Paula Roma: Przestałam szukać hitu. Zrozumiałam, że muszę być sobą [WYWIAD]
Paula Roma wraca z czwartym albumem "Z resztek", na którym w 11 szczerych utworach opowiada o tym, co zostaje po końcu, zmianie i próbie posklejania siebie na nowo. Artystka materiał zaprezentowała premierowo 22 maja podczas koncertu w warszawskim klubie Niebo, a jesienią rusza w trasę koncertową. W rozmowie z Interią rozmawiamy o presji sukcesu, macierzyństwie, współpracy z Sarsą, kulinarnych inspiracjach i o tym, dlaczego "Z resztek" to dla niej najtrudniejszy album w karierze.

Damian Westfal, Interia Muzyka: Nowy album opisujesz jako zbiór emocjonalnych resztek. Jest w nim dużo trudnych momentów, bólu i sklejania siebie na nowo. Zaskoczyło mnie to, bo po "Ta, co płonie z Miłości" spodziewałem się bardziej delikatnej kontynuacji. Na jakim etapie dziś jesteś?
Paula Roma: To bardzo ciekawe pytanie, bo rzeczywiście wiele osób myślało, że kolejna płyta będzie jeszcze bardziej delikatna - że skoro zostałam mamą, to pójdę właśnie w stronę ciepła i łagodności. Tymczasem ten album okazał się dużo bardziej złożony emocjonalnie. I prawda jest taka, że miał ze mną najtrudniej ze wszystkich moich płyt. Ja z nim i on ze mną. "Ta, co płonie z Miłości" była płytą o miłości, bliskości, hormonach, ciąży i czułości. "Cholerne pragnienie" z kolei pełne było smutku, terapii, złości i przepracowywania trudnych rzeczy. Natomiast "Z resztek" powstawało prawie dwa lata i w tym czasie stworzyłam właściwie… dwie płyty.
Masz już drugą w zanadrzu?!
- Ją prawie całą wyrzuciłam do kosza. Pod koniec miałam gotowych osiem czy dziewięć utworów - bardziej popowych, wręcz radiowych. Nawet nie pokazałam ich wytwórni, bo zrozumiałam, że nie o to mi chodzi. To było tak, że przez długi czas próbowałam odnaleźć "radiowy hit". Czułam presję z wielu stron - że to już czwarty album, że może trzeba wyjść szerzej, bardziej mainstreamowo, do większej publiczności. I naprawdę próbowałam. Napisałam ponad 40 piosenek. Powstało mnóstwo bardziej popowych numerów. "Nie wypada" też było trochę takim świadomym ruchem, żeby pokazać, że Paula Roma nie jest wyłącznie alternatywną artystką. Tylko że ja mam bardzo silny radar emocjonalny. Czuję, kiedy coś rezonuje z moimi słuchaczami, a kiedy nie do końca. Zaczęłam mieć poczucie, że te piosenki są dobre… ale nie są moje. Byłam wykończona szukaniem czegoś na siłę. Dosłownie czułam fizyczny dyskomfort. Bolał mnie brzuch, kiedy próbowałam nie być sobą. W pewnym momencie zrozumiałam, że nie chcę na siłę szukać popowego hitu. Mam oddanych słuchaczy, gram koncerty, ta społeczność rośnie. Jest bardzo wrażliwa i autentyczna - dokładnie taka jak ja, więc dlaczego miałabym udawać kogoś, kim nie jestem?
Widzę, że przeżyłaś lekcję pokory od losu.
- Jeśli kiedyś naturalnie powstanie superpopowy banger - świetnie, ale najwyraźniej to nie był ten moment. Odrzuciłam tę presję i zaczęłam tworzyć po swojemu. Stąd tytuł "Z resztek" i stąd single, które kocham najbardziej - "Więcej czasu na miłość", czyli najtrudniejsza piosenka na tej płycie, oraz utwór "Z resztek".
Mimo wszystko lekki romans z popem się pojawił na najnowszej płycie.
- Zaromansowałam w "Nie wypada", zaromansowałam z Sarsą - jakkolwiek to brzmi. (śmiech) To nie jest tak, że piosenka popowa sama w sobie jest zła, bo pop jest wspaniały. Chodzi tylko o to, co pasuje do mnie. Piosenka zbyt łatwa, zbyt powierzchowna po prostu do mnie nie pasuje. Przyznam się, że próbowałam pisać bardzo proste utwory, ale szybko zaczynałam się zastanawiać: "Co ja właściwie powiem o tym w wywiadzie? O czym jest ta piosenka?". I wtedy się wycofywałam. U mnie w domu mówią na mnie "Paulo Romello", bo naprawdę zostałam stworzona do tego, żeby nieść ludziom emocję. Jakąkolwiek - ale prawdziwą. Ja nie zostałam stworzona do śpiewania o niczym.
Mam wrażenie, że wśród artystów alternatywnych często istnieje przekonanie, że skręt w stronę popu to coś złego.
- A przecież muzyka pop jest świetna! Sama nazwa mówi wszystko - to po prostu popular music. Artysta nie jest daniem, które wszyscy muszą lubić. Artysta jest osobnym światem, który rezonuje na własny sposób. Poza tym fajnie jest doświadczać nowego. Wyobraź sobie, że robię czwarty album identyczny jak poprzedni. To byłaby straszna nuda! Ja też czułam potrzebę zmiany. Siedziałam w domu i myślałam: "Boże, wszystko, co piszę, zaczyna być podobne". I wtedy zaczęłam się zastanawiać, czy to już styl, czy może błędne koło. Dlatego podczas pracy nad "Z resztek" pozwoliłam sobie wychylić się trochę w stronę nowości i popu i ja to słyszę na tej płycie. Nie wszędzie, ale w kilku utworach zdecydowanie tak. Mówię o tym pozytywnie, bo uważam, że spokojnie mogłabym śpiewać superpopowe piosenki z wartościowym tekstem.
Przy poprzednich albumach były konkretne motywy - "Cześć, tu…" miłość, złość, smutek. A tutaj? Ten album da się opisać jedną emocją?
- Chyba nie jedną emocją, ale jednym zdaniem już tak. Długo o tym myślałam i dziś powiedziałabym, że na tej płycie jestem dla siebie dużo delikatniejsza. To słychać w tekstach, w sposobie śpiewania, w warstwie brzmieniowej. Ten album nie jest agresywny, nie próbuje na siłę krzyczeć: "Spójrzcie na mnie!". Gdybym chciała mocniej się przepchnąć, mogłabym napisać dużo bardziej przebojowe rzeczy. Potrafię to robić, bo na co dzień piszę też dla innych. Mogłabym uszyć sobie taki numer. Tylko że ja po prostu tego nie potrzebuję na ten moment.
Nie zgadzam się z różnymi opiniami, które czytam, że zniknęłaś ze sceny. Dwa lata to przecież nie jest długa przerwa, szczególnie że byłaś w ciąży. Co dało ci macierzyństwo? Jak wpłynęło na twoją muzykę?
- Bardzo mocno. Ta delikatność właśnie stąd wypływa i jest z macierzyństwem nierozerwalnie połączona. Nawet gdybym chciała omijać ten temat, to się po prostu nie da. Zostanie mamą wpływa na to, jak odczuwam świat, a skoro inaczej odczuwam świat, to inaczej piszę. Bardzo trudno to opisać, nawet wzruszam się, jak o tym mówię. Próbuję od dwóch lat napisać o tym piosenkę i nadal mi się to nie udało. To jest tak piękny, trudny i metafizyczny temat, że chyba jeszcze sama próbuję go oswoić. To najpiękniejsza przygoda, jaką dostałam od życia. Połączenie bycia mamą i artystką daje mi absolutne spełnienie.
Wspominałaś kiedyś, że bardzo cenisz Igora Herbuta. Mam wrażenie, że jego muzyka też trochę się zmieniła po tym, kiedy został ojcem.
- To mój absolutnie ukochany artysta pod względem emocjonalności i wokalu. Marzę o duecie z Igorem Herbutem. Mogę to powiedzieć głośno - naprawdę marzę! Była nawet propozycja współpracy przy tym albumie, ale Igor nie miał czasu. Mam nadzieję, że kiedyś się uda. To, jaką emocję potrafi nieść głosem, jest dla mnie absolutnie wyjątkowe. Dla mnie to "one and only" na polskiej scenie od wielu lat.
Są też duety na tej płycie. Zapytam o Sarsę - jak ci się z nią pracowało?
- Bardzo naturalnie. Najpierw powstał tekst, który od razu pokochałam. Potem zrobiłam bardziej alternatywny aranż, ale poczułam, że ta piosenka potrzebuje czegoś lżejszego i bardziej nostalgicznego. Pomyślałam o Sarsie. Ona też została mamą, jesteśmy w podobnym wieku, mamy podobne doświadczenia. Mam wrażenie, że spotkałyśmy się dokładnie pośrodku - ja weszłam trochę bardziej w pop, ona trochę bardziej w alternatywę. Bardzo się cieszę, że ten duet tak dobrze wybrzmiał.
Jak ludzie przyjęli to "łączenie światów"?
- Ludzie bardzo lubią wkładać artystów do szuflad. Mam poczucie, że przez lata zostałam mocno zaszufladkowana jako "artystka alternatywna", mimo że nigdy nie tworzyłam takiej ortodoksyjnej alternatywy. Od zawsze byłam gdzieś pomiędzy. Lubię balansować i właśnie ta różnorodność jest dla mnie najciekawsza.
Miałaś niedosyt po "Ta, co płonie z Miłości"?
- Ogromny. Z jednej strony czułam wielką sytość życia prywatnego - urodził mi się syn, więc trudno mówić o jakimkolwiek braku. Nadal czuję ogromną wdzięczność i obfitość. Jednak zawodowo miałam poczucie, że świadomie wyhamowałam. To było potrzebne, ale trwało bardzo krótko, jak zauważyłeś. Potem wróciłam i pomyślałam: "Kurczę, nie zagrałam tylu koncertów z tej płyty, ilu chciałam". Dziś wszystko dzieje się bardzo szybko. Muzyka stała się trochę fast foodem - po roku album często jest już uznawany za stary. Z drugiej strony widzę teraz ogromny wzrost zainteresowania moją wcześniejszą twórczością. Mam poczucie, że ludzie dopiero zaczynają mnie odkrywać. To jest piękne, bo nagle okazuje się, że mają aż cztery albumy do przesłuchania.
To skoro mówimy już o czterech albumach - powiedziałaś na tym ostatnim coś, czego wcześniej nie mówiłaś?
- Po raz pierwszy tak otwarcie przyznałam, że próbowałam znaleźć w sobie pop i wejść trochę szerzej. I że nie do końca się to udało. Myślę, że wielu artystów próbuje, ale niewielu mówi o tym szczerze. "Luźne XXL" jest piosenką dokładnie o tym, że najwygodniej mi w moim własnym "luźnym XXL" - metaforycznie i dosłownie. Śpiewam tam: "Zrobiłam błąd, wierzyłam w coś, co na pewno nie moje jest". To był moment ogromnej frustracji podczas pracy nad płytą. Słyszałam wokół siebie: "Może jeszcze jeden hit, może jeszcze bardziej radiowo". W końcu powiedziałam: "Nie. Już próbowałam. Teraz chcę zrobić album po swojemu". Chyba właśnie wtedy wszystko zaczęło działać. Przestałam się siłować sama ze sobą i nagle okazało się, że zaczynam być bardziej widoczna właśnie dzięki swojej inności, a nie mimo niej.
Uważam, że możesz być z siebie dumna. Czego jeszcze nauczyła cię praca nad "Z resztek"?
- Że zawsze możesz zawrócić... Nawet jeśli jesteś bardzo daleko w jakimś procesie. Nawet jeśli poświęciłeś na coś rok życia. Ja zawróciłam. To chyba największa lekcja tej płyty - jeśli coś cię uwiera, jeśli czujesz, że to nie twoje, masz prawo powiedzieć: "Stop". Ja naprawdę miałam ogromne "cholerne pragnienie", żeby zaistnieć szerzej. Nadal je mam, ale już wiem, że nie chcę tego robić kosztem siebie. Dziś ważniejsze jest dla mnie to, żeby być widoczną, a nie "na siłę przebitą".
Na tej płycie mocno wraca też motyw jedzenia, gotowania i smaków.
- Bo to jest część mnie. Przez lata bałam się pokazywać, że gotuję, bo wydawało mi się, że ludzie pomyślą: "To ona śpiewa czy gotuje? Niech się zdecyduje". Potem zrozumiałam, że właśnie to połączenie buduje moją tożsamość. Uwielbiam organizować śniadania dla przyjaciół, kolacje tematyczne. To mnie uspokaja. Wokół albumu powstał też wyjątkowy projekt. W restauracji Lupo stworzyliśmy menu inspirowane płytą. Sesja zdjęciowa do albumu odbywała się właśnie tam i pomyśleliśmy: "A gdyby tak stworzyć dania inspirowane emocjami z tej płyty?". Pod koniec czerwca przez prawie tydzień będzie można spróbować specjalnego menu inspirowanego "Z resztek". Każde danie opowiada o innej emocji - melancholii, tęsknocie czy miłosnych "resztkach". Jednego dnia nawet osobiście zaserwuje te potrawy gościom. Zapraszam do śledzenia tego smakowitego wydarzenia, szczegóły na moich mediach społecznościowych.
Gotujesz w ciszy czy przy muzyce?
- To zależy. Rano zawsze przy muzyce, często słucham wtedy radia. Mam taki rytuał, że kiedy wstaję zaspana i robię śniadanie - najczęściej coś z jajkami - od razu włączam radio. Wieczorami potrzebuję ciszy. Są dni, kiedy siedzę dziesięć godzin w studiu, do tego dochodzą wywiady, próby i koncerty. Wtedy po prostu muszę wrócić do domu i pobyć chwilę bez żadnych dźwięków.
Gdybyś miała opisać ten album jednym daniem?
- Wielkim srebrnym półmiskiem spaghetti z owocami morza. Dużo muszli, skorup, takich "resztek z morza", z których powstaje piękny sos. Spaghetti kojarzy mi się z dobrocią i miłością. I właśnie o tym jest ta płyta - że z resztek mogą powstać najlepsze rzeczy. I chyba dokładnie tak dziś czuję swoje życie.








