Przebiśniegi: "Ludzie nas usilnie próbują zestresować mówiąc: 'Drugi album was zdefiniuje'" [WYWIAD]
Historia Przebiśniegów sięga 2023 r. Wówczas Markus Żamojda, Jan Bąk i Joanna Jewuła poznali się na twórczych warsztatach i zdecydowali, że założą zespół. Niedługo później dołączył do nich perkusista Jan Borys. Choć mają już za sobą płytowy debiut, wciąż się rozwijają, eksperymentują i głodni są scenicznych wrażeń. W rozmowie z Interią muzycy opowiedzieli o przygotowaniach do premiery swojego drugiego krążka. Jednocześnie podzielili się wrażeniami dotyczącymi "Egiptu" - kolejnego singla, zapowiadającego nową erę. Wyjawili, jak pracuje im się razem w studiu, czego możemy oczekiwać po nadchodzących koncertach i czy wierzą w słynną "klątwę drugiego albumu".

Weronika Figiel, Interia Muzyka: Jesteście niedługo po wydaniu singla "Zakręty". Jak się czujecie po otwarciu nowej, muzycznej ery?
Jan Bąk: Jesteśmy w wirze pracy i tak naprawdę jeszcze nie zdążyliśmy się zorientować w tym, jak się czujemy. Cały czas jest coś na horyzoncie, co należy zrobić, więc - paradoksalnie - ułożymy się z własnym albumem emocjonalnie dopiero po tym, jak on się ukaże. I wydaje mi się, że tak jest za każdym razem.
A jest jakiś element stresu, czy może ekscytacja, przed tym co nadchodzi?
Jan Bąk: Ani tego, ani tego jeszcze na ten moment. Teraz jest ustalanie deadline'ów i harmonogramu na kolejne tygodnie. Stres i ekscytacja pojawią się na pewno przy koncertach oraz samej premierze albumu.
Joanna Jewuła: Dla mnie ewentualnie jest jeszcze ciekawość tego, z jaką reakcją spotka się nasz album, czy fanom się spodoba.
Markus Żamojda: Myślę, że ludzie nas usilnie próbują zestresować mówiąc: "Drugi album was zdefiniuje". Mam wrażenie, że dojrzeliśmy od momentu wydania pierwszej płyty, trochę już minęło. Mieliśmy więc czas się rozwinąć i przez to nie wiemy, jaka będzie reakcja. Jest w związku z tym ekscytacja, bo chcemy ludziom - którzy już nas znają, fanom, którzy przychodzą na koncerty - dać coś specjalnego, coś prawdziwego i coś naszego.
"Zakręty" to piosenka o "niedopasowaniu, braku komunikacji i momentach, w których grunt usuwa się spod nóg". Łatwo śpiewa się o tak trudnych chwilach, o niepowodzeniach? To pomaga przeżyć te niełatwe emocje?
Joanna Jewuła: Na pewno łatwiej śpiewa się niż konfrontuje takie rzeczy. Ale czy my aktualnie przechodziliśmy przez takie emocje? Jesteśmy raczej twórcami "wyobrażeniowymi", "fabularnymi". W momencie, w którym interesuje nas jakaś emocja i powstało o niej kilka wersów, chwytamy się tego i staramy wyciągnąć z tej fascynacji jak najwięcej. To dzieje się na bazie naszych doświadczeń, ale też rozmów, które odbyliśmy z innymi ludźmi i zaintrygowania daną emocją.
Jan Bąk: To nie jest tak, że jest łatwo albo trudno. Jeżeli coś jest zawarte w piosence, to znaczy, że chciało się odezwać. I tutaj znowu - sowa Minerwy wylatuje o zmierzchu, bo dopiero po tym, jak napiszemy piosenkę, orientujemy się, o czym ona jest. Nie prowadzimy w studiu rozmów na zasadzie: "Jaką emocję chcielibyśmy przekazać w tej piosence?". To wychodzi nieświadomie, z wnętrza, które chce się odezwać.
Markus Żamojda: W momencie, kiedy wykonujemy piosenkę na żywo, ja mam zawsze takie uczucie, że ta magia gdzieś nas zabiera. Nie myślę sobie wtedy o konkretnych emocjach, o których śpiewam, tylko mam poczucie, że wyruszam w podróż - jestem i słuchaczem, i wykonawcą. My się bardzo łatwo podłączamy do tego doświadczenia słuchania i razem odpływamy. Nie ma wtedy wspomnień, jest raczej to metafizyczne podróżowanie.
W komentarzach waszych fanów pojawiały się hasła, że "Zakręty" kojarzą im się z wiosną. Ja tam słyszę jednak nieco mroczniejsze klimaty. Z jakim zamysłem wy ją pisaliście?
Joanna Jewuła: Nie pisaliśmy tej piosenki z żadnym zamysłem, jak Jan wcześniej wspomniał. Po prostu tradycyjnie spotkaliśmy się we trójkę, usiedliśmy razem - tak, jak zawsze tworzymy, piszemy teksty - i zaczęliśmy grać. Jan wymyślił progresję i zaczęło się kombinowanie, improwizowanie. Z tych kilku zdań, które powstały, uzyskaliśmy esencję pragnącą się wydobyć, a później lecieliśmy dalej z tym przysłowiowym flow.
Jan Bąk: Atmosfera wtedy była dosyć mroczna. W tym utworze jest fragment, który nazywamy "lodową krainą", ale to już pozostawiamy odbiorcom do odgadnięcia, o który moment chodzi. Niemniej jednak rzeczywiście trochę tej zimy tam zostało zaklęte.
"Zakręty" za nami, a przed nami przygoda z "Egiptem" - kolejnym singlem. Co możecie o nim powiedzieć?
Jan Bąk: To jest być może nasz największy dotychczasowy eksperyment.
Markus Żamojda: Jest to na pewno eksperyment brzmieniowy. W momencie, w którym zrobiliśmy ten utwór, sami byliśmy zaskoczeni. Generalnie kierujemy się dewizą, że wypuszczamy utwory, których jeszcze nie wypuściliśmy - zarówno pod kątem tekstu, jak i brzmienia. "Egipt" jest więc zmianą stylistyki i naszym eksperymentem, z którego bardzo się cieszymy. Będziemy robić czasem takie utwory - troszkę inne.
Jan Bąk: Jest to utwór, w którym daliśmy się ponieść takiej energii, która zazwyczaj jest uśpiona. On romansuje z muzyką taneczną, w jakiś sposób radiową, chociaż to bardzo szerokie określenie. Na pewno jest w nim też doza humoru. To jest takie brzmienie, na które musieliśmy dać sobie pozwolić. Mieliśmy dużo wewnętrznych rozterek, na temat tego, co zrobić z tą piosenką, czy ona w ogóle powinna się pojawiać. Dalej jest odmieńcem w rodzinie.
Oba single są zapowiedzią drugiego albumu, który już na horyzoncie. Znajdzie się tam miejsce dla większej liczby eksperymentów?
Jan Bąk: Album będzie mgławicą różnych stylistyk. To pojęcie, którego przed chwilą użyłem, że "'Egipt' jest odmieńcem" jest więc trochę nietrafione, bo wszystko, co znajdzie się na płycie musiałoby być odmieńcem. Materiał jest - mniej lub bardziej - rozproszony stylistycznie: mamy zarówno bardzo rockowe utwory, nagrane live, niemal na setkę, ale mamy też utwory, takie jak "Egipt", które są wyprodukowane bardziej w naszym klasycznym stylu, znanym z pierwszej płyty. Pozwoliliśmy sobie na bardzo dużo różnych wycieczek w strony, które akurat nas interesowały. To może być świadectwem rosnącej dojrzałości twórczej - otwieramy sobie coraz więcej dróg, zamiast je zamykać.
Wróćmy jeszcze na moment do presji i stresu, o których wspomnieliście. Z pewnością słyszeliście o "klątwie drugiej płyty". Artyści podobno obawiają się, że nie powtórzą sukcesu pierwszego wydawnictwa, że zawiodą fanów. Boicie się tego?
Joanna Jewuła: "Ludzie usilnie próbują nas zestresować" - pozwolę sobie zacytować (śmiech). Dla mnie jest tak, że jeśli już coś jest nazwane klątwą, funkcjonuje w naszej podświadomości jako coś, czego powinniśmy się obawiać, to dużo łatwiej uwierzyć w tę klątwę.
Markus Żamojda: Ale my żyjemy w wyparciu! (śmiech)
Joanna Jewuła: Ja osobiście w życiu staram się nie wierzyć w rzeczy, które wiem, że mogą się spełnić, gdybym w nie faktycznie uwierzyła. Staram się kontrolować swoją wiarę, bo na tym polega magia. Nigdy nie jesteśmy w stanie wszystkiego przewidzieć - de gustibus non est disputandum (o gustach się nie dyskutuje - przyp. red.). Jednemu się spodoba, drugiemu nie - to zawsze jest zagadką. Towarzyszy nam więc bardziej ciekawość niż przerażenie klątwą.
Jan Bąk: Trzeba zapomnieć o tym odbiorze, w momencie, gdy robi się album, bo to powoduje dużo paraliżu. Zastanawiam się też nad takimi zespołami, które poszły ścieżką, gdzie pierwsza płyta była dobra, a druga gorsza... Są takie wyjątki, ale zasadniczo - w przypadku zespołów, które ja najbardziej lubię - to się raczej nie zdarza. Myślę, że ta pierwsza płyta, z perspektywy czasu, jest dopiero piaskownicą. I tego nam też życzę.
Jaką historię chcielibyście opowiedzieć tym nadchodzącym albumem?
Markus Żamojda: Wstrzymamy się z odpowiedzią, żeby fani mogli sami przesłuchać tego projektu, gdy się pojawi, i wypowiedzieć się, zanim my przedstawimy im interpretację. Dla nas ten album jest zarówno zbiorem różnych stylistycznych prób, eksperymentów, ale też zawiera jakąś historię - na razie nie zdradzimy, jaki będzie to motyw przewodni.
Jan Bąk: Z pewnością wszystkie epitety, które pojawiają się w notkach prasowych i zapowiedziach albumu, naprowadzają na to, jaką estetykę przygotowaliśmy. Natomiast historia, którą w pewien sposób tam ukryliśmy, będzie stopniowo wychodzić na wierzch. Będziemy powoli uchylać rąbka tajemnicy...
Przy ostatnim wydawnictwie - EP-ce "Zjawy" - zdecydowaliście się na ciekawy zabieg wizualny, a mianowicie maski. Każda z nich przypisana była innej piosence, innej zjawie. Teraz też planujecie "opakować" nowe wydawnictwo w jakąś spójną, wizualną całość?
Joanna Jewuła: Powoli można dostrzec, w jaki sposób "opakowujemy" ten materiał, ponieważ na zdjęciach, które do tej pory się ukazały widać skrawki podróży. Są to jakieś części fabuły ukryte na fotografiach. Pewna poetyka już się pojawia, aczkolwiek myślę, że Markus ma rację - poczekajmy i dajmy ludziom przestrzeń, aby sami zobaczyli, co poczują. Nie chcemy od razu dawać klucza do tego, co autor miał na myśli.
Jan Bąk: Tym razem idziemy w bardziej rozgrzaną estetykę, skojarzenia z pustynią. To parna noc, ale też gorący dzień. Rzeczy wyjęte spod praw fizyki, surrealistyczne, ukryte gdzieś w głębinach podświadomości, od której zaczęliśmy. Wizualnie więc chcielibyśmy umieścić to za filtrem czerwieni, słońca, odbić piasku. To wszystko będziemy realizować do końca, przy całym materiale, bo myślę, że taki zabieg dobrze robi projektowi oraz zespołowi - kiedy jest to spójna, zamknięta całość, a później zostawia się ją za sobą i idzie do następnej historii. W szczególności, gdy ma się pewną skłonność do fabularyzowania płyt, jak w naszym przypadku.
Aspekt wizualny jest dla was ważny w muzyce? Czy jak są dobre piosenki, to się same obronią?
Markus Żamojda: Przede wszystkim skupiamy się na muzyce i ten aspekt wizualny jest dla nas zawsze wyzwaniem. Muzyka jest priorytetem i dużo większym kosztem przychodzi nam praca nad otoczką wizualną.
Joanna Jewuła: Zawsze jest to coś, nad czym musimy usiąść i pomyśleć.
Markus Żamojda: Social media i wszystko inne, co wiąże się ze stroną wizualną projektu, nie przychodzi nam łatwo. Jest to dla nas zawsze ta druga strona tworzenia.
Jan Bąk: Wydaje mi się, że nasze piosenki same w sobie są bardzo obrazowe - jest to taki rodzaj wypowiedzi, który prowokuje do tego, żeby wyobrażać sobie różne rzeczy. My tym lubimy operować, więc kiedy przychodzi sytuacja, że trzeba to jakoś zwizualizować - a taka jest konwencja wydawania muzyki w 2026 r., że trzeba dużo wizualizować - muzyka i warstwa wizualna znajdują się w niezręcznej pozycji. Ta druga próbuje zobrazować coś, z czym zawsze musi przegrać, czyli z wyobraźnią człowieka, który odbiera te piosenki. Natomiast i dla muzyki nie jest to dobra sytuacja, bo musi ona zostać skonkretyzowana w jakąś warstwę wizualną, która i tak będzie później odsunięta na bok, przez to, co słuchacz sobie wyobrazi. Właśnie dlatego jest to problematyczne. My tę warstwę wizualną realizujemy niejako wcześniej, a następnie musimy, z głębin własnych wyobrażeń, odnajdywać jakieś korelaty w rzeczywistości, które wcale nie muszą istnieć. Więc wydaje mi się, że zarówno dla warstwy wizualnej, jak i muzyki, byłoby lepiej, gdyby to szło osobno.
Joanna Jewuła: Z powodów, o których wspomniał Jan, pracowaliśmy dotąd z różnymi dodatkowymi artystami. Na przykład przy projekcie "Zjawy", którego art directingiem zajęła się Amelia Eksner. Maski były jej pomysłem i interpretacją. Ona, pracując na materiale muzycznym, wyobraziła sobie jakąś sytuację i nas w nią ubrała. Jest mnóstwo takich artystów, którzy mogą interpretować muzykę wraz ze słuchaczami, też są odbiorcami i potrafią jednocześnie wyrazić to w sposób wizualny. Jesteśmy w związku z tym bardzo otwarci, lubimy współprace z innymi artystami, bo to daje pole do kreatywnej zabawy - na bazie tego, co my swoją wyobraźnią kreujemy w muzyce.
Chciałam was podpytać również o kulisy współpracy. To trochę nietypowe, że w zespole jest trzech wokalistów, zwykle mamy do czynienia z jednym liderem. Jak to wpływa na wasze tworzenie?
Markus Żamojda: Wydaje mi się, że jesteśmy na tyle różni, że nie mamy problemów z podejmowaniem decyzji. Rzadko kiedy występują jakieś zgrzyty, a jeśli one się pojawiają, albo mamy jakieś wątpliwości, to wtedy rozpoczynamy dyskusję. Ta rozmowa ma zwykle taki efekt, że jesteśmy zgodni. Rzadko kiedy musimy się przekonywać nawzajem. Dlatego udaje się nam być zespołem już ponad 2 lata i dlatego dobrze nam się pracuje.
Joanna Jewuła: Ja mogę dodać od siebie, że jeżeli jakieś zgrzyty następują, to raczej na zasadzie organizacji pracy, a nie w przestrzeni twórczej. Wszyscy mamy na tyle otwarte głowy i na tyle liczy się dla nas dobro piosenki, dobro tekstu czy najlepsze wrażenie, że nie kłócimy się o to, czyja racja jest najważniejsza. Ważne jest dobro tego "dziecka" - dzieła. Ale jak wiadomo, dobro jest też subiektywne (śmiech).
Z serii zakulisowych smaczków - jakie były największe wyzwania, jakie napotkaliście w procesie tworzenia tego drugiego albumu?
Jan Bąk: Poniekąd wyzwania wynikały z tego, że eksperymentowaliśmy. Stawialiśmy siebie w dosyć niewygodnej pozycji, bo niektóre piosenki realizowane były w jeden sposób, pozostałe w inny. To sprawiało, że cały czas musieliśmy się przestawiać mentalnie, odpowiednio nawigować sprzętem, realizacją nagrań - tych zadań było znacznie więcej. Przykładowo: tym razem pojawi się żywa perkusja w utworach, co samo w sobie stawia dużo wyzwań, związanych z miksem. W takim sensie wyzwaniem była więc codzienna praca. Zawsze było jakieś rozwiązanie do znalezienia, nigdy nie aplikowaliśmy gotowego wzoru. Nie zdarzyło się jeszcze, żebyśmy zrobili coś tak schematycznie, żeby nam szybko poszło. Wyzwanie to doprowadzenie materiału do końca, ale to też nasza wina (śmiech).
Markus Żamojda: Ale też tempo. Postawiliśmy na taki rozkład, że wypuszczamy album, zaraz potem EP-kę, a teraz nadchodzi kolejny album. My jesteśmy zespołem dwa lata, więc jest to dzikie tempo. Ale wynika ono z chęci wypuszczania dużej ilości muzyki. Jednocześnie jest wyzwaniem, bo spotykamy się zawsze na żywo. Jest dużo zespołów, które pracują razem w formie zdalnej, ale my jednak staramy się tworzyć wspólnie na żywo.
Za wami premierowe single, niedługo płyta. A co z trasą koncertową? Możecie już coś zdradzić?
Jan Bąk: Będzie jesienią i będzie na pewno - to wiemy! Gdy wyjdzie płyta, zaraz po niej jest festiwalowe lato. Natomiast dopiero jesienią będzie trasa z prawdziwego zdarzenia. Jak tylko pojawią się bilety, to będziemy o tym trąbić.
Zagraliście już przeszłości świetnie przyjęte, wyprzedane trasy. Jak szykujecie się do kolejnych koncertów? Jak podnosicie tę poprzeczkę, żeby było jeszcze lepiej i ciekawiej dla widzów?
Jan Bąk: Gramy dużo na instrumentach. Mamy więcej gitar w składzie i zasadniczo doprowadzamy nasze występy na coraz wyższy poziom. Mamy nadzieję, że te wersje koncertowe będą dzięki temu różniły się od wersji znanych z albumu. To jest coś, co sobie w muzyce bardzo cenimy.
Macie na swoim koncie m.in. nominacje do Odkryć Bestsellerów Empiku czy Fryderyków, milionowe odtworzenia na Spotify. Jest jakiś następny cel, który chcielibyście osiągnąć tym nadchodzącym albumem?
Markus Żamojda: Wspaniale byłoby poszerzyć grono naszych słuchaczy. Ale warto tutaj dodać, że jesteśmy niesamowicie zadowoleni z tego, w jakim momencie się znajdujemy jako zespół i jaki mamy fanbase. Nasze koncerty są genialne dzięki fanom. Wspaniali ludzie przychodzą, cała sala śpiewa praktycznie każdy utwór. Tak się złożyło akurat, że te osoby też lubią śpiewać! Także jeszcze większa sala, pełna śpiewającej publiczności, byłaby super. Ta, co jest teraz, już jest naprawdę świetna. Ale życzyłbym sobie, żeby było nas - "przebiśniegowych" ludzi - jeszcze więcej.








