Patricia Kazadi o życiowych zmianach. "Musiałam wszystko poukładać na nowo" [WYWIAD]
Patrycja Kazadi opowiada o kulisach pracy w "Must Be the Music", trudach promocji programu i własnej drodze w show-biznesie. W wywiadzie z Interią Muzyka dzieli się doświadczeniami, które ukształtowały jej podejście do kariery, zdrowia i równowagi między życiem prywatnym a intensywnym rytmem pracy.

Alicja Rudnicka: Domyślam się, że było dosyć hektycznie podczas promocji MBTM. Teraz emocje trochę opadły. Jak się teraz czujesz? Masz chwilę wytchnienia?
Patricia Kazadi: Może nie chwilę wytchnienia, ale na pewno jest już troszeczkę spokojniej. Jesteśmy bardzo zadowoleni z tego, jak ten sezon został przyjęty. To jeszcze bardziej motywuje do działania i nakręca do dalszej pracy. Gdy idzie tak dobrze, to zwyczajnie chcemy, żeby było jeszcze lepiej. W zeszłym tygodniu pobiliśmy rekord oglądalności i zdobyliśmy prestiżowe pierwsze miejsce w paśmie, więc jesteśmy przeszczęśliwi. Jestem bardzo wdzięczna za wszystkie dobre słowa na temat "Musta". Entuzjastyczna reakcja na program, w który wszyscy włożyliśmy tyle pracy, po prostu dodaje mi skrzydeł.
Jak myślisz, z czego wynika, że właśnie teraz był taki skok oglądalności? Młodzi zazwyczaj nie ciągną do telewizji, a tutaj okazuje się, że program ogląda coraz więcej osób, w tym ludzie w naszym wieku.
- Myślę, że grono odbiorców jest tak bardzo szerokie, bo ten format nie zakłada żadnych ograniczeń: ani wiekowych, ani pod względem tego, czy są to soliści, chóry czy zespoły. Każdy znajdzie tu cząstkę siebie. Wspaniałe jest to, że pojawiają się też artyści z własnym, autorskim materiałem. Przecież nowej, dobrej muzyki nigdy dość! Każdy, bez względu na wiek, kocha muzykę, a w naszym programie oferujemy szansę na zetknięcie się z nowymi talentami i brzmieniami. To jedyne show na polskim rynku, gdzie coś takiego funkcjonuje. Można śpiewać swój autorski materiał już od pierwszego dnia castingu.
Poza tym, mamy przecież bardzo zróżnicowane, ale cenione, szanowane i znane jury, co też wpływa na oglądalność. To wyjątkowe osobowości, ludzie, którzy autentycznie się na tym znają, sami odnoszą wielkie sukcesy i spełniają się w różnych dziedzinach. To poszerza grupę docelową i zasięg.
No i mamy fajnych prowadzących. (śmiech)
W programie może wziąć udział praktycznie każdy, niezależnie od wieku i stażu. Pojawiają się też osoby z doświadczeniem scenicznym, więc trema jest mniejsza. Czy uważasz, że to jest fair wobec osób, które dopiero chcą zacząć karierę?
- To jest fair, dlatego że osoby zaczynające karierę i tak będą musiały zmierzyć się na listach przebojów czy podczas festiwali z tymi, którzy robią to od lat. To dobre wprowadzenie w tę specyficzną branżę. To nie jest łatwy świat, gdzie wszyscy się wspierają i bez żadnych trosk i przeszkód realizuje się kolejne cele, marzenia. To brutalny show-biznes - z naciskiem na biznes i duże przedsięwzięcie.
Taki program daje możliwość zetknięcia się z tym po raz pierwszy. To taki przedsmak tego, co może być dalej. Udział w "Must Be The Music" to bardzo dobra szkoła i szansa na odpowiedzenie sobie samemu na pytanie: czy na pewno tego chcę, czy temu sprostam. Często wydaje się, że o czymś marzymy, ale doświadczenia pokazują, że to jednak nie jest dla nas. I dobrze się tego dowiedzieć na tym etapie. Gorzej, gdy ktoś zainwestuje duże środki i czas w karierę, a potem okaże się, że nie chce tego robić. Tutaj w bezpiecznym środowisku można sprawdzić się na dużej scenie, przed publicznością, zmierzyć się z oceną, krytyką i konkurencją.
Ty, jako osoba dorastająca przed kamerami, uważasz, że młody wiek to dobry czas na rozpoczęcie kariery, czy lepiej trochę dorosnąć i zastanowić się, czego się chce? Jak myślisz, jaki jest optymalny wiek, żeby wkraczać w show-biznes?
- Trochę biję się z myślami. Trudne się wylosowało! (śmiech) Mam mieszane odczucia. Z jednej strony, jeżeli osiągniesz apogeum swojej kariery i sukcesów w bardzo młodym wieku, to co dalej? Jest trochę tak, że są gwiazdy, które w wieku 16 lat, jak na przykład Billie Eilish, zdobywają Oscara, zdobywają Grammy. No i co potem? Co będzie je teraz nakręcać i motywować, skoro już wszystko, co mogły, osiągnęły tak szybko?
Z drugiej strony są osoby, które na docenienie przez branżę czekają właściwie całe życie, jak choćby Stellan Skarsgård, który w wieku 76 lat dostał pierwszą (choć mam nadzieję, że nie ostatnią!), nominację do Oscara. To chyba pokazuje, że nie ma jednej recepty i jednej odpowiedzi na to pytanie. Warto jednak pamiętać, że praca w show biznesie jest wymagającym zajęciem, które wywraca całe życie do góry nogami. Naraża też na hejt, zderzenie z często bolesnymi opiniami na swój temat. Na pewno jestem więc za tym, by te najmłodsze gwiazdy od początku swojej zawodowej ścieżki były otaczane należytą opieką - nie tylko przez swoich rodziców, ale i współpracowników. No i żeby miały jednak szansę na to, by trochę zasmakować też tego "normalnego" życia. Przecież zdobycie pewnych zwykłych, uniwersalnych doświadczeń, jest kluczowe w artystycznym rozwoju.
Ze swojej osobistej perspektywy mogę powiedzieć, że zaczęłam bardzo wcześnie, ale gdzieś tam swoje największe marzenia jeszcze wciąż mam przed sobą. Czasem zastanawiam się, że może fajnie by było, gdybym wcześniej się za coś wzięła albo gdyby wcześniej te marzenia się spełniły. Byłabym młodsza, miałam więcej werwy, może mogłabym bardziej z nich skorzystać albo przekuć je w dalsze, jeszcze większe sukcesy. A potem myślę: co ja bym teraz robiła? Gdybym już wszystko co sobie założyłam już miała - to co dalej?
Ciężko zachować taką ciągłość. W końcu czerpanie inspiracji zewsząd też nie jest łatwe.
- Tak, teraz dalej mam motywację do wstawania rano, bo cały czas mam poczucie: tego jeszcze nie zrobiłam, tego chciałabym spróbować. Zastanawiam się, co bym robiła. Na pewno zajęłabym się czymś innym, znalazłabym sobie jakieś zajęcie, ale czy byłoby to coś, co chciałam robić całe życie? Przecież ja od zawsze chciałam śpiewać i to był zawsze mój najważniejszy zawodowy cel.
Jakie emocje towarzyszyły ci podczas pierwszych nagrań i spotkań z uczestnikami tego sezonu? Czy coś ich wyróżnia na tle poprzednich?
- Sukces poprzedniej edycji sprawił, że przyszło do nas bardzo dużo już ukształtowanych artystycznie kandydatów. Zdali sobie sprawę, że w naszym programie nie ingerujemy ani w ich historię, ani w twórczość. Dajemy pełną swobodę, pozwalamy uczestnikom wyrazić się tak, jak to sobie wymarzyli. To przyciągnęło kolejnych wyjątkowych artystów. Często niszowych, których słuchacz mainstreamu pewnie nigdy by nie usłyszał, gdyby nie nasz program. To na pewno coś, co bardzo wyróżnia tę edycję.
Mamy też w tej edycji dużo seniorów. I to najbardziej chwyta mnie za serce, bo nie ma nic piękniejszego, niż przyczynić się do tego, że marzenie, które kiełkowało w nich przez całe życie, wreszcie się spełnia. Dla mnie zaszczytem jest, że mogę być obok i to podziwiać. To jest niezwykłe. Tak jak marzeniem Dawida Kwiatkowskiego było znaleźć gwiazdę disco polo, tak moim skromnym marzeniem jest, żeby w którejś edycji wygrał senior.
Dużo się stawia na tych młodych, którzy dopiero mają wejść na scenę, bo są jak naczynia, które można wypełnić, a tutaj ktoś ma już ukształtowaną osobowość i jest sobą w stu procentach.
- Albo jest na przykład mamą lub tatą, który poświęcił się dla dzieci i dopiero w wieku 65 lat, pomyślał: "zawsze marzyłem o scenie, coś z tym w końcu muszę zrobić". Przecież taka osoba też jest debiutantem! Tylko, że seniorem. I to jest niezwykle ekscytujące.
W innych formatach można zauważyć podział na "juniorów", "seniorów", "standard", a tutaj każdy gra do jednej bramki.
- Tak, co jest trudniejsze, bo senior konkuruje z nastolatkiem, a solista z zespołem. Ale ja uważam, że w tej różnorodności drzemie wielka siła.
Talent zawsze się obroni. To chyba główny przekaz tego programu. Widać też, że jurorzy coraz bardziej otwierają się na inne gatunki. Wcześniej miałam wrażenie, że była jakaś konkretna formuła na sukces, a teraz jest znacznie większe otwarcie - widać to choćby po tym, jak przyjęli Czadową Mamuśkę.
- Tak, widziałaś, jak bawił się Sebastian? Czuję, że w ogóle odkrył w tym programie swoją nową twarz i że ona zaskoczyła nie tylko nas, ale i jego. (śmiech)
Widać, że każdy coś z tego wyciąga i że się dobrze bawicie. A jak to jest - bo jako prowadząca wydajesz się czuć jak ryba w wodzie - czy zdarza ci się jeszcze trema podczas pracy?
- Zdecydowanie, szczególnie w poprzedniej edycji. To był mój powrót do tak dużego talent show po długiej przerwie. Pierwszy raz prowadziłam ze współprowadzącymi - wszystkie poprzednie programy prowadziłam sama, więc miałam pełną kontrolę nad tym, co się dzieje i w jakim tempie. A tutaj grasz w teamie i to musi się wszystko skleić. Przy pierwszych odcinkach na żywo towarzyszyła mi więc duża trema.
Na szczęście szybko okazało się, że chłopaki są dla mnie ogromnym wsparciem. Mam nadzieję, że ja dla nich też. Super się uzupełniamy energiami i podejściem do uczestników - wydaje mi się, że widzowie też to dostrzegli. Dostaliśmy nominację do Telekamery, więc ewidentnie nasz tercet spodobał się publiczności. Sama jestem ciekawa, jak szefostwo Polsatu wpadło na pomysł, by połączyć akurat naszą trójkę, ale jak dla mnie był to strzał w dziesiątkę.
Jestem bardzo wdzięczna, bo to ważne, z kim się pracuje - spędzamy razem na planie wiele godzin, a naprawdę się lubimy i to widać. Do tego stopnia, że kiedy kończą się zdjęcia, często o północy czy pierwszej, nie chce mi się wracać do domu - jeszcze chciałoby się coś zrobić. Oczywiście, jesteśmy zmęczeni, ale fajnie jest schodzić z planu z poczuciem, że można by zostać jeszcze godzinę, a nie odwrotnie.
Dostrojenie się do reszty ekipy było dla ciebie najcięższe, czy spotykałaś się z innymi trudnościami za kulisami?
- Nie patrzę na to w kategorii trudności. Jasne, jak wspominałam, miałam tremę ale to działało motywująco. No i zawsze mogłam też liczyć na pomoc Maćka (Rocka - przyp. red.), który jest prawdziwym weteranem "Must Be The Music" i zna ten format od podszewki. To wielki komfort, pracować z kimś, kto jest nie tylko niesamowitym profesjonalistą, ale i pomocnym, wspierającym kumplem.
Myślisz, że widzowie talent show teraz bardziej szukają kogoś stricte z warsztatem i umiejętnościami, czy bardziej nastawiają się na historie życiowe? Bardziej liczy się budowanie sympatii przez personalną historię, czy przez kunszt artystyczny?
- Wydaje mi się, że większość widzów nadal jest nastawiona na muzykę. To dla nich absolutna podstawa. Te ludzkie historie są tylko elementem uzupełniającym - i to w przypadku każdego artysty, nawet poza programem. Kiedy słuchasz jakiejś piosenki, to lubisz czasem przeczytać w wywiadzie, co zainspirowało jej twórcę. Wszyscy lubimy takie smaczki, chcemy wiedzieć więcej, poznać kulisy. A w programie takim, jak "Must Be The Music", musimy przecież jakoś zaprezentować widzom osoby, które widzą - i słyszą - pierwszy raz w życiu. Materiały na temat uczestników i zakulisowe rozmowy pomagają przykuć uwagę i jakoś się wyróżnić, bo przecież konkurencja jest ogromna. Dla nas ta historia służy jako łącznik, poszerzenie i pogłębienie doświadczenia muzycznego. Ale na pierwszym planie zawsze jest muzyka!
W dotychczasowych odcinkach, pojawiło się naprawdę dużo łez i historii. Czy któraś poruszyła cię szczególnie?
- Historia Igora jest niezwykle inspirująca. Potrafił odnaleźć się w nowej rzeczywistości, zbudować zdrową relację, rozwijać swoją pasję i nie użalać się nad sobą, tylko zmotywować się do korzystania z życia najlepiej, jak to możliwe. To powinno być inspiracją i motywacją dla nas, bo często lubimy ponarzekać, a prawda jest taka, że wcale nie jest tak źle, jak mogłoby być.
Historie seniorów również były wzruszające. Miałam przyjemność rozmawiać z panią, która całe swoje życie poświęciła pomocy innym - nie tylko rodzinie, ale też działalności społecznej. I wreszcie uznała, że teraz chciałaby spróbować zawalczyć również o swoje własne marzenia. Wyszła i zaśpiewała tak, że wszyscy ryczeliśmy jak bobry. Takie rzeczy mnie wzruszają - prawdziwe ludzkie historie.
Jury składa się z bardzo różnych osób, macie inne opinie. Często zdarza ci się nie zgadzać z werdyktami?
- Tak, czasami się zdarza, ale wtedy walczę o uczestnika. Czasami się udaje, czasami nie, jak to w życiu - i w brutalnym świecie show biznesu (śmiech)
Masz jakiegoś faworyta wśród uczestników?
- Mam faworyta tej edycji, ale niestety nie mogę powiedzieć, kto nim jest, bo to byłoby nie w porządku. Ta osoba wyłoniła się od razu i uważam, że ma jeden z najbardziej niepowtarzalnych głosów w historii polskiej piosenki ostatniej dekady.
Wróćmy jeszcze do promocji MBTM. Podczas wiosennej ramówki zdradziłaś, że spałaś tylko godzinę z powodu incydentu z sukienką. Jak zazwyczaj wyglądają twoje przygotowania do takich eventów, kiedy wszystko idzie zgodnie z planem?
- Zazwyczaj wiąże się to z bardzo wczesną pobudką, bo przygotowania trwają około trzech godzin. Mój afro włos wymaga prawie dwóch godzin wyczesania i ułożenia. Nie każdy makijażysta lubi pracować równocześnie z fryzjerem, więc zawsze rezerwuję więcej czasu, żeby zdążyć z przygotowaniem się, zjedzeniem śniadania. Jeśli ramówka zaczyna się o ósmej, to ja muszę być na planie o piątej - a to oznacza, że wtedy wstaję o czwartej. Jestem nocnym markiem, często siedzę w studiu nagraniowym do późnych godzin wieczornych. Jeśli kończę nagrania o pierwszej, a rano o siódmej jestem na makijażu i włosach, snu jest mniej.
Teraz, kiedy jestem dorosła i bardziej świadoma, staram się jednak dbać o higieniczny tryb życia. Znam swoje możliwości, tryb pracy i wiem, że nie zawsze będę miała osiem godzin snu, ale jeśli jest deficyt, próbuję później przywrócić rytm i balans ciału. To jest niezwykle ważne i uczulam też na to moich młodszych znajomych. Chcemy robić jak najwięcej i wydaje nam się, że ciało jest niezniszczalne, a niestety tak nie jest. Mama mówiła mi o tym, kiedy byłam mała: "Zasłaniaj nerki, noś czapkę bo potem zobaczysz", a ja myślałam: "Co ona gada?" Myślałam, że to jej problem. Teraz wiem, że to co zainwestujemy w swoje ciało za młodu - procentuje.
Widzę, że "Zetki" mają już większą świadomość - dbają o ciało, nie piją alkoholu, stosują kremy z filtrem i przeciwzmarszczkowe. Ci, którzy jeszcze nie są na tej drodze, powinni zacząć dbać o siebie jak najwcześniej.
Jak dbasz o równowagę w tak intensywnych okresach? Masz swoje sposoby na relaks i oddech?
- Tak. Dziś akurat odwołano moje wieczorne spotkanie, więc idę do kina. Każdą wolną chwilę pożytkuję na regenerację, oglądanie ulubionych seriali, detoks głowy. Uwielbiam relaks. Albo w wersji ja, koty, herbata, albo jako wyjście do miejsca, które sprawia mi radość - klubu jazzowego, kina, teatru. Dziś jestem już umalowana, uczesana, więc skoro spadły mi obowiązki o 19:30, zabieram mamę i idziemy do kina na nowy film z Ryanem Goslingiem. Byłam już raz, idę drugi, bo "Projekt Hail Mary" jest wyśmienity. To będą trzy godziny odpoczynku i wzruszenia spędzone z bliską osobą.
Poza tym chodzę też na masaże - raz w tygodniu, a jeśli nie mam takiej możliwości, to raz na dwa tygodnie. To bardzo rozluźnia ciało, zmniejsza napięcia w szyi i pomaga odreagować. Kolejna rzecz to spacery - 10 tysięcy kroków dziennie sprzyja metabolizmowi, skórze, dotlenieniu organizmu. Nie mogę chodzić na siłownię, więc pilates też jest dobrą formą sportu. Ale przede wszystkim: święty spokój. Wyłączam telefon, odkładam go i po prostu zanurzam się w moim małym, prywatnym świecie.
W innym wywiadzie dla Interii bardzo się otworzyłaś na temat endometriozy. Super, że osoby publiczne mówią o takich sprawach, tym bardziej że temat w końcu trafił na tapet. Ale czy to właśnie diagnoza poruszyła cię do dbania o swoje zdrowie, czy wcześniej już prowadziłaś taki tryb życia?
- Absolutnie nie prowadziłam takiego trybu życia i wydawało mi się, że jestem niezniszczalna. Byłam wysportowana, nie miałam problemów z wagą ani innych dolegliwości, więc myślałam, że choroby mnie nie dotyczą. "Jak coś mnie dopadnie, to pewnie dopiero po sześćdziesiątce" - myślałam sobie lekkomyślnie. Wydawało mi się, że nie muszę spać ani dobrze się odżywiać. Skoro ciało nie dawało żadnych sygnałów, to byłam pewna, że wszystko jest z nim w porządku.
Choroba wymusiła ogromne zmiany w moim stylu życia. Musiałam wszystko przewartościować , poukładać na nowo i zmienić podejście zarówno do ciała, jak i do głowy. Przecież często dbamy o ciało, a zapominamy, że tak samo ważne jest zdrowie psychiczne!
No tak, mindfulness zyskuje popularność.
- Całe szczęście!
Jeszcze na koniec - co byś poradziła młodym artystom, którzy marzą o karierze muzycznej, ale boją się występów przed dużą publicznością i nie wiedzą, od czego zacząć?
Pamiętaj, że to ty jesteś siłą napędową wszystkich swoich projektów. Mi samej nikt tego wcześniej nie powiedział. Wytwórnia, manager, agent, telewizja - to są narzędzia, których potrzebujesz, ale i one potrzebują ciebie. Nie zapominaj, że Ty też jesteś wartością dodaną.
Druga rzecz: musisz po prostu wierzyć w siebie. To, czy inni wierzą, jest nieistotne. Zaczną, jeśli ty będziesz pewnie zmierzał do celu, mimo przeciwności.
Trzecia rzecz: korzystaj maksymalnie z zasobów, które masz - social media, internet, Spotify, playlisty, YouTube, TikTok. Jest tyle możliwości, żeby pokazać się i sprzedać swoją muzykę. Nie musisz od razu mieć wsparcia wielkiej wytwórni - ono przyjdzie, jeśli będziesz konsekwentnie budować swoją markę i ciężko nad tym pracować.
Teraz konkurencja jest ogromna. Bez samodzielnego rozwijania się i promowania swojej muzyki, żadna, nawet największa, wytwórnia ci w tym nie pomoże. Artysta musi być swoją własną machiną promocyjną. I swoim największym fanem!










