Michael Schenker o swoich latach w UFO: "Zespół ze mną w składzie miał zupełnie inną energię niż beze mnie" [WYWIAD]
Michael Schenker, jeden z najbardziej wpływowych gitarzystów w historii rocka, powrócił z albumem i trasą koncertową "My Years With UFO". Jak sam wspomina, koncerty są dla niego kolejną okazją, do celebracji 50-lecia grania w UFO, kiedy to zespół przeżywał swoje momenty świetności. Porozmawialiśmy z samym Schenkerem przy okazji warszawskiego koncertu, by powspominać pamiętne lata 1972-1978.

Wiktor Fejkiel, Interia Muzyka: W ostatnim wywiadzie w 2018 roku, który udzieliłeś dla Interii Muzyka, powiedziałeś: "We mnie jest więcej UFO niż w samym UFO". To właśnie dlatego zdecydowałeś się na krążek i trasę "My Years With UFO", celebrując 50-lecie swojej działalności w zespole?
Michael Schenker: - Oczywiście. To ja napisałem większość tych utworów, które do dziś są tak ochoczo wspominane. Ja tą trasą nie celebruję zespołu UFO jako takiego, tylko muzykę, którą dla niego stworzyłem. Przez 30 lat, kiedy grali beze mnie, to wszystko gdzieś się rozmyło, straciło impet. Ludzie muszą zrozumieć, że okres między 1972 a 1978 rokiem był kluczowy dla całego zespołu - wtedy pisałem muzykę, do której Phil Mogg mógł tworzyć teksty. To właśnie te piosenki później stały się hitami. To nie ma nic wspólnego z tym, czym UFO było później. Zespół ze mną w składzie miał zupełnie inną energię niż beze mnie - to oczywiste.
Z tobą w składzie, w latach 1972-1978, wydaliście aż pięć albumów. Masz swój ulubiony krążek z tamtych lat, do którego najchętniej wracasz?
- Każdy z nich jest moim ulubionym, bo każdy z nich to zapis mojego rozwoju jako gitarzysty. Zacząłem od grania dla Scorpions, ale to w UFO rozwinąłem się w pełni. Te albumy są jak rozdziały w książce - słychać w nich, jak z roku na rok stawałem się coraz bardziej dojrzałym muzykiem. Scena hardrockowa i metalowa wtedy dopiero się kształtowała, wszyscy uczyliśmy się od siebie nawzajem. Trudno więc wskazać jeden album, bo to był ciągły i nieustanny proces. Coś, co było najlepsze w jednym roku, później było już zastępowane przez coś jeszcze lepszego.
"My Years With UFO" to nazwa trasy, ale także albumu wydanego dwa lata temu. Granie tych piosenek na koncertach wciąż sprawia ci taką samą radość?
- Tak, zdecydowanie. Każdy z koncertów w ramach tej trasy, to celebracja 50-lecia mojego grania z UFO i mojego muzycznego rozwoju. Te utwory to kamienie milowe dla rozwoju mojej muzycznej kariery - wiele im zawdzięczam.
Na albumie "My Years With UFO" słyszymy wiele gwiazd - od Axla Rose'a po Dee Snidera. Któryś z tych artystów zaskoczył cię swoją interpretacją na tyle, że zmieniłeś spojrzenie na te utwory po 50 latach?
- Nie, nikt go nie zmienił. Natomiast ja tego krążka nie zrobiłem po to, by cokolwiek na nim oceniać. Chciałem po prostu świętować to 50-lecie z ludźmi, którzy inspirowali się moją muzyką i sami odnieśli wielki sukces. To było jak impreza, wspólna celebracja, a nie egzamin z tego, kto jak zaśpiewał i jak zinterpretował te numery. Wszyscy wykonali świetną robotę, ale nie jestem tu od tego, by ich oceniać.
Jesteś teraz w takim punkcie dojrzałości artystycznej, w którym granie koncertów daje ci więcej radości niż siedzenie w studio i komponowanie muzyki?
- Cóż, dzisiaj praca w studiu ma swoje własne życie, a trasa swoje. Studio oferuje coś, czego nie znajdziesz na żywo, i na odwrót. Choć rzeczywiście na scenie dzieją się rzeczy unikalne, wręcz niepowtarzalne, to obie aktywności mają dla mnie ogromną i równorzędną wartość.
Nie sposób pominąć faktu, że w 2004 roku magazyn Guitar World umieścił cię na 22. miejscu listy 100 największych gitarzystów heavymetalowych wszech czasów. Jaka jest twoja opinia o tego typu rankingach? Stanowią dla ciebie jakąś realną wartość?
- Według mnie takie zestawienia mają więcej wspólnego z popularnością niż z samym wyszkoleniem technicznym. W tym, co robię, chodzi o czystą autoekspresję. Kiedy jesteś artystą, to nie oceniasz swojej ekspresji - ty ją po prostu masz. Nie ma "lepszej" czy "gorszej" ekspresji, możesz mieć tylko opinię na temat czyjejś ekspresji. Zawsze powtarzam: nie istnieje coś takiego jak "tytuł najlepszego gitarzysty". Są natomiast ludzie, którzy świetnie kopiują innych. Możemy się spierać, kto najlepiej łączy style innych, ale miano "najlepszego gitarzysty" po prostu nie ma sensu.
Zobacz również:
Sam zadebiutowałeś bardzo młodo, bo w wieku 18 lat. Widzisz na współczesnej scenie muzycznej zespoły, które mogłyby kontynuować tradycję rockową, którą zapoczątkowałeś?
- Nie mam pojęcia. Nie słucham muzyki od 50 lat. Naprawdę nie wiem, co się dzieje na scenie współcześnie. Wiem tylko, co działo się, gdy miałem 17 lat - wtedy inspirowali mnie gitarzyści z końcówki lat 60. Potem skupiłem się na własnym wnętrzu, by unikać naśladownictwa. Nie śledzę dzisiejszego rynku, więc nie potrafię nikomu doradzić ani ocenić obecnej sytuacji młodych muzyków.
Gdybyś mógł cofnąć się do 1973 roku i spotkać tego 18-latka, który właśnie dołączył do UFO, jaką jedną poradę dotyczącą "przetrwania" w branży muzycznej byś mu dał?
- Nigdy nie skupiałem się na "branży" jako takiej - i pewnie dlatego wielokrotnie mnie oszukano. Byłem skoncentrowany wyłącznie na muzyce. Może radą byłoby, żeby pilnować swoich interesów oraz zawsze mieć nadzieję na najlepsze…?
Nie da się ukryć, że koncertowanie w 2026 roku wygląda inaczej niż w latach 70. W jaki sposób dbasz o siebie, by co wieczór być w najwyższej formie?
- Na trasie najważniejsze jest nie tracić pamięci i dbać o ruchomość palców. To jak z piłkarzami - zanim wyjdą na boisko, muszą się rozgrzać, żeby nie nabawić się kontuzji. Z palcami jest tak samo, trzeba je rozgrzewać i utrzymywać w ruchu. No i trzeba pamiętać, co chce się zagrać (śmiech).









