Weronika Figiel, Interia Muzyka: Już od pewnego czasu zapowiadacie swój drugi studyjny album. Najpierw daliście przedsmak singlem "Może ty też", później była "Róża" i "Tracę czas", a teraz "Nie muszę mieć nic". Której z piosenek byliście najbardziej pewni?
Karolina Prasał, Mlecze: Nie mogliśmy doczekać się premiery "Może ty też". To było fajne doświadczenie, bo był to jedyny singiel, przy którego produkcji pomagał nam Kuba Kutera. Byliśmy ciekawi tego eksperymentu - zaangażowania kolejnej osoby. Wyszło bardzo fajnie i chyba dlatego nie mogliśmy się doczekać, więc singiel wypuściliśmy jako pierwszy.
Michał Terlecki, Mlecze: Zawsze nagrywaliśmy dużo na komputerze, a jednak jak się wejdzie do studia z producentem, to trochę inaczej się pracuje. Byliśmy bardzo zadowoleni z efektów.
KP: Kuba się poświęca, ma ogromną wiedzę i wkłada mnóstwo serca w to wszystko, także czuliśmy, że jesteśmy w dobrych rękach i że możemy mu zaufać.
Jesteście świeżo po wydaniu ostatniego z singli - "Nie muszę mieć nic". Jaka historia kryje się za tą piosenką?
KP: "Nie muszę mieć nic" to był taki utwór, który - mam wrażenie - powstał jeszcze "na haju" po pierwszym albumie - miał być pewnego rodzaju przedłużeniem "Marudy". Dlatego też jest najbardziej w tamtym klimacie i jest jedną z najstarszych piosenek na naszym albumie. Jeśli chodzi o tekst - był to komentarz, a raczej ironizacja ślepego zakochania, poprzez obserwację i zabawę słowem.
Mimo wypuszczonych wcześniej singli, fani mogą liczyć na niespodzianki? Czy raczej na to, co znane?
MT: Niespodzianki na pewno będą, bo nie powiedziałbym, że te single są na maksa reprezentatywne dla albumu. Myślę, że zrobiliśmy to w ten sposób, żeby słuchacz dostał coś nowego, gdy posłucha sobie płyty. Najlepiej jest, gdy single trochę różnią się od reszty. Przynajmniej ja, gdy śledzę, jak ktoś wydaje muzykę, to wolę po singlach mieć coś nowego - tak samo do tego podeszliśmy. Są więc takie piosenki, jak "Aero" albo "Zły Świat", które się mocno różnią od reszty.
KP: Myślę, że na albumie jest jeszcze jakieś brzmienie czy klimat, którego nie było w singlach, ale też wybierając te single chcieliśmy jednak dać przedsmak tego, czego można się spodziewać. Będzie tam trochę klimatu mrocznego jak "Tracę czas", ale też znajdzie się coś bardziej delikatnego - w klimacie "Róży" czy "Nie muszę mieć nic". Chcieliśmy dawać "hinty" tymi singlami, ale wiadomo, że jeszcze jest dużo do usłyszenia. Ciężko jest streścić 12 utworów w czterech trzyminutowych propozycjach.
MT: Ja zawsze sobie dzielę w głowie ten album na dwie części. Jest ta część bardziej zbliżona do "Marudy" - brzmieniowo i kompozycyjnie - ale jest też ta druga część - lata 2000., indie-pop, indie-rock.
Waszą muzykę często podpisuje się pod letni chill, chociaż nie brakuje tam trudnych emocji. Sami najchętniej słuchalibyście jej w jakich okolicznościach?
KP: Wydaje mi się, że pierwszy album był bardziej do wiosennego chillu, a ten drugi - bo istotny będzie na nim motyw wody - jest dla mnie zatopieniem się w letniej wodzie, przygłuszeniem i kontemplowaniem. Pisząc go byłam na takim etapie życia, w którym musiałam zanurzyć się w to tworzenie i trochę odciąć. Pisałam to w pewnej izolacji, w samotności. Z mojej perspektywy właśnie takie emocje tam dostarczam, bo taka byłam wtedy i takie uczucia można na płycie znaleźć.
MT: Jak pierwszy album kojarzył mi się z południem, tak drugi chyba bardziej z godziną przed zmierzchem. W takich okolicznościach bym go słuchał.
Nie tak dawno do waszego składu dołączył nowy muzyk - Seweryn. Jak do tego doszło?
KP: To jest śmieszna historia. Dwóch naszych kumpli - Marcin Poklewski-Koziełł, który gra z nami na perkusji, oraz David z projektu mop - zrozganizowało wyjazd na Łotwę, żeby zamknąć się w domku i pisać muzykę. Mijały kolejne dni, Seweryn pewnego razu przyszedł do nas po śniadaniu i powiedział: "Ej, słuchajcie, miałem sen, że gram z wami w zespole i jest fajnie". Akurat w tym momencie wydarzyło się tak, że Natasza, która grała z nami wcześniej, musiała się przeprowadzić i nie była w stanie pogodzić bycia w zespole ze wszystkimi życiowymi obowiązkami. Także Seweryn do nas dołączył - przez sen (śmiech).
Chociaż było to dość spontanicznie - planujecie w przyszłości jeszcze powiększać skład zespołu Mlecze?
MT: Na nowym albumie jest dużo smyczków, więc jakby kiedyś budżet nam pozwolił, to chętnie zagralibyśmy z orkiestrą. Smyczki to byłby super dodatek!
W związku z tym, że szykujecie się do wydania drugiego albumu - czujecie tę słynną "klątwę drugiej płyty"? Presję, żeby dorównać pierwszemu wydawnictwu?
KP: Ja na początku pisania tej płyty czułam coś takiego, że tyle ludzi posłuchało "Marudy", tyle zauważyło naszą muzykę, więc teraz muszę ważyć słowa, które piszę. Z drugiej strony można to przeformułować tak, że dostałam pewne zaufanie i mogę czuć się pewniejsza z tym, co mówię, więc ostatecznie starałam się w ten sposób do tego podchodzić. Jeżeli chodzi o "klątwę drugiej płyty", to uważam, że ten album jest lepszy od "Marudy", więc się nie obawiam...
MT: Ja wierzę w "klątwę drugiej płyty", bo bardzo dużo słuchałem kiedyś Midwest emo. Ci, co siedzą w zespołach emo, wiedzą, że oni się rozpadają po drugiej płycie (śmiech).
Jak tworzyło wam się ten krążek w porównaniu z poprzednim? Były nowe wyzwania czy raczej więcej pewności i doświadczenia?
KP: W sumie czułam większe doświadczenie i czułam się pewniej. Już się znaliśmy, wiedzieliśmy jaki schemat pracy nam odpowiada i bardzo sprawnie to poszło.
MT: Zawsze, jak rozmawialiśmy o tym, to dziwiliśmy się, że za łatwo się nam piszę tę muzykę - coś jest nie tak.
Już kilkukrotnie spotkałam się ze stwierdzeniem, że gitarowa muzyka wraca do łask i indie-rockowe bandy są obecnie w trendach. Zgadzacie się z tym?
MT: Mi się wydaje, że w Polsce bardziej chcielibyśmy, żeby tak to wyglądało. Za granicą wiadomo, że się to dzieje - hip-hop i rap spadły mocno w porównaniu do muzyki indie-rockowej. Można być albo zadowolonym, albo smutnym, w zależności od tego, jakiej się muzyki słucha... Ja jestem zadowolony i chciałbym, żeby w Polsce więcej ludzi chodziło na mniejsze, indie-rockowe koncerty, do klubów, gdzie swoją drogą bilety są nawet od 20 czy 50 złotych. To musi zacząć się oddolnie. Jeżeli ktoś chce, żeby w Polsce taka muzyka istniała nadal, to trzeba chodzić na koncerty. My chodzimy od lat, wspieramy znajomych. Fajnie, że przy okazji na przykład OFF Festivalu udaje się wspierać takich artystów, jak my, którzy są mniejsi i grają muzykę gitarową. Jest na to miejsce w naszym kraju, więc cieszymy się, że ktoś to promuje.
Waszym zdaniem koncerty są dobrym sposobem na dotarcie do nowej publiczności i pozyskanie słuchaczy? Bo obecnie mówi się jednak o ogromnej roli mediów społecznościowych...
MT: Moim zdaniem koncerty to najlepszy sposób, bo po to gra się muzykę - żeby ludzie na żywo odczuli jakieś emocje, mieli przeżycie. To jest najwyższy poziom tego, co można dostać od muzyki. Oczywiście, z otwartym oknem w samochodzie też można przeżywać i to jest super. Ale podam za przykład zespół Turnstile, który - dzięki temu, że jest wybitny na żywo i daje energię ludziom - może nie ma najwięcej słuchaczy na Spotify, ale na koncertach czy festiwalach całe tłumy tam dają czadu.
KP: Ostatnio, w mojej bańce instagramowej, głośny był post Jamesa Blake'a, w którym mówił o tym, że wiele rzeczy jest zakłamanych, bo dużo można kupić. W świecie digitalowym wygrywają ludzie, którzy mają narzędzie w postaci pieniądza i mogą kupić pozycjonowanie. A doświadczenia i prawdziwości na koncercie, rozmów, wymiany energii nie da się podważyć. Jeden z naszych tiktoków miał 500 tys. wyświetleń i w jaki sposób to się przełożyło na odsłuchania? Na to, że ktoś przyjdzie na nasz koncert? Niespecjalnie... Media społecznościowe to jedno z narzędzi, z którego trzeba korzystać, ale to doświadczenia koncertowe są tym, o co chodzi. Social media mają do tego tylko doprowadzić.
Zostańmy więc przy tych pozytywach koncertowych - rozpoczął się już letni sezon występów i wkroczyliście w niego z nowym repertuarem. Jak wrażenia po bezpośrednim kontakcie z publicznością? Jak odbiór - usłyszeliście już jakieś miłe słowa?
KP: Najpiękniejsze były momenty, gdy graliśmy "Różę" po dwóch tygodniach od premiery, w Łodzi. Prawie wszyscy na sali z nami śpiewali - słowo w słowo! Lepszego odbioru nie można sobie wyobrazić.
Szykowaliście się jakoś inaczej do tych festiwali i plenerków w kontraście do dotychczasowych koncertów klubowych?
MT: Nie graliśmy plenerów do tej pory, więc jest to nowe. Ale jesteśmy przygotowani produkcyjnie. Przygotowaliśmy się z Marcinem Gizą, żeby to po prostu dobrze brzmiało, jeszcze lepiej niż wcześniej. A jeśli chodzi o prezencję na scenie, to po prostu jesteśmy sobą.
Przed wami występ na OFF Festivalu w sierpniu - to jedno z większych ogłoszeń na trasie letniej. Było to wasze marzenie od zawsze?
KP: Wiadomo, że to marzenie. Patrzy się po znajomych z branży, widzi się, że oni już grali, więc też by się chciało (śmiech). Zwłaszcza, że jest to super festiwal z fajną selekcją i świetnymi artystami. Należeć do line-upu, na który i tak bym poszła jako słuchaczka, jest fantastycznym uczuciem.
MT: Ja bym kupił bilety, nawet jakbym nie grał!
Planujecie się wybrać na coś konkretnego, poza waszym koncertem?
KP: Jestem bardzo ciekawa Oklou. Chcę zobaczyć też Clayknot, bo wiem, jak bardzo ona czeka na ten występ. I innych ziomali - Bujaturla, Jadzię Zarzycką... O i Young Leana!
MT: Po koncercie możemy sobie posłuchać, jak to brzmi tam z pola. Ja czekam na Sunny Day Real Estate, bo jestem emo (śmiech) i na Ninajirachi. Dla tych dwóch ogłoszeń kupiłbym bilet i pojechał.
Jaki macie kolejny cel koncertowy? Albo ogólnie - w swojej karierze?
KP: Poszerzać to, gdzie jesteśmy i próbować docierać do większej liczby słuchaczy. Jest dużo festiwali, na których chcielibyśmy jeszcze zagrać. OFF to pierwszy przystanek i najbliżej mi zawsze było do OFF-a... Ale zagrać na Open'erze i na Męskim Graniu to też byłoby megafajne wyróżnienie.
Przy okazji ogłoszeń koncertowych napisaliście na Instagramie, że "szykujecie coś dużego na jesień". Jakaś podpowiedź?
MT: Jesteśmy w trakcie dopinania swojej trasy. Nigdy nie mieliśmy takiej w pełni spiętej trasy, na której mogliśmy pojechać do każdego miasta i zagrać swoje koncerty jako Mlecze. Nie mamy też jeszcze wszystkiego dopiętego na ostatni guzik, więc zbyt wiele nie możemy zdradzić... Ale raczej wszystkie większe miasta będą. Czekamy na to, jak to wyjdzie.











