Reklama

Michał Wiraszko (Muchy): Stwierdziliśmy, że może nie powinniśmy się grzebać za życia

- Mam - pierwszy raz w historii Much - wrażenie, że ten zespół gra dokładnie tak, jak powinien - mówi Michał Wiraszko /K. Daszkowski /materiały promocyjne

Reklama

Słuchasz muzyki dla przyjemności? Bez analitycznego przenikania struktury piosenki?

- Oj tak. Staram się wyłączyć ten aspekt oceniania przy słuchaniu płyt rówieśników, kolegów. Nic mi do tego, co kto chce napisać i jak. A żeby oczyścić sobie taki filtr poznawczy, często mi się zdarza słuchać klasyków. Albo Bowiego, albo Kraftwerk. Nie dalej jak tydzień temu słuchałem sobie ich "Autobahn" i "Tour de France Soundtracks" i uderzyło mnie, jaka przepaść dzieli te płyty. "Autobahn" brzmi bardzo retro, a gdybyś "Tour de France Soundtracks" puściła na imprezie techno, nikomu by to nie przeszkadzało.

Reklama

- Wracając do pytania - dla przyjemności słucham klasyków albo muzyki elektronicznej. W tym roku ujawniłem też swój elektroniczny duet z Michałem Szturomskim (MNKR - przyp. JG). Marzyłem o tym przez całe lata, a nigdy nie miałem na to czasu.

No tak, MNKR - twoja nowa, elektroniczna odsłona. Zadebiutowaliście z Michałem również na tegorocznym Spring Breaku. Jak to jest, kiedy się wychodzi na scenę bez gitary i z jednym kumplem u boku?

- Byłem strasznie zestresowany. To był nasz pierwszy koncert i - przyznam szczerze - nie do końca wypracowany scenicznie. Ja nie do końca wiedziałem, co mam na tej scenie robić w tych długich instrumentalnych momentach. (śmiech) Byłem przyzwyczajony, że jednak zawsze mam zajęte ręce. Myślałem: "I co? Teraz przez trzy minuty mam stać?!". Scenicznie ten nasz projekt wymaga dopracowania i dlatego postawiliśmy na to, żebyśmy jednak obydwaj grali, bez widocznego podziału: pan od muzyki i pan od wokalu. Bo tańczyć to ja za bardzo nie umiem. Musiałbym się znieczulić i poddać tej muzyce, a mogłoby to wyglądać różnie... (śmiech)

Byłeś dyrektorem artystycznym Festiwalu w Jarocinie. Co dały ci te związane z tym animatorskie zadania, czego nauczyły?

- Te lata 2008 - 2010 dały mi ogromną lekcję dorosłości. Bo nagle ze studenta, który miał niewiele zmartwień i obowiązków, musiałem pojechać do Jarocina i odpowiadać za kilkadziesiąt osób, za budżet, rozmawiać z menedżerami, producentami, promotorami. To było taka głęboka woda, dająca mi bardzo duży handicap na wczesną dorosłość. Ostatnie dwa lata z kolei zapełniły mi okres rozbratu ze sceną i jednocześnie pozwoliły być blisko niej.

Znalazłeś się po tej drugiej stronie sceny. Mogłeś to doświadczenie wykorzystać w karierze muzycznej?

- Na pewno mogłem dać artystom przyjeżdżającym do Jarocina - intuicyjnie - to, czego potrzebują. Tak, żeby czuli się pewnie i komfortowo, wychodząc na scenę. Z drugiej strony dało mi też wiedzę, czego nie robić, co nie jest do końca dobrze widziane przez organizatora, np. jakieś burmuszenie, grymaszenie. Na pewno dało mi to również mocną "podłogę" i uświadomiło, że wszyscy jesteśmy ludźmi i dopóki jesteśmy wokół sceny, to razem gramy do jednej bramki. Nieważne, czy jesteś na scenie, pod sceną, oświetlasz czy nagłaśniasz koncert. To jest jeden organizm. Jeżeli gdzieś się zrobi zator, to to się nie uda.

Fani często widzą tylko lidera i zespół na scenie. Nie mają świadomości, że w to, aby koncert się odbył, zaangażowanych jest wiele innych osób, których nie widać.

- Dopóki artyści się nie wywyższają i nie tworzą tego podziału, to myślę, że ci ludzie czują się ważni i mają tego świadomość. A tych osób niejednokrotnie jest ze dwa razy więcej niż na scenie. Można oczywiście przyjąć, że to dzięki tobie i twoim piosenkom dzieje się to całe zamieszanie, natomiast to nie jest żaden atrybut do tego, żeby się wywyższać. Choć mam wrażenie, że w dużej mierze to artystowskie zadufanie bierze się ze stresu scenicznego i tremy.

A czy w czasie tej 11-letniej przygody z Muchami miałeś taki moment zapalenia się czerwonej lampki, kiedy zauważyłeś niepokojącą zmianę w swoim zachowaniu?

- Było tak, owszem, na początku.

Zachłysnąłeś się tym wszystkim, co się działo?

- Oj tak. To się stało po drugiej płycie. Ta moja pierwsza przygoda z Jarocinem zbiegła się z "Terroromansem". Weszliśmy do studia w lipcu 2007 i podpisaliśmy kontrakt z Polskim Radiem. Nagraliśmy płytę, nagle trasa - jedna, druga, trzecia. Przy "Notorycznych debiutantach" odszedłem z Jarocina i zaczęliśmy tylko grać. I to był taki moment: "teraz to my możemy wszystko". Z perspektywy czasu jest to oczywiście głupkowate, młodzieńcze, trochę podlewane używkami, w pewnym aspekcie rockandrollowe, ale mogło irytować.

Ale ktoś ci to uświadomił?

- Jeżeli jedziesz w trasę koncertową, w której masz trzy, cztery, pięć koncertów z rzędu i codziennie jest impreza, to trzeci jeszcze może wyjdzie. Może czwarty. Ale piąty już nie. I kiedy widzisz, że robisz z siebie bałwana przed ludźmi, bo się świetnie bawisz, ale tylko ty się świetnie bawisz...

To nie jesteś fair wobec tych ludzi pod sceną.

- To jest brak szacunku. Jest to właściwe ludziom młodym, tak bym powiedział, i dopóki nie przechodzi w jakieś poważne dramaty życiowe, można przymknąć na to oko. Chyba że staje się to nagminne. Z drugiej strony gdy przypominam sobie takie sytuacje z gwiazdami formatu międzynarodowego. Kiedy Tom Smith z Editors zszedł ze sceny w Jarocinie po niespełna 50 minutach, odpychając wszystkich na boki albo naburmuszony Morrissey dał słynny koncert w Stodole, to jedyne co przemawia za ich obroną i o czym należy pamiętać, to że ci ludzie są często przez długie miesiące w trasie, poza domem. Budzą się co kilka dni w innym mieście, w innym kraju, a czasami na innym kontynencie. Myślę, że to robi absolutny burdel w głowie i można się pogubić w swoim człowieczeństwie nawet, w etykiecie, w byciu miłym człowiekiem. 


INTERIA.PL

Reklama

Dowiedz się więcej na temat: Michał Wiraszko | muchy

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje