Reklama

"Nowy i prawdziwy"

Nitty, czyli naprawdę Frank Ross, to nowa postać na amerykańskiej scenie hiphopowej. Pochodzący z nowojorskiego Bronksu raper stawia na oryginalność przekazu. W utworach pochodzących z jego płyty "Player's Paradise" nie usłyszycie o wojnach gangów, strzelaninach czy handlu narkotykami. Zaskakujący jest również fakt, że na albumie nie znajdują się żadne przekleństwa. Nitty, jak sam określił swój styl, uprawia "Playboy Rap" - muzykę zarówno dla kobiet, jak i dla mężczyzn. Co ważne, przebojowe piosenki rapera - z "Nasty Girl"na czele - podobają się publiczności i dotarły już na szczyty list w USA i Australii. Z okazji wydania albumu "Player's Paradise" z Nittym rozmawiał Paweł Amarowicz. Raper opisał dzielnicę, z której pochodzi, wyjaśnił co to takiego "Playboy Rap" i opowiedział o swym nowatorskim jak na muzykę hip hop podejściu do kobiet.

Jak określiłbyś swoje miejsce na amerykańskiej scenie hiphopowej?

Reklama

Jestem przedstawicielem mainstreamu muzyki rap w USA. Ale jeśli chodzi o to, co robię, to obecnie nie ma wcale tak wielu raperów takich jak ja. Właściwie to jestem jedynym artystą, który tworzy taki rodzaj rapu. Jestem nowy, ale też jedyny.

Pochodzisz z Bronksu. Jaki wpływ miało to na twoją karierę i to, kim jesteś dzisiaj?

Mógłbyś pomyśleć, że skoro dorastałem w Bronksie, to mój przekaz w muzyce będzie zupełnie inny niż ten, jaki można usłyszeć. Na pewno w jakimś sensie to, co widzieliśmy w naszym życiu, wpływa na to, jaką muzykę się tworzy. Wiesz, dilerzy, narkomani, strzelaniny na ulicy...

Ja widziałem to wszystko w mojej okolicy. Ale wychowałem się w domu, gdzie byliśmy uczeni, że jeśli pochodzisz z getta, to nie znaczy, że wyrośniesz na złego człowieka. Staram się więc te wszystkie złe doświadczenia przeobrazić w coś pozytywnego.

Moją misją było nie stać się dilerem narkotyków czy narkomanem, nie być w gangu. To, co widziałem za oknem, motywowało mnie, by trzymać się od tego z daleka. I teraz, gdy ludzie słuchają mojej muzyki, mówią: "On jest z południowego Bronksu? Przecież nie przeklina, na płycie nie słychać odgłosów strzelaniny, policyjnych syren itp. On nie może być z południowego Bronksu!".

Ale jestem!

W swoich utworach nie używasz przekleństw, to dość dziwne jak na rapera...

No właśnie, ale tak jest.

Pierwsze pieniądze zarabiałeś jako breakdancer...

Tak, dokładnie tak zaczynałem, od tańczenia na ulicach. A teraz, wydając swoją płytę, łatwiej mi przekonać ludzi, że jestem prawdziwym raperem. Jestem facetem z Bronksu i nie ma tu żadnej ściemy, żadnej kreacji.

Co to jest "Playboy Rap"?

Może wyjaśnię to na przykładzie. Mam takiego znajomego, który jest chyba najfajniejszym facetem na świecie. Wszyscy chcą być tacy jak on, wokół niego zawsze się dzieje coś pozytywnego i wszyscy dobrze się bawią. Kobiety go uwielbiają, bo on jest po prostu "cool". Wszyscy zawsze są u niego uśmiechnięci i dobrze się bawią.

I moja muzyka to właśnie reprezentuje - wszyscy dobrze się bawią, czują się wolni i zadowoleni. I to właśnie mam na myśli w "Playboy Rap" - kiedy jesteś koło mnie, to po prostu świetnie się bawisz...

Twoja piosenka "Nasty Girl" dotarła do 1. miejsca na liście przebojów w USA. Byłeś zaskoczony?

Nawet teraz wciąż to do mnie nie dociera. Nie mogłem uwierzyć, że ta piosenka zajdzie tak daleko. Wiedziałem oczywiście, że jest dobra i może się podobać, ale nie spodziewałem się, że spodoba się nie tylko w Nowym Jorku. Ale to dowodzi, że jest grupa ludzi, którzy chcą znowu dobrze się bawić słuchając muzyki.

Przez długi czas ta muzyka była bardzo poważna, traktowała o rzeczach bardzo na serio. A od teraz widać, że powstaje trend dla artystów, którzy tworzą dobry nastrój. Jak na razie jestem jedyny, ale czuję dużą presję (śmiech).

INTERIA.PL

Reklama

Dowiedz się więcej na temat: piosenki | USA | raper | playboy

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje