Bartłomiej Warowny, Interia Muzyka: Pani Natalio, to wyjątkowy rok, rok okrągłych jubileuszy - trochę ich jest i bardzo dobrze, bo celebracja goni celebrację. A ja zastanawiam się, która rocznica jest pani ulubioną i najbardziej wyczekanie obchodzoną - czy może 30 lat od debiutu "Światłem", 40 lat od debiutu dziecięcego czy jednak wszystko schodzi się i kumuluje z pani marcowymi pięćdziesiątymi urodzinami?
Natalia Kukulska: - Nazwałabym to zdecydowanie "wielką kumulacją". Bałam się początkowo określenia "podsumowanie" - słowo "benefis" to już w ogóle brzmi dla mnie jakoś tak staroświecko i podsumowująco, bo cały czas jestem przecież aktywna i w bardzo produktywnym trybie, więc zastanawiałam się długo, czy to świętowanie ma sens. Wtedy moja menadżerka uświadomiła mi, że faktycznie te wszystkie okazje składają się w piękną całość, a ja jestem w całkiem niezłej formie, by to unieść. Pomyślałam, że to najlepszy moment na to, aby fanom okazać wdzięczność w taki sposób, jaki umiem najlepiej, czyli koncertowo i muzycznie. Nie byłabym sobą, gdybym nie postawiła na coś twórczego - chcę stworzyć retrospektywny spektakl, który sobie zadałam, nazywając go "Czy ona jest taka jak ja?". Zrobienie czegoś nowego w nawiązaniu do swoich wcześniejszych działań… Na koncertach będę wykonywała wiele utworów, których przez te lata w ogóle nie śpiewałam - to będzie dla mnie konfrontacja mnie z przeszłości, tych różnych wcieleń z tą teraźniejszą. Sama jestem ciekawa, ile we mnie dzisiaj jeszcze siedzi tej Natalii z wcześniejszych płyt, tamtych refleksji. To będzie muzyczna, ale i filozoficzna podróż.
Jestem dumna, że mam 50 lat. Żeby zmylić przeciwnika, w moim merchu koncertowym pojawia się jednak liczba "30", także podszywam się sprytnie pod trzydziestkę, bo to przecież 30 lat od debiutu moim "dorosłym" albumem - wszystko się zgadza.
Podrasowała pani "Dłoń", czyli utwór ze "Światła", i postanowiła trochę zmienić aranżację kompozycji swojego taty Jarosława Kukulskiego. Skąd ten pomysł?
- Właśnie w duchu tej konfrontacji. Chciałam to zrobić trochę z przekory, bo to utwór, którego nie śpiewałam w ogóle od 1996 roku. "Dłoń" była pierwszym singlem z płyty "Światło", chociaż nigdy nie pasowała do tego krążka - to piosenka monumentalna, a cały album przecież jest lżejszy, bardziej energetyczny. Pierwotna "Dłoń" miała swoją wagę, ciężkość, powagę interpretacji, była pompatyczna, jeśli chodzi o sposób śpiewania. Z czasem taki rodzaj utworów stał mi się obcy - przez długi czas nie odnajdywałam się w tym nurcie. Gdy nagrywałam moją drugą płytę solową "Puls" w 1997 roku, mój producent Wojtek Olszak powiedział: "Wiesz co, nie będziemy grać tej piosenki, ona nie pasuje do koncertu". Zgodziłam się na to i już nigdy nie miałam pretekstu, aby do niej wrócić. Pewnego dnia powiedziałam do producenta, z którym współpracuję już od lat: "Archie, jeśli odczarowałbyś mi 'Dłoń', to byłby to cud". I zawziął się! Oczywiście po drodze mieliśmy różne przemyślenia, nawet w pewnym momencie chciałam się poddać, ale udało się. Archie Shevsky przytulił tę piosenkę i wszedł w nią całym sercem, znalazł doskonały pomysł na ten utwór. Zakochałam się w tej głębi, bo oddaje szacunek do starej wersji, a jednocześnie ma w sobie powiew świeżości. Cieszę się, że to zrobiliśmy. Ta konfrontacja spotkała się z ciepłym odbiorem, co bardzo mnie ucieszyło.
Młode wokalistki bardzo często biorą sobie "Dłoń" na warsztat i śpiewają ją na wielu konkursach, przeglądach, wydarzeniach, na koncertach. Pamiętam, że Ela Zapendowska powiedziała mi kiedyś: "Boże, co druga dziewczyna przychodzi i śpiewa tą twoją 'Dłoń', już mam dosyć tej piosenki, wszędzie ta niewidzialna dłoń". Myślę, że piosenka przetrwała dzięki wymagającej interpretacji, bo przecież można w niej pokazać dużą skalę swojego głosu i jest bardzo emocjonalna, wzruszająca.
Gdyby miała pani okazję dzisiaj chwycić za ramię tę Natalię sprzed 30 lat i szepnąć jej coś do ucha, co by to było? Jakaś rada, przestroga, a może raczej jakieś słowo otuchy?
- Myślę, że droga, którą przeszłam, była jak najbardziej właściwą drogą. Gdybym jednak spotkała tamtą Natalię, która była rozedrgana, przejmowała się wszystkim, powiedziałabym jej: "Dziewczynko, wyluzuj trochę. To, czym się tak bardzo przejmujesz, nie ma wielkiego znaczenia". Z drugiej strony cieszę się, że wybrałam taką drogę, bo wszystkie wątpliwości i trudności powodowały, że nauczyłam się wielu mechanizmów. Czasem zdobywałam doświadczenie w trudny sposób, ale z drugiej strony wyrobiło to we mnie poczucie większej pewności w odczuwaniu swojej wartości. Nie zmieniłabym chyba nic. Jedyne, co bym jej powiedziała: "W przyszłości, gdy na to wszystko spojrzysz, zrozumiesz, że takie przejmowanie się tym, co kto myśli i jak skomentuje, jedynie osłabia i nie musisz zadowalać każdego".
Mam wrażenie, że dzisiaj zbieram plony tego, co się wydarzyło, a jednocześnie cały czas sieję i produkuję, tworzę nowe. Jestem w totalnej pełni, więc to idealny moment na taką trasę. Mam sporo sił witalnych, mogę jeszcze dać wiele. Jestem bardzo wdzięczna. Pasja zawsze mnie prowadziła, oczywiście z pomocą ambicji i pracy, i przede wszystkim odważnych marzeń.
Kiedy pierwszy raz pani poczuła, że liczy się na polskiej scenie, że to, co tworzy, rezonuje na co dzień z milionami?
- Tak się szczęśliwie złożyło, że mój drugi singiel, czyli "Piosenka Światłoczuła", stał się wielkim przebojem. Była wszędzie w eterze, wchodziłam do sklepu i za każdym razem słyszałam samą siebie w radiu, wchodziłam do samochodu - leciała "Światłoczuła". Wtedy pomyślałam sobie: "Okej, to chyba ten moment, teraz już ktoś może się dowiedzieć o moim istnieniu". Później zbudowała się moja własna społeczność fanowska. Gdy czułam, przy płycie "Puls", że mam za sobą wiernych fanów, którzy nawet się na mnie charakteryzowali, niesamowicie przeżywałam ten szał. Czułam, że ludzie przychodzą dla mnie, nie dlatego, że jestem córką Anny Jantar, tylko po prostu znają moje teksty, identyfikują się ze mną, na scenę rzucają pluszowe miśki. To były osoby nawet ode mnie młodsze - niekiedy nawet nie kojarzyły, że moją mamą była słynna piosenkarka. Dopiero ich rodzice ten fakt im często uświadamiali. Czułam się jednym z głosów nowego pokolenia.
Już niedługo trasa "Czy ona jest taka jak ja?". Czego mogą się spodziewać fani? Czy to będzie podróż przez wszystkie muzyczne ery? Czy może skupi się pani na oddaniu jakiejś konkretnej atmosfery, konkretnego uczucia?
- Nie chcę dokładnie zdradzać, jak będą wyglądały koncerty, ale szykuję podróż totalną. Chcę przejść przekrojowo po całym moim repertuarze, pojawią się nawet moje piosenki dziecięce. Mam na to pewien pomysł - naprawdę chcę je zaśpiewać z całego serca, nie zamierzam potraktować ich prześmiewczo. Dotknę muzycznie każdego albumu, z każdej płyty pojawią się utwory, czasem połączone w medleye, by koncert nie trwał zbyt długo. Będą też piosenki z filmów, takie jak "Ani słowa", "Zakochani" czy "Wierność jest nudna". Pojawią się nawet utwory z albumu "Czułe struny" - czyli interpretacje Fryderyka Chopina. To na pewno nie będzie krótki koncert, ale staramy się wraz z moją całą przewspaniałą ekipą, by był ciekawy, zaskakujący i porywający.
Zastanawiam się, w jaki sposób zmontować setlistę takiego show, gdy w dorobku ma się naście płyt... To musi być wyzwanie!
- Bardzo trafna refleksja, też mam z tym problem! Nasza rozmowa trafiła na świetny dzień, bo dosłownie dzisiaj rano w końcu zacieśniłam setlistę. Jestem na łączach z kolegami, z którymi tworzę medleye, aranżacje, z którymi zastanawiam się, jak to zrobić. Wszystko zaczyna się klarować i przybierać kształtów! Na scenie, oprócz moich fantastycznych muzyków, będzie ze mną Atom String Quartet, czyli wspaniały kwartet smyczkowy - improwizujący, cudowny. Już od kilkunastu lat współpracujemy i za każdym razem jestem oczarowana i zainspirowana ich grą. Dzięki takiej możliwości pojawił się nowy kolor i objawiła się szansa na to, aby znane piosenki wybrzmiały tym razem inaczej. Będą multimedia, wiele materiałów archiwalnych - będą smaczki zakulisowe, wpadki, śmieszne backstage'owe sytuacje, które opowiadają z dystansem i humorem, jak ta moja droga zawodowa wyglądała.
A jaką radę dałaby pani dzisiejszym debiutantom, którzy dopiero sprawdzają, z czym się je ten nasz polski rynek muzyczny? Co zrobić, żeby za 30 lat mogli świętować tak piękne jubileusze, jak teraz robi to pani?
- Nie umiem być "ciotką dobrą radą", bo każdy ma inną drogę, ale myślę, że trzeba po prostu być ciekawym siebie i świata. Trzeba ciągle sprawdzać różne ścieżki, sprawdzać samego siebie, obserwować, w czym czujemy się najlepiej. Na pewno wiem, że rutyna i kalkulacja zabijają. To największy wróg w naszym artystycznym świecie. Stawianie sobie nowych wyzwań, przełamywanie swojego myślenia, wychodzenie poza własne ramy i możliwości to największy bodziec do rozwoju. Wiele razy myślałam: "To jest nie do zrobienia, nie dam rady!", a potem za każdym razem okazywało się, że nie taki diabeł straszny. Teraz też nie boję się tej trasy, choć jest nie lada wyzwaniem. Po prostu się na nią cieszę i serdecznie zapraszam już jesienią do pięknych sal w całej Polsce!












