Tymoteusz Hołysz, Interia Muzyka: Rampen powstało z improwizowanych fragmentów koncertów, które nazywacie "rampami". Jak rozpoznajecie na scenie, że coś jest już gotowe, aby stać się pełnoprawnym utworem?
N.U. Unruh, Einstürzende Neubauten: To szczególny rodzaj improwizacji, który rozwijaliśmy podczas trasy w 2022 roku. Na każdym koncercie mieliśmy w secie jedną improwizację, zwykle gdzieś bliżej końca. Pojawia się jakiś muzyczny pomysł, ktoś zaczyna grać na innym instrumencie, Blixa dodaje do tego specjalny tekst. Tak zaczyna się improwizacja. Zwykle po prostu odtwarzamy w secie utwory, które powstały wcześniej, a "rampy" są sposobem, w jaki rozwijamy nowe produkcje. Mamy ustalony set, jak dzisiaj: "Ist Ist", "Ten Grand Goldie" i tak dalej. A między nimi pojawia się jedna "rampa". Dzisiaj nie mogliśmy jej zagrać, bo Blixa chyba za dużo mówił. Ale to też jest bardzo ważne. Opowiadał między innymi o wychowywaniu swojego dziecka, które przyszło na świat jako córka, a teraz jest jego synem.
To była bardzo poruszająca przemowa.
- Tak, oczywiście. Przejście tranzycji i wszystko, co się z tym wiąże. W Niemczech można zmienić imię w paszporcie i w dokumentach, więc ludzie z tego korzystają. To ważna sprawa. Ważne były też utwory "Trilobiten" i "Gesundbrunnen". Na pewno słyszałeś te fragmenty "ole, ole" i tak dalej. One również dotyczą tego tematu: zmiany płci i kwestii z tym związanych. To wielka rzecz dla wolności, dlatego Blixa o tym mówi i śpiewa. Chodzi o jego własne dziecko, które właśnie kończy 18 lat.
W Polsce przez długi czas obowiązywały w tym zakresie bardzo trudne przepisy. Żeby dokonać takiej korekcji, trzeba było w sądzie pozwać własnych rodziców.
- Kościół katolicki odgrywa tu chyba zbyt dużą rolę...
Odejście Alexandra Hacke po tylu latach musiało być dla zespołu punktem zwrotnym.
- Alexander mówił, że Einstürzende Neubauten było dla niego rodziną. Był z nami właściwie od zawsze. Jeździł z nami do Ameryki i Japonii, brał udział w wielu produkcjach. Początkowo nie był stale na scenie, ale później coraz bardziej stawał się potrzebny także w procesie twórczym. Był bardzo ważną postacią w zespole. Nagle jednak przestał. Opublikował tekst, w którym napisał, że Neubauten było jego rodziną, a odejście było krokiem, którego nigdy nie myślał, że będzie musiał wykonać. Mówił o przyjaciołach, rodzinie i tak dalej, ale uznał, że musi pozostać na swojej drodze. Skupił się na swoim zespole Hackedepicciotto i od tamtej pory już go nie widzieliśmy.
Jak odejście Alexandra wpłynęło na dynamikę i brzmienie zespołu?
- Właściwie dopiero co zaczęliśmy ten nowy etap z basistką Josefine Lukschy. Jak dotąd jesteśmy bardzo, bardzo zadowoleni. Śpiewa, gra na basie, gitarze i instrumentach klawiszowych. To niezwykle przydatna osoba jako muzyk. Nie znamy jeszcze wszystkich jej możliwości, bo to wciąż bardzo nowa sytuacja - dopiero co zaczęliśmy wspólnie działać. Ale to szczęśliwy zbieg okoliczności, że do tego doszło. Zobaczymy, jak rozwinie się to dalej.
Mam wrażenie, że jej wokal wnosi do zespołu sporo świeżości.
- Tak, jest inaczej. Nie powiedziałbym, że lepiej albo gorzej, bo nie mnie to oceniać - to raczej pytanie do Blixy, ale dobrze się dogadujemy. Nie mamy o niej nic złego do powiedzenia. Podejmuje wszystkie wyzwania. Śpiewa nawet "Stella Maris", który chcieliśmy zagrać na końcu. Mamy pewne nadzieje, ale nie chcemy za dużo zakładać. Na ten moment po prostu idziemy dalej.
Blixa śpiewa w "Wie lange noch?", że wszystko zostało już napisane i powiedziane. To dość mroczne stwierdzenie.
- Nie, nie, nie. Zawsze pojawia się coś nowego. Czasami Blixa jest po prostu w złym nastroju. Zawsze istnieją nowe sposoby rozwijania muzyki. W przyszłym roku będziemy robić muzykę do filmu. To będzie wyzwanie. Nie wiem jeszcze zbyt wiele na ten temat, ale jest zainteresowanie i myślę, że może z tego coś wyjść. Josefine również będzie w to zaangażowana.
Jak zespół z taką historią i tak ogromnym wpływem na muzykę wciąż znajduje nowe twórcze drogi?
- Znajduję nowe dźwięki, buduję nowe instrumenty, używam innych materiałów. Wciąż zostało jeszcze kilka rzeczy do odkrycia w ramach tych poszukiwań. Nowe instrumenty tworzą nową muzykę, a ta tworzy nowe utwory. To wszystko.
Który z instrumentów, stworzonych przez ciebie, jest twoim ulubionym?
- Muszę przyznać, że przede wszystkim sprężyna basowa. To naprawdę świetna rzecz. Chodzi o metalową sprężynę, podobną do takich używanych w sprzęcie gimnastycznym. Trudno ją odpowiednio rozciągnąć, bo jest bardzo mocna, ale wydaje niezwykle ciekawy, basowy dźwięk. Miałem ją już jako piętnasto- albo szesnastolatek. Wtedy była bardziej bronią niż instrumentem. Później odkryłem, że kiedy ją rozciągam, wydobywa się z niej bardzo niski, basowy dźwięk.
Potem pojawił się pomysł wykorzystania przetworników - specjalnych ceramicznych elementów, które pozwalają wzmacniać drgania. Nie wystarczy po prostu przyłożyć mikrofonu, to zupełnie inna zasada działania. Tak zaczęła się historia sprężyny basowej, już od pierwszych koncertów. Kilka razy pękała, kupowaliśmy więc nowe. Używamy też mnóstwa metalu i materiałów z placów budowy. W teledyskach korzystaliśmy z pił łańcuchowych, tarcz do cięcia metalu i całej tej surowej, brutalnej materii.
Wcześniej podpalaliśmy też sceny, ale już tego nie robimy, bo ludzie zaczęli tego od nas oczekiwać, a wtedy staje się to nudne. Poza tym ochrona natychmiast reaguje. W Nowym Jorku byli przy nas dwaj strażacy z gaśnicami i w momencie, gdy próbujesz coś zrobić, od razu to widzą. To robi się nudne. Czasem nam się udawało, ale to była gra w chowanego. Zresztą podpalanie sceny było również muzycznym i politycznym gestem. Czy macie tu squaty?
Jest trochę takich miejsc, a nawet przestrzeni tego typu organizujących koncerty.
Ludzie, którzy mieszkają w takich miejscach, chcą w nich pozostać, więc potrzebują politycznej siły. W Berlinie było kiedyś około 250 takich budynków. Ludzie chcieli mówić o tym, czego potrzebują i czego chcą. Wtedy to było bardzo ważne. Teraz Berlin zupełnie się zmienił. Nie ma już prawie squatów ani tej energii. Myślę jednak, że tutaj macie dobre możliwości.
Po ponad 40 latach działalności jak zmieniało się znaczenie nazwy Einstürzende Neubauten? Co znaczy ona dla ciebie dzisiaj?
- "Walące się nowe budynki" to raczej określenie pewnych zasad i konstrukcji niż prawdziwych budynków, które się zawalają. Historia tej nazwy sięga czasów szkolnych. Na lekcji geografii omawialiśmy Turcję i trzęsienia ziemi. Nauczyciel tłumaczył, że stosuje się tam czasem tani beton i zły piasek, przez co budynki łatwo się rozpadają podczas wstrząsów. Nauczyciel powiedział wtedy, że budynki się nie utrzymują, tylko się zawalają. Jeden z uczniów rzucił "Einstürzende Neubauten?!" jako żart. To był oczywiście niebezpieczny temat, bo ludzie giną, ale Blixa zapamiętał to określenie. Nie chodziło nigdy dosłownie o walące się budynki. To była raczej idea. Rzeczy się zużywają - jako słowa, określenia i struktury, którymi opisujemy świat. To rodzaj entropii: w przestrzeni, w układach słonecznych, w ruchu planet. Rzeczy przychodzą i odchodzą. To sposób opisania tego procesu.
Gracie na wielu eksperymentalnych festiwalach i w nieoczywistych miejscach. Jak dzisiejszy festiwal wpisuje się w te doświadczenia?
- W gruncie rzeczy wszędzie jest podobnie. Dostajesz swój slot, swoje 60 minut sławy i próbujesz wykorzystać je najlepiej, jak potrafisz. Nie mogę jeszcze w pełni ocenić tego festiwalu, ale na pewno chciałbym tu wrócić. Atmosfera była bardzo dobra. Ludzie byli zainteresowani, milczeli wtedy, kiedy powinni milczeć, i nie krzyczeli między utworami. To bardzo pozytywne.
A czym solowo zajmują się teraz muzycy Neubauten?
Blixa nagrał kilka utworów, kilka coverów Davida Bowiego. Ja z kolei pracuję nad dużymi spotkaniami perkusyjnymi, które mają określone zasady. Jest muzyka, ludzie dostają pałki i wszyscy wspólnie grają. Mam ponad 400 bębnów.
Ponad 400?
- Dokładnie 450, jeśli mam być precyzyjny.
To musi brzmieć niesamowicie.
Tak. Nie można już nawet nazwać tego warsztatami, to po prostu się wydarza. Robię to w Poczdamie. Może w przyszłym roku dałoby się zrobić coś podobnego w Polsce - nie jest przecież tak daleko od Berlina.











