Wiktor Fejkiel, Interia Muzyka: Na początku września wydałeś swój drugi pełnoprawny album, po prawie trzech latach od debiutu. Czujesz, że dopadła cię klątwa drugiego krążka?
Oysterboy: - Wydaje mi się, że wręcz przeciwnie. Ten drugi krążek jeszcze bardziej mnie napędził, żeby robić muzykę dalej. I niby trzy lata to w dzisiejszych czasach sporo, ale gdzieś po drodze ukazała się przecież jeszcze moja EP-ka z 2024 roku. Myślę więc, że raczej reprezentuję podejście do tworzenia nowej szkoły - czyli żeby nie zwlekać, tylko działać szybko. Jak tylko coś mi się podoba, wolę to od razu wydawać. Zresztą mam już w planach, że od listopada ruszam dalej z nową muzyką. Chodzą mi po głowie kolejne pomysły i mam ambitny plan, żeby w przyszłym roku wydać kolejną płytę. Także absolutnie antyklątwa (śmiech).
Trzy lata od debiutu do drugiego albumu... jednak trochę czasu minęło. Postrzegasz to w ogóle jako jakąś przerwę wydawniczą?
- Gdzieś po drodze działo się sporo innych rzeczy - chociażby zamknięcie etapu mojego wieloletniego zespołu Terrific Sunday oraz konieczność skupienia się na wydaniu płyty "Wzloty Bez Upadków". To sprawiło, że praca nad tym moim solowym materiałem nieco się przedłużyła, bo bardzo zależało mi na pełnym skupieniu i godnym domknięciu tamtego projektu. Uważam zresztą, że nagraliśmy wtedy naszą najlepszą płytę ever. No a teraz, kiedy jestem - nie chcę zabrzmieć brzydko, ale - odciążony i mam już tylko jeden, własny projekt muzyczny, czuję, że wszystko będzie szło zdecydowanie szybciej.
Album "Eskapizm" wciąż mocno osadzony jest w charakterystycznej dla ciebie formule DIY. Zdążyłeś się już do tego samodzielnego tworzenia przyzwyczaić?
- Przyzwyczaiłem się wręcz za bardzo. Dlatego przy "Eskapizmie" pierwszy raz w życiu zdecydowałem się poszukać pomocy. Na wszystkich mediach społecznościowych mam wpisane, że jestem w 100% artystą DIY, ale przy tej płycie spadło to może do jakichś 96% (śmiech). Współpracowałem tu z fantastycznym producentem Radkiem Baranowskim, a Kathia pomagała mi przy tekstach. Chciałem po prostu przyspieszyć proces twórczy, ale też popracować z "prawdziwymi" ludźmi w czasach, w których sztuczna inteligencja przejęła kontrolę nad wszystkim. Zrobiłem to trochę na przekór - postanowiłem nie używać absolutnie żadnego AI i zaufać współpracy z człowiekiem, czego wcześniej w projekcie Oysterboy w zasadzie nie robiłem. I stwierdziłem, że to naprawdę świetna sprawa, bo obecność fajnych ludzi niesamowicie popycha robotę do przodu.
96% DIY to wciąż bardzo dużo. Na tym etapie możemy mówić o tym, że to twój w pełni świadomy wybór czy nadal trochę konieczność?
- Myślę, że ja po prostu lubię robić muzykę sam. Nawet kiedy produkuję coś komuś, zdarza mi się rzucić: "Wyjdź na chwilę z mojego studia, ja spróbuję wymyślić coś fajnego, a potem wrócisz i dokończymy to razem". Wiesz, kiedy robisz muzykę w pojedynkę, zupełnie nie wstydzisz się pokazywać tych emocji przed samym sobą. A kiedy robisz to z kimś, gdzieś z tyłu głowy pojawia się jednak taki lekki, ludzki wstyd. Dlatego lubię pracować sam i te 96% DIY jest trafne.
Upatrujesz gdzieś różnic w pracy nad "Eskapizmem" a "Odą Do Letnich Dni", poza wspomnianymi współpracami z innymi artystami?
- Dużo żartowałem sobie, że ta płyta będzie trochę mniej o morzu - co okazało się nieprawdą (śmiech), bo ostatecznie i tak skupiłem się na tym morzu oraz ucieczce do świata fantazji. Muzycznie to na pewno naturalna ewolucja. No i pojawiły się też dwie piosenki po angielsku, co wcześniej nie miało miejsca.
Czujesz, że "Eskapizm" jest lepszym wydawnictwem od debiutu?
- Absolutnie tak nie uważam. Uważam, że jest inny. Nie patrzę na to w kategorii, czy jest gorszy, czy lepszy - to po prostu kolejny etap i zamknięcie jakiegoś rozdziału. Nie narzucam sobie presji, żeby za wszelką cenę zrobić coś lepszego. Po prostu jeśli dany materiał mi się podoba, to go wypuszczam.
Z jakim odbiorem "z zewnątrz" spotkał się w takim razie ten krążek?
- Zaskakująco dobrym. Bałem się, że ktoś mnie skrytykuje za pisanie po angielsku - bo przecież około 20% płyty jest anglojęzyczne, co wyszło właściwie zupełnie naturalnie. Tymczasem odbiór jest taki, że te angielskie numery się ludziom podobają. Słyszę też głosy, że te kompozycje są bardziej skoczne niż te z poprzedniej płyty, choć trafiają się i opinie, że tamten debiut był jednak bardziej rozmarzony. Dla każdego więc coś miłego, na szczęście!
Nie dziwię ci się, że zaskoczył cię tak dobry odzew, bo mam wrażenie, że śpiewanie po angielsku przez rodzimych artystów nie zawsze jest w Polsce dobrze postrzegane…
- To prawda. Myślę jednak, że ja zyskałem na to swego rodzaju przepustkę. Kiedy zaczynałem robić muzykę, studiowałem w Londynie i tam stawiałem pierwsze kroki. Przez pięć lat mieszkania w Wielkiej Brytanii współpracowałem z tamtejszymi artystami, nagrywałem w studiu, w którym dziś urzęduje Tony Visconti. Tam uczyłem się prawdziwego kunsztu pisania piosenek i kompozycji. Kiedy wróciłem do Polski i zaczynaliśmy grać z zespołem Terrific Sunday, nasza pierwsza płyta była w całości po angielsku - to było dla mnie całkowicie naturalne, bo wtedy myślałem i komponowałem w tym języku. Dopiero po kilku latach mieszkania w Polsce, język polski zaczął mi przychodzić równie naturalnie. Próbowałem czasem tłumaczyć swoje angielskie demówki na siłę na polski, ale w pewnym momencie pomyślałem sobie, że po co mam to robić na siłę, skoro w oryginale pasuje idealnie. Zostawiłem to po angielsku i uważam, że to nie jest żadne silenie się na obcy język, tylko po prostu unikanie sztuczności.
Nie da się ukryć, że "Eskapizm" to twój najbardziej osobisty materiał. Czujesz, że dojrzałeś w końcu do tego, by otwarcie pisać o tak trudnych tematach, jak chociażby wychodzenie z depresji?
- Wiesz co, przez całą dekadę mojego grania muzyki zawsze się gdzieś chowałem - za językiem angielskim, za demokratycznymi decyzjami w kapeli oraz za wielkimi metaforami. Tutaj te metafory nieco uprościłem, żeby były bardziej wyraźne i zrozumiałe. Myślę, że to miało wymiar mocno terapeutyczny - zarówno dla mnie, jak i wierzę, że będzie też dla innych. Poszedłem na terapię i przez dwa-trzy lata pracy nad sobą dotarło do mnie, że nie ma co się wstydzić pewnych rzeczy i trzeba o nich mówić otwarcie. Po koncertach podchodziło do mnie mnóstwo ludzi, mówiąc, że moja płyta ich uratowała. Najpierw myślałem: "Co ty gadasz, jak moja płyta mogła kogoś uratować?". Ale z czasem do mnie dotarło, że słuchacze potrafią się z tym utożsamić, że to jest ich prawdziwe życie opisane w mojej muzyce. Zrozumiałem, że muszę pisać szczerze i nieść własną prawdę, która może komuś pomóc, a dla mnie samego jest to także zrzuceniem wielkiego balastu po latach ukrywania się za artystycznymi maskami. Te metafory wciąż tam są, ale teraz są już dosyć czytelne.
Z twojej perspektywy, jako autora, przed czym tak właściwie jest ta ucieczka, która stanowi myśl przewodnią tego krążka?
- To ucieczka rozdzielona na dwa etapy. W moim życiu istniał eskapizm negatywny, który uprawiałem jeszcze kilka lat temu - polegał na zaniedbywaniu obowiązków, unikaniu polepszania swojego życia oraz ignorowaniu zdrowia psychicznego i fizycznego. Uciekałem po prostu przed codziennością w niezdrowy sposób: "Nie mam dzisiaj na to ochoty, to zrobię coś zupełnie innego". Prokrastynacja - drugie imię. W pewnym momencie nastąpił jednak przełom i ta gałka przekręciła się w stronę pozytywną. Dziś uważam, że mam wreszcie zdrowy balans życiowy. Uciekam do świata swoich pasji - do tworzenia i słuchania muzyki, robienia fajnego kontentu, oglądania filmów, obcowania z kulturą i sztuką. Moja dziewczyna wdrożyła mnie chociażby w chodzenie po galeriach sztuki i muzeach, czego wcześniej zupełnie nie robiłem. To jest właśnie ten pozytywny eskapizm: ucieczka do świata pasji i inspirującej fantazji.
Mimo poruszania tak ciężkich tematów "Eskapizm" nie jest płytą smutną. Chociażby w rozmowie dla "Dzień Dobry TVN" określiłeś singiel "Kiedyś Mi Przejdzie" mianem manifestu siły i optymizmu. Zgodzisz się, że pisanie tych piosenek pozwalało ci ostatecznie uporządkować te emocje?
- Kiedy spojrzysz na moje wcześniejsze numery, pojawiały się tam jasne momenty, ale zdecydowaną większość stanowiła ciemność - poczucie, że wszystko jest źle. Z płyty na płytę zaczął się jednak przebijać motyw, że wszystko będzie dobrze. Myślę, że to doskonale pokazuje moją drogę wychodzenia z ciemnych chmur w stronę jasnego nieba. Na nowym albumie jest znacznie więcej pozytywnej energii. Owszem, sięgam czasem do trudnych tematów, ale robię to już z perspektywy retrospekcji - opisuję to, jak czułem się kiedyś, a nie to, co ciąży mi tu i teraz. To zamknięty rozdział, o którym po prostu chciałem opowiedzieć.
Za tobą koncerty we Wrocławiu i Krakowie, w ramach trasy koncertowej promującej "Eskapizm". Jesteś już w stanie ocenić, jak te nowe numery sprawdzają się w koncertowych wersjach na żywo?
- Ogólnie wszyscy, co do jednej osoby, z którymi rozmawiałem po koncercie, mówili mi, że ta płyta brzmi na żywo dziesięć razy lepiej niż studyjnie. I teraz sam nie wiem: czy to dobrze, bo koncertowo dowozimy świetną energię, czy źle, bo po prostu słabo nagrałem tę płytę…? (śmiech) Ktoś się nawet popłakał, co zawsze jest świetnym wyznacznikiem udanego występu - mam przynajmniej nadzieję, że nie z powodu naszych błędów (śmiech).
Jak tak w ogóle podszedłeś do kwestii przeniesienia studyjnych aranżacji na warunki koncertowe?
- Za czasów, kiedy grałem jeszcze z Terrific Sunday, bardzo mocno staraliśmy się odwzorowywać utwory jeden do jednego, używając dokładnie tych samych brzmień i sampli. Spędzałem całe godziny w studiu, dłubiąc w efektach i przesuwając gałki o milimetr, żeby brzmiało to kropka w kropkę jak na albumie. Dzisiaj wiem, że były to wręcz objawy nerwicy natręctw, która po części wynikała z mojej depresji i chorego perfekcjonizmu - niestety, to wszystko się ze sobą wiąże. Teraz praktykuję całkowite tego przeciwieństwo. Kiedy chłopaki przychodzą na próbę, mówię im, by starali się zachować formę utworu i główne motywy, ale jeśli mają ochotę zagrać własne solo - niech to zrobią. Perkusista też wie, że jeśli chce zrobić inne przejście, to robimy to po swojemu, typowo pod live. Te piosenki na koncertach są często wydłużone i mocniejsze. Zresztą, na przykład, we Wrocławiu zepsuła mi się gitara akustyczna, więc stwierdziłem, że zagram wszystko na elektrycznej - totalnie improwizowałem z efektami i wyszło rewelacyjnie! To ogromna zaleta, że każdy koncert jest przez to inny, a fani dostają wyjątkowe doświadczenie, zamiast mechanicznego odtwarzania płyty jeden do jeden.
Po koncertach w Warszawie i Poznaniu, które zamykają ten etap, masz już w głowie plan na to, co będzie dalej? Wspomniałeś, że powoli zaczynasz myśleć o trzeciej płycie. Te nadchodzące występy traktujesz jako definitywne zamknięcie rozdziału "Eskapizmu"?
- Działania wokół płyty "Eskapizm" na pewno jeszcze będą, bo to wciąż świeży materiał i jestem nim niesamowicie podekscytowany. Jednocześnie mam już jednak zaplanowaną w kalendarzu trasę na wiosnę, która będzie grana z kilkoma znajomymi, jednymi z najlepszych projektów indie w kraju. Trasa będzie naprawdę mocarna i choć będzie kontynuacją "Eskapizmu", to mam w planach ambitny cel, żeby wypuścić singel zapowiadający już trzeci krążek. Zobaczycie tam zatem piękne połączenie starej i zupełnie nowej muzyki.










