Reklama

"MIłe złego początki"

Skupmy się jeszcze na chwilę na obecnej trasie, promującej “House Of God”. Czego mogą oczekiwać tym razem twoi polscy fani?

Reklama

Wielu niespodzianek. Przygotowaliśmy naprawdę dobry spektakl, który w Stanach spodobał się zarówno fanom jak i przedstawicielom prasy. Głównym jego atutem nie jest jednak scenografia, ale udany dobór utworów. Nie gramy nic z “The Spider’s Lullaby” i “Graveyard”, znalazło się za to miejsce na starsze utwory. Zdecydowałem się na ten krok, bo ostatnio na moje koncerty przychodzi coraz większa grupa młodych fanów, którzy nigdy nie słyszeli moich najstarszych utworów na żywo. Trudno się zresztą temu dziwić, skoro nie wykonywałem ich co najmniej od dziesięciu lat. Zagramy “Welcome Home”, “Invisible Guest”, “Voodoo”, “Sarah’s Night”, “Sleepless Night”, “The Eye Of The Witch”, “Burn”, “Black Horsemen”, “No Presents For Christmas”, “Abigail”, “Family Ghost” i “Dressed In White”. Ten ostatni to dla mnie prawdziwe wyzwanie pod względem wokalnym, bo obfituje w niesamowicie wysokie partie. Do tego garść numerów z nowej płyty - “Upon The Cross”, “Follow The Wolf”, “The House Of God”, “Black Devil” i “Help!”. Oczywiście, nie zapomniałem również o przedstawieniu. Zobaczycie babcię, rytuał voodoo i wszystkie te szalone rzeczy. Gdy zagramy “Burn” zobaczycie dziewczynę grającą na skrzypcach, którą powoli zaczną ogarniać płomienie. Nie mogę zdradzić wszystkiego, ale powiem ci, że na scenie przez cały czas coś będzie się działo.

Nie masz zbyt miłych wspomnień z naszego kraju. Podobno kiedy grałeś w Poznaniu wspólny koncert Mercyful Fate i King Diamond, organizator uciekł z kasą...

To niestety prawda. Kiedyś w Kanadzie nieuczciwy promotor chciał nam zapłacić tylko część pieniędzy, ale jak mu dokopaliśmy, oddał wszystko. (śmiech) W Polsce po raz pierwszy zdarzyła nam się taka sytuacja, że nie zobaczyliśmy złamanego centa. Szukaliśmy organizatora jeszcze przed koncertem, ale zapadł się pod ziemię. Nie zapłacił nawet za wynajęcie sali. Dowiedzieliśmy się o tym pomiędzy występem Mercyful Fate i Kinga Diamonda. Ludzie z firmy, która ochraniała koncert, chociaż obawiali się zadymy, nie prosili nas, byśmy kontynuowali występ, potrafili zrozumieć naszą sytuację. A jednak zdecydowaliśmy się zagrać. Przecież sala była wypełniona po brzegi naszymi wspaniałymi fanami. Przecież to nie ich wina, że facet okazał się złodziejem. Oni zapłacili kupę forsy, żeby nas zobaczyć i byłem tego świadomy, mimo że nigdy nie zobaczyłem tych pieniędzy. Zresztą, co mieliśmy zrobić? Spakować się i wsiąść do autokaru? Nasi fani na pewno nie zasłużyli sobie na takie traktowanie. Nie chciałbym, żeby to co ci mówię było odebrane jako przesłanie do promotorów – nie musicie nam płacić, bo zagramy tak czy owak. (śmiech) Nic z tych rzeczy! Wyciągnęliśmy z tego wydarzenia odpowiednią nauczkę i od tej pory nie gramy jeśli ktoś nam nie zapłaci z góry. To był wyjątek.

Dowiedz się więcej na temat: Milow | mil | melonik | makijaż | przedsiębiorcy | muzyka | wokalista | koncerty | pomysł | nagrania | deep | rzeczy | śmiech | Dr House

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje