Wkrótce wyruszasz w swoją pierwszą solową trasę po Europie. Jak się z tym czujesz? Stresujesz się?
- Jestem bardzo podekscytowany, bardzo przerażony i mocno zestresowany. Ale od tak dawna chciałem wreszcie zagrać solowo w Europie. Więc tak, przede wszystkim ogromnie się cieszę.
To będzie w zasadzie moja trzecia okazja do zobaczenia cię na żywo. Widziałem już jak grałeś przed Limp Bizkit i jako support Ho99o9.
No co ty! To moi kumple, uwielbiam ich. Limp Bizkit byli pierwszymi, którzy zabrali mnie w dużą trasę. A Ho99o9 próbowali mnie ściągnąć do siebie od lat, ale długo nie miałem nawet paszportu. Kiedy w końcu pojechałem z nimi w trasę, byłem przeszczęśliwy, bo to z nimi chciałem jechać w pierwszej kolejności.
Masz jakieś szczególne wspomnienia z tych pierwszych koncertów w Polsce?
Te występy z Limp Bizkit na wielkich arenach były po prostu niesamowite. Kompletne szaleństwo. Pamiętam, jak Fred wyciągnął mnie na scenę i powiedział: "Stary, wierzysz, że tu w ogóle jesteś?". Fred był dla mnie niesamowicie dobry. Zabrał mnie i moją dziewczynę do swojego autokaru, i tak właśnie przejechaliśmy całą tę trasę. Więc cały ten wyjazd i przebywanie z Limp Bizkit w ich busie... to było absolutnie szalone doświadczenie.
A teraz będziesz miał całą scenę tylko dla siebie. Masz na tę okazję przygotowane coś specjalnego?
To będzie coś zupełnie innego niż koncerty z Limp Bizkit, dlatego tak bardzo się boję! Kiedy gram jako support, wybieram swoje najmocniejsze hity albo ten bardziej synth-punkowy materiał. A teraz, skoro to moje własne koncerty, zagram wszystko - od ciężkich, bardzo agresywnych, wręcz techno brzmień, po ciche i wolne piosenki. Będę to mocno mieszał i zagram rzeczy, których w życiu nie zagrałbym przed Limp Bizkit.
Twój ostatni album poszedł w znacznie łagodniejszym kierunku. Wydałeś dopiero co singiel "Paranoid" i w drodze jest nowa płyta. W jaką stronę to wszystko zmierza?
Będzie zdecydowanie mocniej. Nie ma na niej może dużo brutalnego wrzasku - chociaż trochę go jest - ale zdecydowanie wracam do moich synth-punkowych korzeni. Uwielbiam tworzyć przeróżne rzeczy, ale widziałem niektórych moich fanów, którzy mówili: "N8NOFACE się skończył, to nowsze jest beznadziejne". Pomyślałem sobie: "O nie, teraz będzie naprawdę ostro. Pora dać wam w zęby". Znowu jestem gotowy, żeby krzyczeć.
Naprawdę dostawałeś komentarze w stylu: "N8NOFACE się skończył, bo robi łagodniejszą muzykę"?
Tylko od ludzi, którzy tak naprawdę mnie nie znają. Jeśli cofniesz się do moich pierwszych nagrań, zobaczysz, że od zawsze robiłem lżejsze numery. Po prostu, przynajmniej na scenie w LA, stałem się znany i popularny głównie dzięki punkowym kawałkom. I przez to większość ludzi kojarzyła mnie tylko z tym agresywnym brzmieniem. Ale ja całe życie robię przeróżne rzeczy. Nigdy się tym nie przejmowałem, nie wierzę w gatunki muzyczne. Choć z drugiej strony, faktycznie o wiele lepiej bawię się, grając ostro. Dlatego na nowym albumie wracamy do czystego synth punku.
A tematycznie? Czy to nadal bardzo osobiste teksty? Jakie są główne motywy na nowej płycie?
Powiedziałbym, że jest tam wszystkiego po trochu. Opowiadam głównie o tym, jak radzę sobie z... może nie tym, że jestem sławny, ale faktycznie znalazłem się trochę bardziej w świetle reflektorów. A przecież nadal żyję tak samo. Jeżdżę komunikacją miejską, kręcę się po ulicach. Ludzie myślą sobie: "O, Travis Barker to twój kumpel, pojechałeś w trasę z Limp Bizkit, na pewno jesteś bogaty i sławny". A ja odpowiadam: "Stary, wciąż wracam do domu tymi samymi pociągami". Piszę o takich właśnie sytuacjach. Zawsze są to rzeczy osobiste, opieram się wyłącznie na własnych doświadczeniach.
Ale tak naprawdę najważniejsza na tym albumie będzie produkcja. Wyprodukował to Dave Sitek z TV on the Radio. Pracował wcześniej z Ho99o9, i to właśnie dzięki nim się poznaliśmy. Użyliśmy masy oldschoolowych syntezatorów. To naprawdę potężne, wgniatające w parkiet synthowe brzmienie.
Jakiś czas temu napisałeś na Instagramie: "Wolałbym, żeby 100 osób przyszło na mój koncert, niż mieć milion słuchaczy w serwisach streamingowych". Jak się czujesz z tym, że dzisiaj prawie każdy aspekt bycia artystą zmierza w stronę cyfrowej promocji i tworzenia wyłącznie w internecie?
To strasznie dziwne. Oczywiście zawsze byłem za internet ogromnie wdzięczny, bo prywatnie jestem trochę dziwakiem i niezbyt często wychodzę z domu. Trzymam się na uboczu, a sieć dała mi głos i pozwoliła publikować muzykę. Ale patrząc, jak mijają lata... wszędzie pojawiają się boty. Znam artystów, którzy mają miliony obserwujących na Spotify, a i tak musieli odwołać trasy koncertowe, bo nie byli w stanie sprzedać biletów na występy. Liczby w sieci nie mają już dla mnie żadnego znaczenia. Różni fani inaczej odbierają muzykę i absolutnie nie mam o to do nikogo pretensji. Niektórzy chcą cię słuchać wyłącznie na Spotify i nie zależy im na koncertach. Ja ogromnie cieszę się z tego, że choć może nie wykręcam największych liczb na Spotify, to fizyczny nakład każdej mojej płyty, którą wypuszczam, wyprzedaje się co do sztuki. Mam publiczność, która realnie mnie wspiera. Dlatego mam taką love-hate relację z cyfrowym światem i internetem. Potrzebuję tego, ale jednocześnie uwielbiam kasety, winyle i fizyczne obcowanie ze sztuką. Chcę, żeby te światy istniały równolegle.
Branża muzyczna boryka się też z nowymi zagrożeniami ze strony sztucznej inteligencji. To chyba wydaje się dość niepokojące?
Zdecydowanie. Rany, ludzie mają teraz wirtualnych artystów generowanych przez AI! Produkują sztucznych wykonawców. Pewnie znów wyjdę na dziwaka, ale ja powtarzam jedno: to nie wina narzędzia. Etyka nie tkwi w narzędziu, tkwi w intencjach osoby, która go używa. Fuzja jądrowa może dać nam darmową, czystą energię, ale może też zbudować bombę atomową. Wybór należy do ciebie. Jeśli używasz sztucznej inteligencji tylko po to, żeby kogoś udawać, to nawet nie chcę mieć z tobą do czynienia. Z drugiej strony wiem, że wielu uznanych producentów używa AI, żeby generować pojedyncze, dziwne dźwięki i to jest dla mnie w porządku. Ja sam jednak jestem facetem, który lubi ubrudzić sobie ręce. Muszę kręcić pokrętłami i bawić się prawdziwymi maszynami. Jeśli nie mam z tego frajdy, to po co w ogóle to robić? Zwykłe wpisywanie komend w oprogramowanie nie jest dla mnie żadną zabawą.
I takie podejście należy cenić! Nie tak dawno udzieliłeś wywiadu magazynowi "Thrasher". Jako człowiek od lat związany z deskorolką, muszę o to zapytać: jak do tego doszło? I czy sam wciąż jeździsz na desce?
Nie, sam już nie jeżdżę. Mam w pokoju kilka starych blatów, a wielu moich kumpli wciąż aktywnie śmiga. Dla mnie deskorolka to był głównie środek transportu przez podstawówkę i gimnazjum. Trzymałem się z tym towarzystwem i po cichu zawsze marzyłem o tym, żeby moja muzyka trafiała kiedyś do editów deskorolkowych. Po prostu uwielbiałem ten świat. A jeśli chodzi o ten wywiad - dziennikarz z ich działu muzycznego okazał się być moim fanem. Napisał do mnie: "Hej, piszę dla Thrashera, bardzo lubię twoją muzykę". Spotkaliśmy się w Nowym Jorku. Organizowaliśmy wtedy w różnych miejscach dzikie, nielegalne imprezy DIY i on przyszedł na jedną z nich. Powiedział: "Chcę o tobie napisać". Byłem wniebowzięty, kultura skate jest mi bliska i szanuję to środowisko, a "Thrasher" to dla nich przecież biblia! Zgodziłem się bez wahania. To był dla mnie ogromny zaszczyt.
Jak kultura skaterska wpłynęła na to, jak dzisiaj grasz?
Zawsze trzymałem się z tym środowiskiem. Tam, skąd pochodzę, działała grupa o nazwie Dream Destroyers. Jeździli tylko w pustych basenach i naprawdę wzbudzali strach, to byli bardzo bezwzględni goście. Ja po prostu lubiłem z nimi przebywać. Byłem tym kumplem, który siedział na krawężniku z piwem w ręku i obserwował, jak pozostali katują sztuczki. Więc chłonąłem też muzykę, którą oni żyli. W dawnych czasach środowisko skate było mocno związane z punkiem, słuchali samej muzyki punkowej. Później stopniowo zaczął wchodzić do tego hip-hop. Ta ewolucja w gustach deskorolkowców perfekcyjnie pokrywa się z moim życiem. Kocham tę subkulturę.
Podczas występu przed Ho99o9 powiedziałeś ze sceny zdanie, które mocno zapadło mi w pamięć: "Jestem 50-letnim nieudacznikiem, ale kocham to". Skąd w ogóle taka myśl? Patrząc na to, jakie numery teraz wypuszczasz i jak radzisz sobie w branży, w ogóle nie sprawiasz wrażenia nieudacznika.
Być może źle się wyraziłem. Chodziło mi raczej o całą moją drogę przed tym miejscem, w którym jestem teraz. Tworzę muzykę przez całe życie. W tej branży możesz mieć 50 lat i dalej nagrywać, jeśli osiągnąłeś sukces dużo wcześniej. Kiedy byłeś na szczycie jako dwudziestolatek, a dziś jesteś Trentem Reznorem, to kontynuowanie kariery jest czymś naturalnym. Ale ja wchodzę do tej gry od zera, jak absolutny debiutant. Dopiero teraz udaje mi się podpisać znośny kontrakt, dopiero teraz gram koncerty w Europie. I to wszystko w wieku 50 lat! Kiedyś byłem strasznym wrakiem, przez długi czas walczyłem z ciężkimi uzależnieniami. Teraz, gdy w końcu zaczynam wszystko z czystą kartą, jestem niesamowicie wdzięczny za to, że nikt nie ocenia mojego debiutu z perspektywy mojego wieku. Niektórzy młodsi słuchacze nazywają mnie w komentarzach "dziadkiem" albo "wujkiem". I wiesz co? Ja to uwielbiam! Zupełnie mi to nie przeszkadza.
Jesteś tym fajnym wujkiem w muzycznej branży.
Tak, dokładnie tak!
I to jest wspaniałe. Wspomniałeś, że przeszedłeś przez bardzo mroczny czas i walczyłeś z nałogiem. Jaką radę dałbyś dzisiaj młodszemu sobie, albo komuś, kto obecnie boryka się z podobnym problemem?
Zwróćcie się po pomoc. Jeśli nie chcecie już dłużej tego życia, wyrwijcie się z tego i poproście o wsparcie. Wszyscy dorastamy z przekonaniem, że nasze ulubione gwiazdy rocka muszą być twardzielami z uzależnieniami. Przyszedł w moim życiu taki moment, że naprawdę bałem się odstawić używki. Myślałem: "Jeśli to rzucę, nie będę już mroczny, moja muzyka przestanie być fajna, stracę ten ból, który tworzy autentyczną sztukę". Dzisiaj wiem, że to wcale nie jest prawdą. Jeśli chcę napisać smutną albo wściekłą piosenkę, nie muszę niszczyć sobie organizmu. Moi idole tworzyli pod wpływem cierpienia i udręki, a ja to strasznie romantyzowałem. Dziś wiem, że będąc trzeźwym, potrafię znacznie szybciej złapać potrzebną emocję i dużo lepiej opowiedzieć swoją historię.











