Reklama

Reklama

"Odchodzą w bieli?"

"Go Away White" to tytuł wydanej w 2008 roku płyty formacji Bauhaus, pionierów rocka gotyckiego (choć - jak celnie zauważył magazyn "NME" - Bauhaus ma tyle z rocka gotyckiego, co Radiohead z rocka progresywnego) i jednej z najważniejszych grup post punkowych. Według zgodnej zapowiedzi muzyków to ostatni album kwartetu. Niestety, znów dały o sobie znać konflikty na linii Peter Murphy - reszta zespołu. Tym samym Bauhaus "odchodzą w bieli", choć to odejście bardzo przypominające pierwszy gorzki rozłam w grupie w 1983 roku. Wtedy Bauhaus zamilkli na całe 15 lat...

Z gitarzystą Danielem Ashem rozmawiał Artur Wróblewski.

Bauhaus rozpadł się ostatecznie. Peter Murphy w dosyć ostrych słowach skomentował fakt, że zdecydowaliście się nie grać koncertów promujących "Go Away White"...

A co napisał? Bo nic mi na ten temat nie wiadomo.

Ogólnie mówiąc skrytykował decyzję o tym, że nie będziecie grali koncertów i postawę "album poradzi sobie sam bez promocji". Używał między innymi takich słów jak "hipokryzja" i "bzdury"...

Cóż, nie istniejmy jako zespół, zatem jak mamy promować płytę na koncertach? W czasie nagrywania "Go Away White" w zespole dochodziło do spięć...

Reklama

A to ciekawe, bo Peter w jednym z wywiadów powiedział, że sesja była "bardzo pozytywnym, szczęśliwym i bardzo mocnym okresem"...

To kompletnie nie jest prawda (śmiech). Nic a nic. W studiu były poważne kłótnie. Muszę to powiedzieć, ale słowa Petera to kłamstwo. Szczerze mówiąc jestem zaskoczony, że powiedział coś takiego. To jeden z powodów dla których nie istniejemy. Właśnie ta sesja. I trasa koncertowa, podczas której także się kłóciliśmy. Mówię tu o tournee z Nine Inch Nails, a później koncertach w Europie. Jeszcze raz to powiem - w zespole dochodziło do poważnych konfliktów. Dlatego zespół przeszedł do historii. Nie wiem jak można było powiedzieć coś takiego...

Jeżeli byliście tak mocno skonfliktowani, jak doszło do sesji nagraniowej?

Nigdy nie mieliśmy zamiarów, by reaktywować zespół. Aż tu nagle w 2005 roku otrzymaliśmy ofertę od organizatorów festiwalu Coachella. To byłą taka oferta, że nie mogliśmy odmówić. Zgodziliśmy się i rozpoczęliśmy próby, które trwały kilka tygodni. Kolejnym krokiem był pomysł, by poeksperymentować w studiu. Wynająłem studio w Kalifornii i weszliśmy tam z zamiarem grania przez 2-3 tygodnie. Chcieliśmy zobaczyć, co z tego wyniknie. I wyniknął z tego ten album. 18 dni później. Nie spodziewaliśmy się, że efekty przyjdą tak szybko. Ale tak właśnie się stało. Tak wygląda historia. A później były te spięcia, o których ci już powiedziałem: w studiu i na trasie. Identycznie, jak to miało miejsce kiedy rozpadliśmy się za pierwszym razem całe lata temu. Było tak jak w latach 80., ale jeszcze gorzej. I tak naprawdę nikt nie chciał tego kontynuować.

Na "Mirror Remains" słychać napięcie w studio, kiedy ty i Peter krzyczycie na siebie...

(śmiech) Akurat w tym przypadku żartowaliśmy. Kiedy nagrywaliśmy tą muzykę, to kompozycja nie była gotowa. Po prostu improwizowaliśmy. Zresztą większość płyty powstała właśnie w ten sposób. Kevin [Haskins, perkusista - przyp. AW] zaczynał wybijać rytm, a reszta dołączała się. A z tego co pamiętam Pete krzyczy: "A teraz solo". A ja odpowiadam mu: "To jest solo", bo ja nie lubię solówek. Dla mnie są czereśniackie [Daniel użył słowa "corny" - przyp. AW]. A wtedy zamiast solówki zacząłem powtarzać ten same nuty. To taki nasz dowcip w zespole. W tym momencie nie byliśmy akurat na siebie wkurzeni.

O co się kłóciliście. To były sprawy prywatne czy...

Tak, nasze osobiste konflikty. Dlatego nie będę o nich mówił. To tylko my byliśmy... sobą.

Rozumiem. Czy możemy porozmawiać o początkach Bauhaus? Swój pierwszy singel "Bela Lugosi's Dead" wydaliście w 1978 roku. Ja w tym roku się urodziłem, dlatego chciałbym się dowiedzieć z pierwszej ręki jak wyglądała wtedy scena muzyki podziemnej?

Wow (śmiech)! Czyli masz 30 lat?

Prawie (śmiech).

Ja wtedy miałem 20 lat. Kurcze, zawsze myślałem, że zaczęliśmy kiedy miałem 22 lata... Nie zdawałem sobie sprawy z tego, że byliśmy tacy młodzi... Wybacz, zamyśliłem się - jakie było pytanie?

Jak wyglądała wtedy scena alternatywna? Koniec lat 70. i początek 80. to jeden z najważniejszych momentów dla muzyki niezależnej... Sex Pistols, The Clash, Joy Division, The Smiths i oczywiście Bauhaus.

Zacznę od tego, że nie mieszkaliśmy w Londynie, tylko kilkadziesiąt mil na północ w Northampton. W tym okresie byliśmy pod wielkim wrażeniem glam rocka z początku lat 70. David Bowie, T. Rex, Lou Reed czy Iggy Pop. A później wybuchał rewolucja punkowa. To był rok 1976 czy 1977. Dla mnie ta muzyka miała olbrzymie znaczenie. Zresztą dla Kevina i Davida [J, basisty zespołu - przyp. AW] również. Peter natomiast nie wciągnął się w ruch punkowy. Ale rzeczywiście, te zespoły które wymieniłeś były wspaniałe. A w drugiej połowie lat 80... Dla mnie to najgorszy kres w historii muzyki. Lata 60., 70. i 90. były w mojej opinii w większości fantastyczne. Ale tamta dekada? Uważam, że większość muzyki z tego okresu była bez smaku. Na przykład te okropnie brzmiące bębny Philla Collinsa...

(śmiech) Zgadzam się w 100 procentach.

Za dużo pogłosu, okropne! Poza tym naprawdę fatalne fryzury. Wiem, że je jestem też odpowiedzialny za kiepskie fryzury (śmiech) [niezorientowanym polecam sprawdzić "porażający" image Daniela z wczesnych lat 80. - przyp. AW]. Wracając do muzyki, to ja wciąż żyłem w tym wyimaginowanym świecie z początku lat 70. Glam rock połączony z punkową postawą. Ta kombinacja dała efekt w postaci naszej muzyki. Byliśmy częścią jakiejś sceny, ale nie śledziliśmy tego co robią inni. Nie staraliśmy się kopiować. Moją obsesją było stworzenie czegoś całkowicie oryginalnego. Chciałem, by moja gitara brzmiała oryginalnie. Chciałem grać oryginalnie. Żadnych czereśniackich solówek. Wtedy nie potrafiłem dobrze grać, ale cieszę się, że tak było. To był jeden z moich atutów. Dlatego pewnie moja gra na gitarze była niepowtarzalna. Naszym zamiarem było stworzenie czegoś potężnego i mocnego, ale jednocześnie prostego.

Istnieje taka teza, że każdy zespół z tamtych czasów powstał na koncercie Sex Pistols...

Tak, ale ja ich wtedy nie widziałem. Wiem, że David i Kevin poszli na koncert Pistolsów w Londynie. Ja raz wybrałem się na ich koncert w Northampton, ale było to podczas trasy, kiedy oni nie pojawiali się na koncertach. Stałem i czekałem na nich z innymi. Pamiętam, że w drugiej połowie lat 70. w powietrzu czuło się specyficzną atmosferę. Sex Pistols byli otoczeni aurą, każdy chciał ich zobaczyć. A z tym były problemy, bo wszędzie odwoływano im koncerty. O Sex Pistols mówili wszyscy. Podobało mi się to także z tego powodu, że ich muzyka była policzkiem dla tych wszystkich przerysowanych i wydumanych zespołów progresywnych. Myślę, że Yes jest najgorsze z całej tej "paczki". Ich muzyką mógłbyś mnie torturować. Nie znajduję w niej nic interesującego. Tego nie da się po prostu słuchać. Zero seksapilu, nic...

Zdecydowana czołówka mojej "czarnej listy"...

(śmiech) Ich muzyka jest tak rozpięta, że nie można o niej nic powiedzieć jak tylko przerysowane, pseudointeligenckie bzdury. To kojarzy mi się z taką sytuacją z młodości - pewnie ty też coś takiego przeżyłeś. Mianowicie na imprezach jest grupa brodatych kolesi, którzy w kuchni pieprzą jakieś bzdury o polityce. A cała reszta stara się poderwać dziewczyny. I właśnie ci goście w kuchni to fani Yes. Wiesz o co mi chodzi?

(śmiech) Yes!

(śmiech) Straszne, naprawdę okropne...

W Polsce rock progresywny cieszy się popularnością...

O nie! Naprawdę? Te bzdury z lat 70.?

Tak. Poza tym tak zwany neo prog rock...

Nawet nie wiedziałem, że ten styl jest jeszcze kultywowany! To naprawdę okropne. Ta muzyka... To nawet nie jest muzyka! [błagalnym tonem] Nie rozmawiajmy już o tym, proszę...

(śmiech) Zgadzam się. Wróćmy do Bauhausu. To, co wyróżnia was do dziś od wszelkich post punkowych formacji to wyraźne wpływy reggae i dub...

To sprawka Davida i Kevina. Moja trochę też. Pamiętam, że nasza trójka często na koncertach grała reggae. David i Kevin uwielbiają reggae, mają poważną kolekcję płyt. Kiedy graliśmy trasę koncertową w kółko puszczali reggae, reggae i reggae. Ja też kocham tą muzykę. I stąd wzięły się te wpływy w naszych utworach. Teraz również, kiedy nie mieliśmy gotowych piosenek i zaczynaliśmy grać. Kevin podawał rytm, reszta wchodziła ze swoimi partiami. Dlatego nigdy nie zastanawialiśmy się czy zagramy teraz coś w klimacie reggae. Wszystko wychodziło spontanicznie.

Wciąż nie mogę uwierzyć, że "Go Away White" powstało w 18 dni...

Tak, to wyjątkowa sprawa. W powietrzu było mnóstwo ciśnienia i napięcia, ale opłaciło się. Widać zła atmosfera ma dobry wpływ na kreatywność...

Ta płyta brzmi bardzo świeżo i surowo...

Dzięki. Też mi się wydaje, że nie brzmi jak grupa starych pierdzieli (śmiech). Jest naprawdę ostro. Muszę przyznać, że grając w studio czuliśmy się jakbyśmy mieli znów po 21 lat. Wydaje mi się, że w tym względzie "Go Away White" jest bardzo podobne do naszej pierwszej płyty. "In The Flat Field" nagraliśmy w 14 dni. Ten album w 18. To były bardzo podobne procesy twórcze. Zero nakładek, jak najwięcej na żywo i za pierwszym razem.

Bauhaus to nie tylko surowość i agresja, ale też senna i narkotyczna wręcz atmosfera...

To zabawne, bo nagrywając nie używaliśmy narkotyków. Ani teraz, ani w latach 70. i 80. Może trochę piliśmy, ale niezbyt dużo. Były jeszcze papierosy. Nigdy nie byliśmy wielkimi orędownikami używek. To ciekawe, bo na początku wszystkim myśleli, że cały czas jedziemy na speedzie (śmiech). Ale nic z tych rzeczy, nie potrzebowaliśmy się dodatkowo nakręcać. Byliśmy wystarczająco naspeedowani bez speedu (śmiech).

Wróćmy do teraźniejszości. Grupy postpunkowe znów są szalenie popularne, a to w dużej mierze z tego powodu, że nowi wykonawcy powołują się między innymi na was jako na główną inspirację...

Szczerzy mówiąc nie zauważyłem tego i nie myślę o tym. Nie interesuje mnie to. Naprawdę nic takiego nie widzę. A co do nowych zespołów, to nie jestem kolesiem, który się rozgląda za kolejnymi sensacjami muzycznymi. Po prostu słucham niezłych rozgłośni radiowych i jeżeli coś mi wpadnie w ucho, to staram się znaleźć płytę tego wykonawcy.

W ogóle nie słuchasz współczesnej rockowej muzyki?

Słucham. Na przykład wydaje mi się, że jednym z najlepszych zespołów w ogóle są The White Stripes. To grupa, która ma prawdziwą duszę. Nie jest przeprodukowana, wykreowana przez speców i komputer. Muzyka pochodząca od człowieka, bardzo organiczna i naturalna. Szczera.

Powiedz mi, dlaczego postanowiłeś mieszkać w Los Angeles i Kalifornii?

Ja nie mieszkam w Los Angeles, tylko 80 mil na północ od miasta.

Ale to wciąż Kalifornia...

Tak. Powód jest prosty - kocham motocykle. Przez całe moje życie jeździłem na motorach i wydaje mi się, że motocyklami interesuję się bardziej niż czymkolwiek innym w życiu (śmiech). Włącznie z muzyką. Maluje motocykle, naprawiam motocykle i przede wszystkim na nich jeżdżę. A Kalifornia ma najlepszy klimat na świecie do jeżdżenia na motorach. Kiedy jadę do Anglii, tamtejszy deszcz i nędzna pogoda powodują, że jeszcze bardziej kocham Kalifornię.

Jak liczna jest twoja kolekcja motorów?

Hmmm... W tym momencie posiadam 8 motocykli.

A masz chyba samochód (śmiech)?

(śmiech) Mam. Ale kocham motocykle. Nie te japońskie sportowe, ale Harley'e Davidsony. Dobre są również brytyjskie modele.

Wróćmy do muzyki. Udzielasz się jako DJ. Powiedz mi, jaką muzykę prezentujesz podczas swoich setów?

Jestem jak szafa grająca. Grałem sporo muzyki tanecznej, ale teraz prezentuję głównie piosenki, których słucham w domu. Bardzo różnorodne rzeczy. Od Glenna Millera, przez The White Stripes, Davida Bowiego do Gorillaz. Wszystko, co przyjdzie mi tylko do głowy. Poza prog rockiem. I muzyką country & western (śmiech). Jak twoja ulubiona szafa grająca. Albo moja ulubiona szafa grająca. Robię to od 14 lat i to świetna zabawa. Zazwyczaj grywałem w soboty klubie w Los Angeles który nazywał się Goldfinger. Naprawdę uwielbiam to robić.

A czy podczas setów prezentujesz numery Bauhaus albo Love & Rockets?

Nie. Chyba, że jestem bardzo pijany. A i tak wtedy mam straszne wyrzuty sumienia i żałuję tego (śmiech). Wiesz, dla mnie moje piosenki nie brzmią tak dobrze, jak utwory innych wykonawców. To dziwne, ale zawsze mi się wydaje, że są źle wyprodukowane. I brzmią beznadziejnie. Kiedy słuchasz własnej muzyki, jesteś wobec niej bardzo krytyczny. Wtedy zawsze żałuję, że nie zagrałem innego wykonawcy.

Nie ma Bauhausu, ale Love & Rockets powracają. Zagracie na Coachelli...

Tak. Mamy tu podobną sytuację z jak wcześniej. Otrzymaliśmy świetną propozycję i zagramy jeden koncert. Jestem bardzo podekscytowany, bo gramy tuż przed Rogerem Watersem, który wykona w całości "Dark Side Of The Moon" Pink Floyd.

Widziałem Watersa i "Dark Side Of The Moon" w 2006 roku w Roskilde...

Ich muzyka to nie jest dla mnie rock progresywny. Nie jestem wielkim fanem Pink Floyd, ale ten album jest genialny. Prawdziwe dzieło sztuki. Dwa razy w roku puszczam sobie "Dark Side Of The Moon" naprawdę głośno. Wcześniej coś wypiję czy zapalę... Ustawiam głośniki na pełną moc. To jest jeden z tych albumów, na który musisz mieć odpowiedni nastrój. A jak tobie podobał się ten koncert?

Na początku Roger Waters wykonał kilka utworów z całej historii Pink Floyd plus solowe piosenki, a później całą "Ciemną stronę...". Szczerze mówiąc najbardziej podobał mi się utwór "Set The Controls For The Heart Of The Sun". Ale ja lubię Pink Floyd tylko z wczesnego okresu...

Chodzi ci o płyty nagrane z Sydem Barettem?

Dokładnie. Zwłaszcza utwory z "Piper At The Gates Of Dawn".

Rzeczy takie jak "Bike"? Cóż, wydaje mi się, że mamy podobne gusta jeśli chodzi o muzykę.

Miło mi to słyszeć.

Uwielbiam te pierwsze, ekscentryczne płyty Pink Floyd. Totalna psychodelia.

Wracając do Love & Rockets... Czy jest szansa, że przyjedziecie kiedyś do Europy?

To wszystko zależy od tego jaką ofertę otrzymamy. Jeżeli będzie nam odpowiadała, to możesz się nas spodziewać w okolicy. Ale... Osobiście nie do końca pasuje mi odtwarzanie tych starych utworów. Wolałbym zaangażować się w film i produkcje telewizyjne. To mnie teraz interesuje - tworzenie muzyki do interesujących obrazów. A koncerty Love & Rockets w Europie to bardzo kosztowne przedsięwzięcie. Sprzęt, ekipa, światła... Naprawdę sporo pracy. Dlatego to musi być opłacalne finansowo, bo nie chcemy grać koncertów na odwal się.

Zatem fani na Starym Kontynencie powinni udać się na Coachellę...

Tak myślę. W kwietniu w Kalifornii jest naprawdę ciepło, ale zawsze można przeczekać ukrop w namiocie z piwem (śmiech).

Wspomniałeś, że interesuje cię teraz film. Niedawno mieliśmy rozdanie Oscarów...

Nie interesuje mnie to. To znaczy - kogo tak naprawdę interesują Oscary? W Stanach wszyscy o tym mówią, jakby było o czym. Brytyjczycy w ogóle się tym nie interesują. To stricte amerykańska impreza. Przynajmniej w moim przypadku. Pamiętam, że kiedy przyjechaliśmy po raz pierwszy do Stanów Zjednoczonych. Mieliśmy wtedy po dwadzieścia parę lat. To był Nowy Jork. I wszyscy mówili nam w kółko: "Lecimy do domu, bo zaraz będą Oscary!". A my na to: "Kogo to obchodzi? Przecież Oscary są dla starych ludzi, nieprawdaż?". A ci goście byli w naszym wieku i zamiast do klubu biegli oglądać Oscary... To bardzo dziwne. Tutaj rzeczywiście jest na tym punkcie szaleństwo. Włączysz radio, a oni mówią o Oscarach... Mnie to nie interesuje. Poklepywanie się po plecach, to wszystko.

Jak wszystkie showbiznesowe rozdania nagród...

(śmiech) Tak, masz rację. Pewnego razy zaproszono mnie na taką imprezę. Siedziałem przy jednym z tych stolików i to był taki wstyd... Strasznie dziwnie się czułem. A każdy wciskał drugiemu jakieś bzdury. "A teraz na scenę wejdzie wspaniały pan...". Totalne gówno. Co gorsza, w pewnym momencie przeczytano moje nazwisko. Moje całe ciało zadrżało z przerażenia (śmiech). Wstałem, a wszyscy ludzie w sali - żaden z nich wcześniej mnie nie widział, nie mówiąc o tym, że znał moją muzykę - zaczynają klaskać. I jeszcze krzyczą: "Hej! Brawo!". Same palanty. Tego typu imprezy mogę określić tylko jednym słowem: kupa gówna. Dlatego nie interesują mnie takie przyjęcia.

A czy widziałeś już "Control" Antona Corbijna?

Nie, jeszcze nie. Ale bardzo chcę obejrzeć. Moje miasteczko to taka hippisowska dziura. Tam ten film jeszcze nie dotarł. Ale słyszałem same dobre opinie. Wydaje mi się, że ten film będzie podobny do "Velvet Goldmine" Todda Haynesa. Widziałeś to?

Kilka razy.

Ten film wbrew pozorom pokazuje jak magicznym okresem był początek lat 70. Mieliśmy wtedy po 16-17 lat i tak wyglądała nasza rzeczywistość.

Jestem pod wrażeniem, bo wydawało mi się, że "Velvet Goldmine" to raczej swobodna impresja na temat tamtego okresu...

Nie, wszystko było dokładnie tak jak w tym filmie. Tamte czasy odcisnęły na nas olbrzymie piętno. Tak naprawdę to wszystko wyglądało. Jeżeli byłeś fanem Bowiego mówiono na ciebie "Bowie-boy". Mogłeś być jeszcze fanem rocka progresywnego albo northern soulu. "Velvet Goldmine" jest bardzo dokładnym i realistycznym filmem. Tak wtedy było. Prawdziwy świat fantazji. Oczywiście, główny bohater oparty jest na postaci Davida Bowiego, a drugi na Iggym Popie. Ale tak to wyglądało. Ubierając się w tak prowokujący sposób, można było bardzo łatwo dostać łomot. Ale to było tak ekscytujące, że możesz pokazać swoją kobiecą stronę... Przeciwieństwo świata gości, którzy byli kibicami piłki nożnej. Magiczne czasy...

Na koniec chciałem ci pogratulować "Go Away White". To naprawdę dobry album.

Mówisz szczerze? Miło to słyszeć, bo na temat tej płyty krążą różne opinie. Wynika to z tego, że różnie dziennikarze mają różne podejście do tej płyty. Co oczywiście jest interesujące. Niektórzy uwielbiają ten album, inni szczerze go nienawidzą.

Szczerze mówiąc bardzo obawiałem się tej płyty...

Pewnie myślałeś, że to będzie brzmiało jak grupa starych pierdzieli?

Dokładnie.

(śmiech) Też się tego obawialiśmy. Zastanawialiśmy się jak ten album zostanie przyjęty.

Może zabrzmi to dziwnie, ale surowość "Go Away White" przypomina mi "Raw Power" The Stooges...

Naprawdę? To jedna z moich ulubionych płyt. Jeżeli tak myślisz, to to jest naprawdę komplement. Może brzmieniowo to nie jest to samo, ale atmosfera rzeczywiście jest podobna.

Właśnie. Dziękuję za rozmowę.

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje