Tymoteusz Hołysz, Interia Muzyka: "A Short History of Decay" ukazało się w lutym 2026 roku, więc minęło już kilka miesięcy. Jak dziś czujesz się z tą płytą i jej odbiorem przez fanów?
- Domenic "Nicky" Palermo, Nothing: Jest w porządku. Byliśmy naprawdę bardzo zajęci. Chyba nigdy wcześniej nie koncertowałem tak intensywnie z materiałem po premierze płyty, więc to jest trochę inne doświadczenie. Ale poza tym czuję się podobnie jak przy wszystkich wcześniejszych albumach. Robię to, co zawsze. W zasadzie wszystko wydaje się znajome.
W jednym z wywiadów wspominałeś o powieści "The Tunnel" Williama H. Gassa jako inspiracji dla tej płyty. W jaki sposób literatura przechodzi do twoich tekstów i procesu pisania?
- Chyba trochę tak, jak światło przedostające się przez szczelinę. To zawsze jest dla mnie bardzo ważne, żeby odpowiednio ustawić sobie głowę przed pracą nad płytą. W pewnym sensie muszę trochę się od siebie zdystansować. Kiedy piszemy materiał i zbliżamy się do wejścia do studia, zwykle mocno zanurzam się w kilku książkach i filmach, żeby się zainspirować. Wtedy akurat miałem pod ręką "The Tunnel". Podobieństwa między tym, co próbowałem zrobić z tamtą płytą, a tą książką, były w dziwny, niemal kosmiczny sposób bardzo wyraźne.
Mówiłeś też, że na tej płycie piszesz o rzeczach, których wcześniej właściwie nie poruszałeś. Które utwory były dla ciebie najtrudniejsze emocjonalnie?
- Myślę, że cała płyta ma taki podskórny ciężar. Ale "Never Come, Never Morning" było jednym z utworów, które mocno mnie poruszyły, gdy po raz pierwszy usłyszałem demo. Słyszałem siebie wypowiadającego te wszystkie rzeczy, a instrumenty w bardzo poruszający sposób temu towarzyszyły. Zwłaszcza kiedy dodaliśmy sekcję dętą. Czasem porusza mnie nasza własna muzyka. Może brzmi to trochę narcystycznie, ale nie chodzi o to. W pewnym momencie czujesz po prostu, że projekt jest kompletny, a przecież wiele składa się na osiągnięcie tego stanu. Kiedy pierwszy raz usłyszałem ten utwór, poczułem, że jesteśmy na właściwej drodze.
Sam miksu na "Never Come, Never Morning" znacząco różni się od tego, z czym zwykle kojarzy się Nothing. Jak doszedłeś do momentu, w którym pozwoliłeś wokalom wybrzmieć tak na pierwszym planie?
- Jeszcze przed wejściem do studia chciałem podejść do tej płyty trochę inaczej. Częściej niż nie, zdarzało mi się siedzieć z naszym albumem rok czy dwa po premierze, wracać do demówek i myśleć: "Te dema są naprawdę beznadziejne". Zwykle to po prostu notatka głosowa z gitarą akustyczną. Wracając do tych bardzo prostych, czasem wręcz fatalnie brzmiących demówek czułem, że w momencie, w którym trafiają do studia, gubią bardzo dużo duszy. Trochę tak, jakbyś brał utwór, który stworzyłeś i który jest naprawdę emocjonalny, a następnie wysyłał go do fabryki. Wychodzi stamtąd dopracowany i wypolerowany. Nie chcę umniejszać naszym wcześniejszym płytom - uwielbiam je - ale tym razem chciałem zachować ten pierwotny sposób odczuwania utworu. Pilnowałem tego świadomie podczas nagrań. Chciałem zostawić niedoskonałości i nie maskować wielu rzeczy. Taki był pomysł i z pewnością brzmi to inaczej.
W okresie premiery "The Great Dismal" zespół był bliski zakończenia działalności. Co sprawiło, że zmieniłeś zdanie? Jak dziś patrzysz na tę decyzję?
- Z perspektywy czasu nie sądzę, żebyśmy mieli naprawdę kończyć. Po prostu nie miałem wtedy żadnych planów na przyszłość. Przez bardzo długi czas izolowałem się z Nothing i przez to straciłem wiele lat zwykłego życia. Nothing od początku miało określony cel, miało być formą terapii. Po "The Great Dismal" doszedłem do momentu, w którym zacząłem pytać siebie samego, dlaczego dalej to robię. Chciałem, żeby pewne rzeczy po prostu do mnie przychodziły. Żeby tworzyć wtedy, kiedy życie samo przyniesie mi doświadczenia i pojawią się rzeczy, o których chcę napisać. Nie chciałem ruszać dalej, dopóki nie poczuję, że naprawdę muszę. W końcu nadszedł taki moment i z tej potrzeby narodziła się ta płyta. Myślę, że właśnie tak chcę działać teraz: jedną nogą być w życiu, a drugą w muzyce. Chociaż, jak mówiłem, od premiery tego albumu mamy za sobą rok bardzo intensywnego koncertowania.
No właśnie, widziałem was w czerwcu w Krakowie z Haywire, a we wrześniu wracacie już do Warszawy.
Czuliśmy, że Polska, podobnie jak wiele innych krajów, przez długi czas była przez nas pomijana. Jednym z moich głównych celów było więc wrócić do miejsc, w których dawno nas nie było. Właśnie skończyliśmy też trasę po Azji. Nie graliśmy tam od sześciu, prawie siedmiu lat. Dopóki mamy możliwość to robić, chcę dotrzeć do miejsc, w których ludzie chcą nas zobaczyć.
Czy album nagrany z Full of Hell wpłynął na sposób, w jaki pisaliście "A Short History of Decay"?
- Za każdym razem, kiedy wchodzę do studia, staram się być jak gąbka. Próbuję uczyć się z każdego doświadczenia. Praca z Full of Hell była wyjątkowa. Poszła o wiele łatwiej, niż się spodziewałem, bo nie jestem przyzwyczajony do współpracy w takim formacie. To superutalentowani goście i moi bardzo dobrzy przyjaciele. Praca z nimi była absolutną przyjemnością i uważam, że zrobiliśmy naprawdę świetną płytę. Czerpię coś z każdego miejsca, w którym jestem, i staram się później wykorzystać to w studiu.
Określiłeś też "A Short History of Decay" jako ostatni rozdział. Czy to oznacza koniec konkretnego okresu w historii Nothing, czy raczej bardziej osobiste domknięcie?
- To dla zespołu i całego projektu moment zatoczenia pełnego koła. Kiedy 12 lat temu robiliśmy "Guilty of Everything", chciałem zrzucić z siebie pewne rzeczy. Gdy skończyłem "A Short History of Decay", poczułem, że w końcu wyrzuciłem z siebie wszystko, co dotyczyło moich osobistych demonów i co wcześniej pozostawało nietknięte. To był dla tego projektu moment pełnego obrotu. Wiem, że ludzie przywiązują dużą wagę do tego, co mówię i interpretują to po swojemu. Nie mam żadnych planów, żeby zakończyć działalność Nothing. Nowy plan jest taki, żeby po prostu pisać wtedy, kiedy będzie to dla mnie miało sens.
Kiedy słuchacze skończą "A Short History of Decay", co chciałbyś, żeby w nich zostało? Konkretne uczucie, obraz, może pytanie o ich własne życie?
- Staram się nie myśleć o tym zbyt często, bo piszę te rzeczy dla siebie. To wciąż bardzo terapeutyczny projekt. Mam jednak nadzieję, że ludzie poczują szczerość i wrażliwość tej płyty, i że pomoże im to być bardziej sobą. Myślę, że to ważne w codziennym życiu, a nie tylko wtedy, kiedy tworzysz sztukę. Nie musisz trzymać się żadnego gotowego planu ani wyznaczonej drogi. Po prostu wyrażaj siebie i pozwól, żeby wydarzyło się to, co ma się wydarzyć. Od dawna próbuję właśnie tak żyć i czuję, że na tej płycie naprawdę mi się to udało. Jeśli ktoś wyniesie z niej jedną rzecz, chciałbym, żeby było to właśnie to: otwórz się na to, co robisz, nie bój się tego, kim jesteś ani tego, co zrobiłeś. Bądź szczery, nawet jeśli bywa to bolesne.












