Wiktor Fejkiel, Interia Muzyka: Niedawno premierę miał twój drugi tegoroczny singiel - "Poczekał". Z jakim odbiorem tego numeru spotykasz się po tym czasie od premiery?
Odet: - Jestem zachwycona pierwszymi reakcjami na ten utwór. Na pewno ogromną furorę zrobił sam Antoś Orłoś, który wystąpił w naszym teledysku - jego fani wręcz przejęli sekcję komentarzy pod klipem. Sam singiel jest obecnie na etapie rozgrywania - zbieramy pierwsze opinie z rozgłośni i zdecydowana większość z nich jest bardzo pozytywna. Jak wiesz, jest to proces, który wymaga czasu, dlatego konsekwentnie budujemy zainteresowanie utworem i dajemy mu przestrzeń, aby się rozwijał.
Okres tuż po premierze to faktycznie idealny czas na promocyjne działania. Czułaś jednak, że od początku ten numer będzie wzbudzać tak pozytywne emocje?
- Z jednej strony w dzisiejszych czasach jesteśmy w stanie przewidzieć pewne rzeczy - wiemy, jakie są potrzeby słuchacza i czego mniej więcej możemy się po danym utworze spodziewać. Z drugiej strony rynek muzyczny bywa niezwykle nieprzewidywalny. Czasami wystarczy udostępnienie przez jedną konkretną osobę, by wywindować wyświetlenia w kosmos. Wiem, że to matematyczne rozkładanie muzyki na algorytmy, odsłuchania i zasięgi bywa dość brutalne i nie zawsze ma związek z jakością samego utworu, ale tak dzisiaj działa ta branża. Nie uważam, że nastąpi tu jakiś ogromny wybuch, który diametralnie zmieni moje życie. Mam jednak pełną świadomość, że to po prostu pewien proces. Wszystkie założenia, które przyjęliśmy przy przygotowywaniu tego singla są konsekwentnie realizowane i myślę, że wszystko idzie w dobrym kierunku.
Zdarza ci się już na etapie tworzenia numeru myśleć o tych "matematycznych" aspektach muzyki?
- W przypadku singla "Poczekał" chciałam zrobić delikatny ukłon w stronę słuchacza. Ta piosenka jest ewidentnie dużo bardziej popowa i przystępna niż moje dotychczasowe numery. Byłam bardzo ciekawa, jak poczuję się w tej materii i czy zdołam osiągnąć pewien rodzaj muzycznej satysfakcji. Ciekawiło mnie, gdzie przebiega u mnie granica między popem a alternatywą i zderzyć to z perspektywą mainstreamowych rozgłośni radiowych. Co ciekawe, w dwóch największych stacjach usłyszałam opinię, że numer jest i tak zbyt alternatywny… Dla mnie samej jest to utwór znajdujący się już mocno na biegunie "pop" i chyba dalej w tę stronę skręcać nie będę. To było bardzo wartościowe doświadczenie pod kątem eksperymentowania i klasyfikowania własnej twórczości. Zależało mi na sprawdzeniu, jak daleko mogę pójść w stronę tego gatunku, ale bez utraty radości z robienia muzyki - bo z tego nie zrezygnuję nigdy.
Sam numer "Poczekał" jest dość przewrotny. Opowiadasz w nim o życiu, które mogło się wydarzyć, ale nigdy do niego nie doszło. Choć mogłoby to uderzać w mocno nostalgiczne i melancholijne tony, u ciebie brzmi to lekko i subtelnie…
- Nigdy nie robiłam tego intencjonalnie, ale rzeczywiście zauważam u siebie taką tendencję. Lubię pisać o rzeczach trudnych i bolesnych. Co ciekawe, moje małe życiowe dramaty ubieram często w lekkie słowa i oprawiam w przyjazną materię muzyczną. To chyba mój sposób na oswajanie emocji - łatwiej mi się z nimi skonfrontować, gdy pokazuję je w bardziej ludzki, niezdemonizowany sposób. Ponadto jestem ogromną fanką kontrastów w sztuce. Lubię zestawiać ze sobą różne elementy kompozytorskie oraz wykonawcze i zobaczyć co się wydarzy. To pewnie też trochę wynik pewnego dualizmu, który w sobie noszę. Oczywiście mogłabym opatrzyć piosenkę mollową tonacją i dodać żałobne organy, tylko po co? Staram się, by moje teksty były wielowarstwowe. Jeśli ktoś będzie chciał odnaleźć w nich gorycz i emocjonalny ciężar, na pewno go odnajdzie.
Ten utwór pokazuje też twoją naprawdę niesamowitą zdolność do wyłapywania prostych, codziennych myśli i budowania wokół nich całej piosenki…
- Wydaje mi się jednak, że to sprawa dosyć powszechna. Wszyscy w codziennym życiu - nawet mając poukładane sprawy prywatne - z pewną nostalgią wracamy do zaszłych sytuacji, a nasza wyobraźnia dopisuje do nich nowe scenariusze. Pomimo zakończonej relacji meandrujemy wokół przeszłości i zastanawiamy się, "co by było, gdyby…". W tym przypadku adresat piosenki podjął decyzję o zakończeniu relacji. Teraz nasuwa się pytanie - czy były momenty, w których tego żałował?
Obserwowałam reakcje na tekst, gdy puszczaliśmy tę piosenkę w pokoju odsłuchowym u naszego dystrybutora w Universalu. Pamiętam, gdy ktoś nieśmiało skomentował: "O rany, jakie to życiowe". I taka jest prawda! Myślę, że doświadczył tego każdy, kto stanął w obliczu podjęcia trudnej życiowej decyzji. I nie dotyczy to wyłącznie miłości - tak samo jest z wyborami dotyczącymi kariery, pracy czy rodzicielstwa. Każda decyzja implikuje szereg życiowych konsekwencji i o tym jest ten utwór.
Wspomniałaś na początku, że "Poczekał" nie był numerem, który wywrócił twoją karierę do góry nogami. Jednak w kontekście brzmienia i obrania nowej drogi postrzegasz go jako kamień milowy, czy może to poprzedni singiel, "Haj", bardziej był dla ciebie nowym otwarciem?
- Myślę, że te utwory w pewnym sensie łączą się ze sobą brzmieniowo. Dla mnie to po prostu powrót do korzeni - do mojego muzycznego źródła. Przez ostatnie lata sporo eksperymentowałam. Wchodziłam w mocną elektronikę, łączyłam na koncertach muzykę klasyczną ze śpiewem operowym, a także tworzyłam w ramach kolektywu ARS LATRANS Orchestra. Zderzałam się tam z ogromną mieszanką osobowości i najróżniejszych estetyk. Każdy z tych etapów był dla mnie sprawdzianem i był ogromnie inspirujący. Cieszę się, że je przeszłam, bo dziś mogę z pełnym przekonaniem powiedzieć: próbowałam wielu rzeczy, ale okazuje się, że ten mój fundament - podstawa brzmieniowa i estetyczna, od której zaczynałam lata temu - jest najbardziej prawdziwy. To jestem po prostu ja i do tego wracam.
Chciałabym też w tym miejscu wspomnieć o osobie, która bardzo mocno wspiera mnie w tym całym procesie - o Jakubie Wojtasie, który jest moim partnerem zarówno muzycznym, jak i życiowym. Od kiedy tworzymy razem, Kuba stoi na straży tego, bym podążała za swoją muzyczną intuicją. Często bywa tak, że podczas improwizacji chcę od razu wymazać dany pomysł gumką, myśląc, że to niewłaściwy kierunek. Wtedy Kuba zatrzymuje mnie w tym procesie i prosi, bym sobie zaufała. Jestem mu za to ogromnie wdzięczna, bo pielęgnuje we mnie tę moją "odetowość" i nie pozwala mi zabłądzić.
Zobacz również:
Ten powrót do korzeni pozwala nam przypuszczać, że jeszcze w tym roku usłyszymy twój debiutancki album? Czy to wciąż zbyt wczesny etap na takie deklaracje?
- Myślę, że płyta ukaże się wiosną przyszłego roku. Wolę jednak nie składać obietnic bez pokrycia, bo wiem, jak wygląda proces wydawniczy. Niewykluczone, że w międzyczasie będę chciała wprowadzić parę zmian w setliście lub dodać nowe kompozycje. Wolę dać sobie czas - najbliższe pół roku przeznaczymy na to, by dopieścić ten krążek. Wiosna to najbardziej realny i bezpieczny termin.
Na jakim etapie prac nad tym debiutem jesteś w takim razie?
- Trudno mi to ująć w konkretnych liczbach, ale myślę, że mam gotowe 3/4 albumu. Materiał jest w większości skomponowany i teraz pozostaje kwestia wyprodukowania nowych kompozycji. Utworów uzbierało się przez te lata naprawdę sporo - materiału starczyłoby nawet na kilka krążków. Zależy mi jednak na dokładnej selekcji, aby słuchacz otrzymał spójną, dobrze opowiedzianą historię.
Jak będzie wyglądała ta selekcja? Podchodzisz do debiutu z myślą o zrobieniu maksymalnie dobrego krążka na "tu i teraz", czy kusi cię raczej podsumowanie ostatnich kilku lat twórczości?
- Prawda jest taka, że ten krążek może powstać tylko dlatego, że wreszcie wyzbyłam się myślenia o nim jak o moim opus magnum - kompletnie odpuściłam tę presję. Działałam jako Odette Dąbrowska już od 2015 roku i przez te lata powstało tyle utworów, że mogłabym rozdzielić je na kilka płyt. Tak się jednak nie stało, bo zawsze wydawało mi się, że pierwszy album musi być absolutnie genialnym, bezbłędnym pokazem moich umiejętności. Dopiero gdy porzuciłam perfekcjonizm i zaczęłam ścigać się wyłącznie ze sobą, a nie z oczekiwaniami zewnętrznego świata, tworzenie zaczęło sprawiać mi prawdziwą przyjemność. Przestałam narzucać sobie terminy czy poddawać się stresującym sesjom nagraniowym. Zamiast wracać ze studia ze łzami w oczach i poczuciem niezadowolenia, wolę usiąść w swoim mieszkaniu, poszukać, może nieco dłużej, ciekawych rozwiązań, ale robić to z uśmiechem na ustach. To był dla mnie przełom. Od kiedy robię to przede wszystkim dla siebie, wszystko dzieje się znacznie szybciej i płynniej.
Porzucenie perfekcjonizmu przy debiucie, który bywa często paraliżujący, jest naprawdę dobrym zwiastunem dla tego albumu.
- Oczywiście warto dążyć do jakości, ale trzeba też umieć zaakceptować fakt, że robi się coś najlepiej, jak się potrafi na dany moment. Jeśli to wciąż nie daje satysfakcji, prawdopodobnie w grę wchodzą jakieś własne deficyty. Przewartościowanie tych kwestii i poukładanie sobie wszystkiego w głowie bardzo pomogło mi ułożyć relację z całą branżą. Gdybym wydała album kilka lat temu i odniósłby on sukces, nie wiem, czy udźwignęłabym taką presję. Cały czas czułabym przymus bycia "naj". Dzisiaj podchodzę do tego z większym spokojem, a robienie muzyki powoli staje się moją pracą, choć wciąż również pozostaje największą pasją i miłością. Nie można dać się w tym wszystkim zwariować - regularna praca, ale i dbanie o swój dobrobyt są dla mnie teraz priorytetem.
Mimo niezbyt wielu nowości, sporo działo się u ciebie ostatnio. Wyjątkowym punktem był udział w projekcie ZORZA i utwór "Berek". Brzmieniowo jednak stoi on po drugiej stronie rzeki - jest znacznie bardziej elektroniczny i eksperymentalny. Jak z dzisiejszej perspektywy wspominasz pracę nad nim?
- Założeniem projektu ZORZA było współtworzenie piosenek z Kubą Galińskim i Dawidem Podsiadło. U nas wyglądało to jednak inaczej: przyniosłam chłopakom demo z dziewięcioma piosenkami, a oni zatrzymali się właśnie przy "Berku". Choć był to surowy numer przed miksem i masterem, brzmiał w swoim zarysie niemal tak jak wersja ostateczna. Uznali, że warto zaryzykować i zająć się właśnie tym utworem. Przewidzieli, że na tle innych singli konkursowych ta kompozycja mocno się wyróżni i będzie odważnym akcentem zaznaczającym moje wejście na rynek. To było ryzykowne posunięcie, zważywszy na fakt, że festiwal skupia głównie odbiorców muzyki pop i brzmień mainstreamowych. Zaufałam. Finalnie sama piosenka powstała we współpracy z producentem Jakubem Jaworskim (Gypsy and the Acid Queen), a Kuba z Dawidem dali nam po prostu swój stempel jakości.
Udział w ZORZY, oprócz wydania singla, oznaczał również serię występów właśnie na tym festiwalu. Co w praktyce dała ci seria tych występów?
- To była dla mnie absolutnie błyskawiczna szkoła przetrwania i niesamowity zastrzyk doświadczenia scenicznego. Regularne koncertowanie w ramach ZORZY oznaczało zderzenie się z najróżniejszymi warunkami technicznymi, pogodowymi oraz bardzo zróżnicowanym audytorium. Musiałam nauczyć się odnajdywać na scenie niezależnie od okoliczności.
Ten intensywny czas koncertowy przełożył się też bezpośrednio na twoją pracę twórczą i komponowanie nowego materiału?
- Zrobiliśmy sobie z Jakubem wewnętrzne wyzwanie: na każdym kolejnym koncercie prezentowaliśmy nową piosenkę. Nasz dwudziestominutowy set mieścił około pięciu utworów, więc ten piąty za każdym razem rotowaliśmy. To niesamowicie przyspieszyło proces pisania materiału na płytę. Testowanie zupełnie nowych kompozycji na żywo przed ludźmi, którzy nie mieli prawa ich wcześniej znać, i obserwowanie ich natychmiastowych reakcji było absolutnie genialnym doświadczeniem. Wymyśliliśmy to zupełnie przypadkowo, ale okazało się najbardziej rozwijającym elementem całego projektu.
W związku z premierami kolejnych singli i bogatym bagażem doświadczeń szykujesz już powoli solową trasę, czy wstrzymujesz się z większymi koncertami aż do wiosennej premiery albumu?
- Bardzo intensywnie o niej myślimy. Chcielibyśmy zagrać późną jesienią tego roku jeden lub dwa wyjątkowe koncerty - na mapie na pewno znajdzie się Warszawa. Zależy mi na tym, by zagrać wreszcie swój pierwszy w pełni autorski, biletowany koncert. Przez lata byłam pod tym względem mocno rozpieszczana, bo grałam głównie występy będące częścią większych wydarzeń albo jeździłam w trasy u boku uznanych artystów, takich jak IGO, Natalia Przybysz czy zespół Mikromusic. Wtedy bilety kupowali głównie fani tych gwiazd, więc nigdy nie miałam okazji realnie sprawdzić w twardych liczbach, jak wygląda mój własny fanbase. Jesienne występy będą więc dla mnie idealnym sprawdzianem - pozwolą mi zobaczyć, ile osób zostało ze mną po ZORZY i po koncertach z Igo, a także przekonać się, jak duża publiczność czeka na mój debiutancki album. Najbardziej jednak czekam na możliwość zaprezentowania całego materiału na moich własnych warunkach. Bez ograniczeń gatunkowych, scenograficznych i czasowych. Zapraszam już teraz!











