Reklama

Reklama

"Oberwałem od życia"

Jego głosu nie da się pomylić z żadnym innym. Joe Cocker ma już na karku "siódmy krzyżyk", ale wciąż prowadzi dynamiczne życie artystyczne.

Z okazji wydania nowej płyty "Hard Knocks" (premiera 4 października) i występu we Wrocławiu (6 października) z brytyjskim artystą rozmawiała Marta Grzywacz z RMF FM.

Jak się czujesz w Polsce?

- Wczoraj przyjechaliśmy, poszliśmy na kolację. My, to znaczy ja i moja żona, która towarzyszy mi w tej podróży. Ona jest z pochodzenia Polką.

Słyszałam o tym. Zdaje się, że twoja teściowa jest z Polski?

- Była. Już nie żyje. Ale moja żona odwiedziła Polskę parę razy.

A więc znasz Polskę. Podróżowaliście trochę?

Reklama

- Nie za dużo. Byliśmy w Krakowie, wpadliśmy do paru innych miejsc, ale głównie przyjeżdżaliśmy do Warszawy.

Twoja teściowa była z Warszawy?

- Nie. Kurczę, nie mogę sobie przypomnieć jak się nazywała... Poznałem ją już w Stanach, Polska to była raczej przeszłość. Ale pamiętam, że gotowała pyszne gołąbki. Trochę tuczące.

Ty chyba nie masz problemów z wagą?

- Oczywiście, że mam. Mój Boże, trudno w to uwierzyć, ale kiedy patrzę na swoje zdjęcia z lat 60., nie mogę uwierzyć, że wtedy ważyłem 70 kg, a teraz 97.

Pewnie dlatego, że łowisz ryby zamiast biegać.

- Ale ja wcale nie jestem słaby. Wręcz przeciwnie, jestem raczej silnym facetem. Zacząłem tyć, kiedy skończyłem z piciem 10 czy 9 lat temu. Od tego czasu rośnie moja miłość do słodyczy. Zawsze je lubiłem, ale jakiś czas temu zastąpiły mi używki.

Może zaczniesz palić?

- Do tego mnie nie namówisz.

Twój nowy album nosi tytuł "Hard Knocks". Mówisz, że zatytułowałeś go w ten sposób nie bez powodu. Wiele razy oberwałeś od życia?

- Słowa jednej z moich piosenek mówią: edukację odebrałem na ulicy... Ta płyta to spojrzenie w przeszłość, kiedy miałem 16 lat. Mieszkałem wtedy w Sheffield, w Anglii. Zamiast pójść na studia, grałem w barach i pubach. To był mój sposób na życie. A potem przyszedł sukces. W połowie lat 70. rzeczy przybrały zły obrót. Ciężko udźwignąć ciężar sukcesu, kiedy z człowieka, którego nikt nie chce znać, nagle stajesz się kimś. Zacząłem dużo pić. Życie wymknęło mi się spod kontroli. Straciłem dziewczynę. Eileen. Moją nastoletnią miłość... Oberwałem od życia. Ale takie historie zawsze czegoś uczą. Upadasz, podnosisz się, idziesz dalej.

Kto ci pomógł?

- Moja żona, Pam. Kiedy ją spotkałem pod koniec lat 70-tych byłem jeszcze wrakiem człowieka. Przywróciła mi wiarę w życie. I w siebie samego.

Co zrobiła?

- Sprawiła, że znowu poczułem się człowiekiem. Kiedy jesteś samotny i fruwasz to tu to tam, zaczynasz wariować. I tak było ze mną. Zgubiłem się. Straciłem z oczu cel. Kiedy znowu zacząłem nagrywać, wspierała mnie konstruktywną krytyką. Przy niej znowu poczułem się dobrze we własnej skórze.

Powiedziała: dobry z ciebie człowiek, będę cię wspierać?

- Nie, nie tak prosto. Wiesz, ona jest po części Polką, w jej wykonaniu to brzmiało raczej: Joe, weź się w garść!

Jest silną kobietą?

- Ma silną wolę. Prowadzimy fundację dla dzieci u nas w górach - Cocker Kids Foundation, ona nią zarządza. Wszyscy mieszkańcy okolicznych wsi ją kochają, bo zbliża do siebie ludzi.

W jaki sposób pomagacie dzieciom?

- Przychodzą do nas dzieci w wieku 12-13 lat. Mnóstwo ich się zgłasza. Pytamy ich wtedy: co chcielibyście robić? Co was interesuje? Czasem to jest gra na skrzypcach, czasem nauka pilotażu. Cokolwiek to jest, zbieramy pieniądze na pomoc w realizowaniu ich marzeń, organizujemy koncerty, aukcje. To już trwa 15 lat. Przez ten czas udało nam się kupić do szkół komputery, wybudować place zabaw. Spełniamy potrzeby miejscowej społeczności. Ja właściwie użyczam tej fundacji tylko swojego nazwiska, całą resztą zajmuje się Pam.

Nie masz własnych dzieci, prawda?

- Nie, nie mam. Kiedy spotkałem Pam, nie pamiętam już dlaczego, ale nie mogła mieć dzieci. Ale kiedy kogoś kochasz, to kochasz i tyle. Pam miała córkę, wtedy 11-letnią, która dziś już sama ma dzieci. Ale mnie ten świat trochę przeraża, te ich komputery... Ja jestem komputerowym analfabetą. Nie najlepiej radzę sobie z elektroniką.

A jednak chciałeś, żeby twoja nowa płyta była nowoczesna. Co przez to rozumiesz? Dlaczego właściwie miała być nowoczesna?

- Dobre pytanie. Na wydanie tego albumu podpisałem umowę z nową wytwórnią. Przez wiele lat wydawałem płyty w EMI Music. Kiedy zwrócił się do mnie Sony, poproszono mnie tylko o to, żebym nagrał "cockerowską płytę". Pomyślałem, że to coś co przecież robię przez cały czas. Skontaktowałem się więc z Mattem Serletickiem, który pracował m.in. z zespołami Collective Soul i Matchbox 20. Matt wprowadził na płytę różne głosy. Głos to podstawowa składowa każdej płyty, ale Matt sprawił, że jest tam coś więcej. Trochę futurystycznych dźwięków, których wcześniej na moich albumach nie było.

Tym razem nie możemy się spodziewać coverów?

- Kiedy przygotowywaliśmy ten album, mówiono mi: pamiętaj Joe, że ludzie spodziewają się coverów. Na początku się zgodziłem, ale kiedy zbliżaliśmy się do końca pracy, nic nie przychodziło mi do głowy. Wszystkie covery, które chciałem nagrać, już wcześniej nagrałem z Mattem. Pojechałem więc do Nashville, spotkałem się z Tonym Brownem, producentem płyt country - to ten sam facet, który grał na pianinie z Elvisem Presleyem - i on chciał, żebym nagrał płytę w stylu country. Mówi: przygotowałem ci jeden kawałek, Joe. The Dixie Chicks, ale myślę, że ty to zaśpiewasz lepiej. Zagrał, a ja pomyślałem: świetny utwór. I to będzie jedyny cover.

A we Wrocławiu, na koncercie usłyszymy twoje przeróbki starych utworów?

- Bardzo byłoby mi ciężko nie zaśpiewać "Unchain My Heart".

Założę się, że ta piosenka znudziła cię na śmierć!

- Nie, wręcz przeciwnie. Cieszę się, że zawsze miałem szansę grać z dobrymi muzykami, jak Nick Milo czyli Milosevic. Staram się grać z młodymi muzykami, żeby nie stracić iskry. Ale o co mnie pytałaś?

O to, co usłyszymy we Wrocławiu.

- Własnie "Unachain My Heart" I "With a Little Help From My Friends" - dość ważne dla mnie piosenki.

Opowiedz o ranczu, na którym mieszkasz. Słyszałam, że jesteś pomidorowym królem.

- Też lubię tak o sobie myśleć. Niestety u nas w górach, gdzie mieszkamy od 18 lat, pada sporo śniegu, więc żeby uprawiać pomidory musiałem wybudować szklarnie. Kiedy byłem dzieckiem, ojciec pokazywał mi swoje uprawy, pamiętam jak zachwycałem się zapachem roślin. Ale wtedy niespecjalnie lubiłem pomidory. Natomiast kiedy dorosłem, zacząłem hodować różne odmiany, z wielu stron świata. W Polsce też dostałem parę nasion. Nauczyłem się, co mam robić, żeby pomidory miały lepszy smak. Teraz uprawiam jakieś 30 odmian. Ludziom bardo smakują.

Jeździsz konno?

- Od jakiegoś czasu nie jeżdżę. Kiedyś jeździłem. Ale konie bywają dziwne. Nigdy im nie ufałem. Wydaje ci się, że znasz konia i nagle dzieje się coś, co wywraca twoje przekonania do góry nogami. Mam 66 lat i nie jeżdżę już zbyt dużo.

Co więc robisz, kiedy nie nagrywasz płyt?

- Mieszkamy w miejscu, które nazywają zachodnim zboczem Kolorado. To nie jest region narciarski, choć góry są piękne. Z mojego domu prowadzą w góry niezliczone ścieżki, którymi mogę się wałęsać godzinami i nie spotkać żywej duszy. W okolicy mieszka kilka osób, które uważają mnie za ekscentrycznego Anglika. Chodzę na spacery z psami, po południu smażę pomidory, wieczorem słucham muzyki, albo oglądam filmy w telewizji.

Rozmawiasz z sąsiadami? Czy oni wiedzą, kim jesteś?

- Tak, szczególnie od kiedy w jednej z okolicznych wsi założyliśmy naszą fundację. To są raczej dzikie tereny. Zamieszkane przez kowbojów. Prawdziwych kowbojów. Zawsze się witaliśmy, ale na początku nie wiedzieli, kim jestem. Aż któregoś dnia dałem koncert. Wszyscy farmerzy przychodzili potem do mnie, żeby powiedzieć: "Cholernie dobry koncert, Joe". Dobrze, że to zrobiłem. Dzięki temu mogłem się do nich zbliżyć.

Dlaczego zamieniłeś Anglię na Stany Zjednoczone?

- Właściwie nie wiem. Około 1975 roku, zamiast wrócić z trasy koncertowej do Anglii, wylądowałem w Kalifornii. Przez kilka lat mieszkałem w Los Angeles, które stało się moim drugim domem.

Podobno niebezpiecznie nagrywać płyty w LA. Zwykle kiedy to robiłeś, zdarzały się albo trzęsienia ziemi, albo pożary. Ale i tym razem zaryzykowałeś. Nie bałeś się?

- Kalifornia to piękne miejsce. Może cię nieźle zakręcić. Ale podjąłem wyzwanie. Tym razem podczas nagrywania pożary omijały LA. Poszło gładko. Spędziłem tam sześć miesięcy, nagrałem dwie piosenki, wróciłem do siebie, w góry. Znowu posłuchałem muzyki i wróciłem do LA żeby dalej nagrywać. Trochę to było nietypowe.

Co powiedziałbyś młodym ludziom z waszej fundacji, gdybyś usłyszał od nich: "Chcemy być tacy jak ty, Joe."

- Nie sądzę, żeby tego chcieli. Ale kto zna młodzież? Mam nadzieję, że są trochę bardziej rozsądni, niż my byliśmy kiedyś. My zrobiliśmy ze swojego życia bałagan. Więc jeśli mieliby być tacy jak ja, to raczej jak Joe Cocker teraz niż kiedyś.

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL