Tymoteusz Hołysz, Interia Muzyka: Czym dla was jest Odpowiedzialność?
Krzysztof Sarosiek: Na pewno absolutnie najgorszą nazwą dla zespołu rockowego, dlatego tak się nazywamy. A czym jest? Nie wiem, tym przysłowiowym wstawaniem rano, ogarnianiem sobie życia i nieszkodzeniem innym. Myślę, że to jest odpowiedzialność, przynajmniej w moim mniemaniu. Ale widzę, że chłopaki chcą coś dodać.
Paweł Kowalewicz: Dodałbym tylko, że tak jak Krzysiek powiedział, odpowiedzialne życie w naszym rozumieniu to takie, które przede wszystkim skupia się na niekrzywdzeniu, a raczej na wspieraniu różnych inicjatyw czy ludzi. Nasze środowisko jest mniej lub bardziej związane z pewnym zestawem poglądów - nie tylko światopoglądowych, ale też takich dotyczących po prostu życia. Wydaje mi się, że ta nazwa ma to odzwierciedlać. Chociaż nie wiem, bo to nie ja ją wymyśliłem. Ty ją wymyśliłeś?
Artur Koszałko: Nie.
PK: No to i tak powiedz coś.
AK: Myślę, że każdy ma własną definicję odpowiedzialności i nie ma potrzeby, żebyśmy szukali tu jakiejś uniwersalnej.
Wszyscy gracie też w innych zespołach. W którym momencie pojawiła się potrzeba, żeby stworzyć coś wspólnego, odmiennego od tego, co robicie lub robiliście w poprzednich projektach?
PK: Kiedy rozpadły się Zwidy oraz Hanako.
KS: Tak, wszyscy gramy w innych zespołach. Pomysł założenia tego zespołu wyszedł ode mnie i od Artura. Ja od dłuższego czasu nie grałem w żadnym zespole, właśnie od momentu, kiedy rozpadły się Zwidy i Hanako. Chyba z tego to się wzięło. Byliśmy z Arturem na koncercie Shame w warszawskim klubie Niebo. Zainspirowało nas to, że ten zespół po prostu świetnie bawi się na scenie. Stwierdziliśmy: "Kurczę, może pora założyć zespół, w którym my też będziemy się świetnie bawić na scenie, a jednocześnie będzie w tym jakiś nasz własny przekaz?".
Gramy dzisiaj pierwszy koncert, więc zobaczymy, czy udało nam się stworzyć taki zespół. To było jednak nasze główne założenie. W moim przypadku granie w poprzednich zespołach wiązało się z dużą zabawą, ale też z dużą pracą i odpowiedzialnym podejściem. Chodziło więc o stworzenie zespołu trochę luźniejszego organizacyjnie i muzycznie.
Czy doświadczenia z grania w poprzednich zespołach ułatwiły wam wspólną pracę w studiu i na próbach? Musieliście się przestawić ze stylu funkcjonowania znanego z wcześniejszych składów?
PK: Zdecydowanie nam to ułatwiło. Zwłaszcza że chyba tylko z wyjątkiem Artura grałem już z każdym z chłopaków w innym składzie. Znamy się od wielu lat, rozumiemy się muzycznie i organizacyjnie.
Mam wręcz takie wrażenie, że grając w wielu składach, w których miesza się podobny zestaw ludzi, tak naprawdę cały czas jesteśmy jednym zespołem. Po prostu czasami są w nim trochę inni ludzie. Kto inny się spóźnia. Uważam, że to absolutnie świetna rzecz i ogromny przywilej, mieć tak wielu znajomych muzyków, móc tworzyć nowe składy i próbować różnych rzeczy. To zdecydowanie pomogło. Poza tym od lat współpracujemy ze sobą w różnych inicjatywach pozamuzycznych, więc te znajomości i doświadczenie bardzo ułatwiają sprawę.
KS: Dodam jako ciekawostkę, że dowodem na to, jak dobrze wykorzystaliśmy te doświadczenia, jest fakt, że w ciągu dwóch czy trzech pierwszych prób stworzyliśmy cztery kawałki praktycznie w całości. Poszło bardzo szybko i sprawnie. Myślę, że gdybyśmy nie mieli wcześniejszych doświadczeń i świadomości tego, co chcemy robić, byłoby dużo trudniej.
Mówisz o czterech utworach, na ten moment wydaliście dwa. Nie ma ich też na streamingach. Dlaczego?
KS: To kwestia stricte techniczna. Wrzucenie kawałków na streamingi trochę trwa, a bardzo chcieliśmy po prostu pokazać potencjalnej publiczności cokolwiek przed dzisiejszym koncertem. Dlatego wybraliśmy taką drogę. Myślę jednak, że niedługo te kawałki pojawią się również w streamingu.
Słuchając tekstów, dało się wyczuć trochę cynizmu i zmęczenia. Pomyślałem, że wasza nieobecność na streamingach może być również pewnego rodzaju statementem.
KS: Nie. Jeśli chodzi o niektóre serwisy streamingowe, takie jak Spotify, to ja osobiście z nich nie korzystam i wspieram każdego, kto również nie chce tego robić. Używam innych serwisów, pewnie wcale niewiele lepszych. Wierzę, że jako muzycy i artyści powinniśmy dawać ludziom dostęp do naszej muzyki niezależnie od tego, czy bojkotują Spotify, czy nie. To już ich wybór, ich sprawa. Nie ma w tym żadnego statementu z naszej strony.
Zostańmy jeszcze przy tekstach. Są one dla was bardziej formą zwrócenia uwagi na pewne problemy społeczne, próbą oswojenia się z nimi, czy może umniejszenia ich ciężaru?
KS: W tych kawałkach, które wypuściliśmy, jest pewien rodzaj radzenia sobie z frustracją wobec tych rzeczy. Mając wiedzę o innych tekstach, których jeszcze nikt poza nami nie słyszał, mogę powiedzieć, że bywa różnie. Mamy poczucie, że scena muzyczna często mówi jednym głosem w bardzo popularnych sprawach. I bardzo dobrze, że tak robi, bo są to słuszne sprawy. Są jednak również tematy bliższe nam, bardziej przyziemne, dotyczące naszego środowiska i ludzi dookoła nas, o których nie mówi się tak dużo. Chcielibyśmy zwrócić na nie uwagę.
Jesteśmy zespołem z Warszawy, która jako dwumilionowe miasto powinna mieć naprawdę świetny dostęp do kultury, kontrkultury, tego, co tworzymy my oraz inne zespoły. Tymczasem jest to stale wypierane z miasta przez deweloperkę, przez osoby rządzące miastem i tak dalej. To duży problem. Mówi się o nim na scenie, mierzymy się z nim, zamykane są kluby, odbywają się protesty. Nie mówi się jednak o tym szerzej, do ludzi, którzy nie siedzą w tym środowisku. To także temat, który poruszamy w swojej twórczości.
Jeśli jednak chodzi o dwa kawałki, które już wypuściliśmy, są one przede wszystkim wypuszczeniem z siebie frustracji dotyczącej czasów, w których żyjemy, i tego, co dzieje się wokół nas.
Na Bandcampie macie też bardzo fajny opis tych singli: "Music to dance and kick techbros to" (tłum. Muzyka do tańczenia i kopania techbrosów). Należy to czytać jako punkową hiperbolę czy raczej wyraz frustracji wobec technologii?
KS: Jeśli przyjdzie dzisiaj jakiś techbro na koncert, zobaczymy, co się wydarzy. Nie wiem jeszcze. Ten tekst wyszedł ode mnie. Środowisko techbros - ludzi, którzy tak naprawdę rujnują środowisko i Ziemię w imię zysków - naprawdę bardzo mnie irytuje. Myślę, że jest ono u źródła 80% problemów, które mamy obecnie na świecie. Ale to także grupa społeczna, która bardzo często sama wpada we własne pułapki i śmiesznie się na to patrzy.
Tym akcentem przejdźmy do trochę milszych tematów. Debiutujecie na Great September. Macie jakieś szczególne oczekiwania wobec tego występu i tego, co wydarzy się po nim?
Jan Boguszewski: Mamy oczekiwania, że będzie około siedmiu osób minimum. Szóstka jest nas z Jackiem.
Ja też przyjdę posłuchać...
JB: O, no to dzięki, to osiem, dobra. Myślę, że jak zawsze, niezależnie od projektu, w którym gramy, graliśmy albo będziemy grać, nie chodzi o robienie kariery muzycznej. Chodzi o to, żeby wejść na scenę, pobawić się, wyszaleć i wykrzyczeć, że się nienawidzi innych (śmiech). To jest najważniejsze. Jeśli będą trzy osoby i te trzy osoby będą się świetnie bawić, to będzie super. Jeśli nikogo nie będzie, też będziemy się dobrze bawić.
AK: To, co jest charakterystyczne dla tego zespołu, to faktycznie nie mamy zbyt wielu oczekiwań. Jedyne, czego oczekujemy, to żeby fajnie spędzić czas i ten zespół będzie istnieć tak długo, jak długo będzie nam to sprawiać frajdę.
Chcecie tę twórczość jakoś bardziej sformalizować na przykład wydaniem płyty, czy będziecie działać singlami?
JB: To będzie zależało od naszych finansów. Na Bandcampie można już kupić nasze piosenki. Zmieniliśmy cenę na 20 tysięcy dolarów za odsłuch, żeby sfinansować nagranie płyty. Mieliśmy naprawdę dobry pomysł: chcieliśmy pojechać nagrać to w bardzo vintage'owym studiu, na świetnym sprzęcie, bo to jest dla nas ważne. Problem polega na tym, że studio niestety znajduje się w Los Angeles. Trzeba by więc tam pojechać i zawieźć sprzęt. Jest nas w sumie sześciu, bo Jacek też by z nami jechał - ktoś musi prowadzić samolot (śmiech). Nie wiem, czy mamy już sprecyzowany pomysł, czy to będą single, płyta czy EP-ka. Myślę, że będzie tak, jak będzie, i będzie super. Każda forma jest super.
KS: Każda forma jest super, ale myślę, że wszystko raczej prowadzi do płyty. Po pierwsze, chyba jesteśmy fanami takiej formy. Po drugie, płyta formalizuje zespół. Jeśli zespół wydaje nieregularnie tylko single, mam wrażenie, że trochę rozmywa swoją obecność. Jeśli natomiast pojawia się coś namacalnego, niekoniecznie fizycznie wydana płyta, ale zbiór utworów zamykający pewien okres, zespół się formalizuje i istnieje na zupełnie innym poziomie. Myślę więc, że finalnie pójdziemy w tym kierunku.
Skoro Odpowiedzialność - jaka jest najbardziej nieodpowiedzialna rzecz, którą zrobiliście jako zespół?
PK: Zagranie tutaj. Jeszcze tydzień temu zastanawialiśmy się, czy będziemy mieli więcej niż 15 minut materiału. Ale udało się.
KS: Zabookowaliśmy ten koncert z przekonaniem, że na pewno wyrobimy się z materiałem. To chyba nie było zbyt odpowiedzialne. Ale wyrobiliśmy się.
Nieodpowiedzialnie, że gracie tutaj, ale może Julia Wieniawa, otwiera się w nowym oknie przyjdzie?
KS: Oby. Proszę, Julka, proszę.
Chodziła w koszulce Syndromu Paryskiego. Nic nie stoi na przeszkodzie, żeby nosiła koszulki Odpowiedzialności.
PK: Ja nie wiem, może myślała, że to jakaś firma. Tak jak z Nirvaną. Mówiłeś dzisiaj, że TikTokerki odkrywają, że to marka, która zrobiła muzykę. Syndrom Paryski brzmi jak modna marka odzieżowa z Warszawy, z butikiem przy Mokotowskiej. Więc Julka, przyjdź.












