Wiktor Fejkiel, Interia Muzyka: W niedawnym wywiadzie dla Interii Muzyka, kilka miesięcy temu, wspomnieliście o tym, jak wiele osób stara się wam narzucić presję drugiego krążka. Czujecie, że finalnie udało wam się całkowicie to obejść?
Przebiśniegi: - Całkowicie odciąć się od czegoś takiego po prostu nie da. To w końcu nasz drugi album, więc ta presja była czymś naturalnym. Regularnie dostawaliśmy pytania o słynną "klątwę drugiej płyty" i o to, czy zwyczajnie się jej nie boimy. Na szczęście udało nam się dopiąć całość i nagrać wszystkie utwory. Pod koniec procesu - jak to zwykle bywa przy zamykaniu dużych projektów - pojawiło się oczywiście sporo stresujących i nagłych sytuacji, które musieliśmy spinać na ostatnią chwilę, ale taki po prostu jest urok kończenia rzeczy. Mimo towarzyszącego napięcia jesteśmy z siebie ogromnie dumni. Stworzyliśmy spójną wizję, doprowadziliśmy ją do finału i, co najważniejsze, zrobiliśmy to wspólnie, wspierając się nawzajem na każdym kroku.
Jak to wyglądało tuż przed premierą, kiedy cały proces twórczy był już zamknięty? Stresowaliście się pokazaniem albumu szerszej publiczności, czy raczej dominowała ekscytacja, że w końcu możecie pochwalić się nim przed światem?
- Stresu jako takiego raczej nie było. Kiedy kończy się pracę nad tak dużym materiałem - podobnie jak wtedy, gdy pisze się książkę czy tworzy album o spójnym koncepcie - w pierwszej kolejności towarzyszy temu ogromna ulga. Ulga, że daliśmy radę i doprowadziliśmy projekt do samego końca. Dopiero po tym pierwszym etapie, kiedy przychodzi moment na złapanie oddechu i odpoczynek, zaczyna się czuć spełnienie i zadowolenie z siebie. Mamy już przecież na koncie dwie płyty i jedną EP-kę, więc wiemy, ile wysiłku to kosztuje. Mamy jednak wrażenie, że dla muzyków (a przynajmniej dla nas) najprzyjemniejszą fazą jest zawsze samo tworzenie - to rzucanie pomysłów, pisanie piosenek w przypływie natchnienia. Później nieuchronnie nadchodzi faza domykania rzeczy: produkcja, miksy, mastering. To jest już czyste, techniczne rzemiosło wymagające rzetelnej pracy. Właśnie dlatego pod koniec projektu często pojawia się zmęczenie, ale ostatecznie i tak zawsze wygrywa poczucie zadowolenia z siebie - w końcu udało się zrealizować kolejny projekt.
Zobacz również:
Gdzie upatrujecie największych zmian względem poprzedniego krążka "Letnie Myśli"?
- "Sen Multiplayer" to przede wszystkim namacalny dowód naszego rozwoju - zarówno ludzkiego, jak i czysto zespołowego. To zapis naszych poszukiwań, eksperymentów i odwagi w testowaniu nowych rozwiązań, które potrafimy doprowadzić do końca. Pierwszy album był dla nas zaledwie wejściem do tego świata, badaniem gruntu. Nowy krążek to już głębokie zanurzenie się w brzmienia i eksperymenty, które nas wówczas najbardziej pociągały. Dlatego ta płyta jest tak bardzo eklektyczna. Łączy w sobie skrajnie różne gatunki i muzyczne inspiracje, które wnosi do zespołu każdy z nas. Staramy się lepić z tego jedną, wspólną całość. Tym, co bezsprzecznie łączy ten album z "Letnimi myślami" oraz z wydaną w międzyczasie EP-ką "Zjawy", jest fakt, że warstwa liryczna wciąż pozostaje dla nas absolutnym priorytetem. Tekst zawsze stanowi źródło naszej największej artystycznej ekscytacji i to wokół niego budujemy całą resztę.
Wspominacie o tych eksperymentach - skąd wzięła się w was ta odwaga i swoboda, by pójść w nieznane rejony?
- To kwestia czasu oraz pewności, jaką dał nam poprzedni album - świadomości, że potrafimy tworzyć materiał naprawdę wysokiej jakości. Dzięki temu złapaliśmy solidny fundament i poczucie bezpieczeństwa. Do tego dochodzi nasza rosnąca dojrzałość muzyczna, stopniowe otwieranie się na zupełnie nowe światy i permanentne poszerzanie horyzontów, które wcześniej bywały dość wąskie. Wszystkie te elementy po prostu idealnie się na siebie nałożyły i dały nam odwagę do działania.
Wracając jeszcze na moment do tekstu, który wskazujecie jako waszą "największą artystyczną ekscytację", czym dla was jest ten tytułowy sen przeżywany wspólnie?
- To dla nas pojęcie dwojakie. Z jednej strony to metafora doświadczania muzyki. Jest ona przecież rodzajem komunikacji, który całkowicie omija to, co świadome, i bezpośrednio łączy podświadomość odbiorcy z podświadomością artysty. "Sen Multiplayer", czyli sen śniony wspólnie, to po prostu zbiorowe przeżywanie dźwięków - dzielenie się nimi, doświadczanie ich na koncertach, w studiu czy podczas słuchania płyt. Z drugiej strony to konkretna historia, którą opowiadamy na tym albumie. To opowieść o dwojgu ludzi, którzy potrafią spotkać się wyłącznie w snach, bo na jawie nie potrafią się odnaleźć. Cała paleta tęsknot, lęków, ale i radości z tym związanych, tworzy oś tej płyty.
Czego najlepszym zilustrowaniem jest wasz numer tytułowy…
- To właśnie tam ten koncept wybrzmiewa najpełniej. Najbardziej precyzyjnie zarysowaliśmy w nim historię tych dwóch postaci. W ich sennych spotkaniach uderzająca jest ogromna ostrożność - panicznie boją się, że nagłe przebudzenie brutalnie cofnie ich do rzeczywistości, w której znowu będą osobno. Większość piosenek na albumie to tak naprawdę zapis podróży bohatera, który błądzi po zakamarkach podświadomości, próbując odnaleźć tę drugą osobę. Czasami trafia na piękne, spokojne sny, a czasami musi przedzierać się przez najgorsze koszmary.
Jak przebiegał sam proces twórczy nad "Snem Multiplayer"? Od czasów debiutu podział ról oraz sam sposób pisania i komponowania materiału pozostaje u was niezmienne?
- Proces twórczy u nas stale ewoluuje i przeobraża się w zależności od utworu, nad którym akurat pracujemy. Przykładowo, piosenka "Melatonina (Noc)" powstała w klasyczny dla zespołu live'owego sposób - po prostu wymyśliliśmy ją we czwórkę, stojąc przy instrumentach. Z kolei utwór "Egipt" narodził się w zupełnie inny, typowo produkcyjny sposób, bo punktem wyjścia były gotowe pętle i bity. Można więc powiedzieć, że skoro pozwoliliśmy sobie na brzmieniowe eksperymenty, to tak samo otworzyliśmy się na różne metody tworzenia. Dzięki temu ten proces dawał owoce o zupełnie różnych smakach.
Zdarzały wam się momenty trudności, by pogodzić w jakiejś produkcji aż trzech wokalistów?
- Mamy w zespole takie podejście, że po prostu słyszymy muzykę i podświadomie czujemy, w którym miejscu dany głos sprawdzi się najlepiej. Każde z nas ma zupełnie inną charakterystykę wokalną. Dla przykładu, mocny głos Jana idealnie niesie refreny, podczas gdy inne rejestry lepiej pasują do onirycznych zwrotek. Oczywiście na etapie produkcji naturalnie pojawiają się sytuacje, w których każdy z nas ma inne zdanie. Wtedy musimy wypracować wspólny konsensus i zazwyczaj nam się to udaje. Czasami wymaga to pójścia na kompromis, ale zawsze dbamy o to, by znaleźć przestrzeń dla każdego.
W numerze "Melatonina (Dzień)" za produkcję odpowiada Czarny HIFI. Było to dla was duże wyjście ze strefy komfortu, by po raz pierwszy odważyć się współpracować z producentem "z zewnątrz"?
- Zdecydowanie tak. Jak przed chwilą wspomnieliśmy, nasza czwórka generuje już tak ogromną liczbę pomysłów, że wpuszczenie do tego świata piątej osoby - która ma własną, silną wizję i jeszcze więcej koncepcji - było dla nas sporym wyzwaniem. Zresztą to właśnie z tej klęski urodzaju i nadmiaru pomysłów zrodził się pomysł, by stworzyć aż dwie, zupełnie skrajne wersje tego utworu. Pierwsza, ta wyprodukowana przez Czarnego HIFI, ma bardziej elektroniczny, radiowy sznyt. Druga z kolei jest surowa, rockowa, typowo zespołowa i nagrana na setkę w studiu.
Myślicie, że w przyszłości będziecie chętniej sięgać po tego typu zabiegi?
- Wszystko zależy od tego, jak nam muza zagra przy kolejnym projekcie. W tym momencie niezwykle trudno jest snuć jakiekolwiek przewidywania. Jesteśmy teraz na etapie, w którym nasz artystyczny sejf jest pusty - dopiero co oddaliśmy światu ogromną część siebie, więc ciężko stwierdzić, co narodzi się jako następne. Na pewno jesteśmy otwarci na nowe doświadczenia, eksplorowanie i dalsze szukanie. Na co dzień dysponujemy bogatym skarbcem naszych czterech połączonych umysłów i to on jest dla nas bazą. Czas pokaże, czy przy kolejnej płycie pozwolimy komuś z zewnątrz dorzucić coś do tego skarbca, czy znowu zamkniemy się we własnym gronie. Przyszłości nie da się zaplanować i to w tym wszystkim jest najpiękniejsze.
Słuchając tego krążka, widać, że przyłożyliście naprawdę dużą wagę do jego fabularnej strony. Skąd narodził się pomysł, żeby ubrać całość właśnie w taką oniryczną otoczkę?
- Z czasem piosenki same zaczynają nadawać kształt temu, co wydarzy się dalej. To one dyktują warstwę fabularną i ton, w którym będziemy się poruszać. Pomysł na tę konkretną historię zrodził się więc bardzo naturalnie, właśnie z czerpania z tego nowo powstającego źródła. Mamy zresztą naturalną skłonność do fabularyzowania naszych płyt i budowania wokół nich spójnych mini-opowieści. Jan ma wykształcenie filmowe i doświadczenie jako scenarzysta, wszyscy dużo czytamy, więc dbanie o dramaturgię, wplatanie fabuły w piosenki i tworzenie za pomocą dźwięków konkretnych obrazów jest dla nas niezwykle istotne. Jesteśmy zespołem bardzo impresyjnym - uwielbiamy łapać ulotne chwile, emocje czy sny i zamykać je w ramach muzycznych opowieści.
Czujecie zniecierpliwienie przed możliwością zaprezentowania tego nowego materiału na żywo?
- Czujemy raczej mieszankę ekscytacji i lekkiego stresu. To zawsze jest niezwykle ciekawy moment, kiedy w końcu wychodzi się z jaskini, w której przez długie miesiące przygotowywało się album, na światło dzienne i trzeba zmierzyć się z żywym wykonaniem materiału przed publicznością. Zdążyliśmy już jednak zauważyć, że te numery bardzo dobrze przenoszą się na scenę. Ludzie świetnie na nie reagują, a nam samym granie ich na żywo sprawia gigantyczną frajdę. Tym bardziej, że tak jak wspominaliśmy, część z tych utworów powstało w klasycznej, zespołowej formule.
Zgodzicie się z tym, że nagrywanie na setkę i cała ta formuła sprawiają, że ten krążek ma w sobie mnóstwo elementów, dzięki którym wersja na żywo zyska znacznie więcej niż ta studyjna?
- Zdecydowanie tak. Te piosenki ogółem brzmią na żywo znacznie lepiej, ponieważ ich brzmienie staje się wtedy w pełni organiczne. Energia, którą człowiek generuje na scenie, jest niemal niemożliwa do idealnego odtworzenia w sterylnych warunkach studyjnych. To może brzmieć jak oczywisty truizm, ale faktycznie tak jest - na scenie wstępuje w nas zupełnie inny duch. Ponadto mamy poczucie, że miksy na płycie momentami wyszły jednak dosyć zachowawczo, podczas gdy na żywo te utwory natychmiast uwalniają swój prawdziwy, rockowy pazur.
Wraz z premierą płyty ogłosiliście na jesień "Sen Multiplayer Tour 2026". Jakie nastawienie przed nią macie?
- Trasy koncertowe to dla nas tak naprawdę najbardziej utęskniony moment w całym roku. Mamy fantastyczną publiczność i niesamowitych fanów, którzy nigdy nas nie zawodzą. My ze swojej strony również zrobimy wszystko, aby nie zawieść ich i tym razem. Wyjazdy w trasę to przecież absolutne ukoronowanie całego, wielomiesięcznego procesu pracy nad albumem. Można wręcz powiedzieć, że płyty nagrywa się poniekąd właśnie po to, żeby później ruszyć z nimi w Polskę. Koncerty pozwalają nam w namacalny sposób odzyskać tę całą energię, którą z siebie wyrzuciliśmy w momencie premiery krążka. Uwielbiamy ten tryb życia, uwielbiamy grać dla ludzi i zawsze z niecierpliwością wyczekujemy momentu, w którym daty koncertów w końcu oficjalnie pojawiają się w naszym kalendarzu.
Dostrzegacie różnice między graniem letnich festiwali i koncertów plenerowych w porównaniu do solowej trasy koncertowej?
- Różnica na korzyść własnej trasy polega przede wszystkim na tym, że gramy wtedy całkowicie na swoich warunkach. Nasza setlista może być tak długa, jak tylko nam się podoba, a publiczność, która przychodzi do klubów, jest w stu procentach "nasza". Z drugiej strony festiwale i mniejsze plenery również są dla nas niezwykle jasnymi punktami w kalendarzu. Pozwalają nam dotrzeć do zupełnie nowych słuchaczy, którzy wcześniej nas nie znali, a także wystąpić u boku artystów, których ogromnie szanujemy i których twórczości sami prywatnie słuchamy. To zawsze ogromny potencjał na inspirujące spotkania. Uważamy, że obecny układ - w którym najpierw gramy letnie festiwale, a dopiero potem ruszamy w trasę klubową - jest najbardziej sensowny. Te dwa światy naturalnie się dopełniają. Słuchacze, którzy czują niedosyt po naszym krótszym, festiwalowym secie, mogą przyjść na pełnowymiarowy koncert w klubie. Z kolei my, bogatsi o doświadczenia z całego letniego sezonu, jesteśmy już znacznie lepiej rozegrani. To idealna symbioza, bez której trudno byłoby nam wyobrazić sobie funkcjonowanie na scenie.



![Deep Purple "SPLAT!": Rozhulany dom seniora [RECENZJA]](https://i.iplsc.com/000N66UXRYIMNGCA-C401.webp)






