową. Ta płyta ma być po prostu albumem, a nie zlepkiem przypadkowych piosenek. Jeśli więc ktoś tylko usiądzie i przesłucha ten krążek w całości, to będzie dla mnie naprawdę cudowne.
Z nadchodzących występów na żywo, na razie na pewno ogłoszona jest twoja obecność na Męskim Graniu w Gdańsku. Czujesz, że ten materiał zdecydowanie więcej zyska grany na żywo?
- Jestem absolutnie przekonany, że ten materiał na żywo mocno się rozwinie. Bardzo mi na tym zależy i wiem, że tak się stanie. Nie interesuje mnie odgrywanie piosenek z albumu jeden do jednego - dla mnie koncert zawsze jest w jakimś sensie reinterpretacją tego, co znalazło się na krążku i to jest super! Sam bardzo to lubię u artystów, których słucham. Płytę możesz sobie włączyć w domu na słuchawkach, biegając gdzieś po parku. Kiedy jednak idziesz na koncert, to poza samym faktem, że widzisz swojego ulubionego twórcę na żywo, oczekujesz czegoś więcej. Chcesz, żeby wydarzyło się tam coś niespodziewanego - i tak na pewno będzie w przypadku tego materiału. Mam masę pomysłów, a jesteśmy dosłownie chwilę przed próbami z moim zespołem. Chciałbym pokazać kilka rzeczy, których do tej pory na scenie nie robiłem i będzie to miało mocny związek z nowymi utworami.
Na sam koniec chciałbym jeszcze zapytać o to, jaką rzecz chciałbyś, by słuchacz po przesłuchaniu tego krążka w całości, zachował dla siebie?
- Kluczową wartością, którą zawsze chcę przekazywać w moich piosenkach, jest bycie w zgodzie ze sobą. Na każdym kroku staram się tak postępować - godząc się zarówno z tego konsekwencjami, jak i zaletami. Dokładnie w ten sposób stworzyłem ten album, tak samo jak wszystkie poprzednie krążki. Główny przekaz, który płynie z tych numerów i właściwie z całej mojej twórczości, jest dość prosty - warto żyć i działać tak, aby każdego dnia móc spokojnie spojrzeć w lustro. Warto po prostu być sobą, bez względu na wszystko.









