Michael Patrick Kelly: Płacz to uzdrawianie [WYWIAD]
Wielu pamięta go pod pseudonimem Paddy Kelly, kiedy to w latach 90. występował jako długowłosy młodzieniec w grupie The Kelly Family. Po długim milczeniu i sześciu latach spędzonych w klasztorze wrócił na scenę w 2015 roku i od tamtej pory wydał pięć albumów. Zeszłoroczny "Traces" stał się najwyżej notowanym w jego karierze solowej. Michael Patrick Kelly swój nowy materiał zaprezentuje również w Polsce - 4 maja w Gliwicach, a dzień później w Warszawie.

Damian Westfal, Interia Muzyka: Jak się czujesz, wracając na europejskie sceny?
Michael Patrick Kelly: - Jestem bardzo szczęśliwy, że po prawie dwóch latach przerwy wracam na scenę. Strasznie mi tego brakowało. To takie piękne widzieć tysiące ludzi szczęśliwych. Na świecie jest tyle problemów, a na koncercie widzisz dziesiątki tysięcy ludzi, którzy cieszą się, śmieją, tańczą, śpiewają, a nawet razem płaczą i dogadują się jak najlepsi przyjaciele z osobami, których w ogóle nie znają. To jest naprawdę piękne. Jestem wdzięczny, że mogę to robić.
Mówisz o tych emocjach i wspólnocie na koncertach - czy to też znalazło odbicie na albumie "Traces"? Co chciałeś nim przekazać i co zainspirowało cię do jego powstania?
- Piosenki na "Traces" opowiadają o najważniejszych rzeczach w życiu, takich jak miłość i relacje, nadzieja; o rzeczach, których nie da się kupić za pieniądze. Są też utwory o uzdrowieniu, odnalezieniu spokoju, czy prawdzie, która wyzwala. Cały album oparty jest na osobistych doświadczeniach i kluczowych momentach, które pozostawiły trwały ślad w moim życiu, a także na prawdziwych historiach ludzi, których spotkałem i którzy mnie zainspirowali.
Czy jest coś z Twojej przeszłości, czego długo starałeś się pozbyć, a teraz świadomie zachowujesz jako część swojej tożsamości?
- Jedną z moich słabości jest to, że nie jestem dobry w przeżywaniu żałoby. Może to dlatego, że moja mama zmarła, gdy miałem tylko pięć lat, a przez wiele lat, zanim przyszły wielkie sukcesy, żyliśmy dość ubogo i musieliśmy być silni. Więc przez ostatnie lata nauczyłem się czegoś, co stało się tematem piosenki "Healing" - płacz to uzdrawianie. Ważne jest, by wypuścić swoje uczucia, także dla mężczyzn i chłopaków, nie tłumić ich i nie chować tego, co się naprawdę czuje. Moja siostra zmarła cztery lata temu i to był moment, w którym musiałem się nauczyć, jak przeżywać żałobę. Mówią, że jeśli dobrze przeżyjesz żałobę, to dobrze się uzdrowisz.
W takim razie wierzysz, że żeby naprawdę dostrzec światło, trzeba najpierw doświadczyć ciemności?
- Niekoniecznie, ale jest pewna głębia światła, którą dostrzegasz tylko przechodząc przez ciemność. Może dlatego Bóg pozwala na cierpienie, bo to jest szansa, wyzwanie dla nas, ludzi, aby głębiej szukać światła, prawdy i szansa na głębsze dawanie i kochanie, jak Jezus na krzyżu.
Czy czujesz, że masz dzisiaj misję? Na przykład poprzez ten album…
- Myślę, że każdy człowiek ma misję. Wszyscy zostaliśmy obdarzeni talentami i darami, by być pielęgniarką, kierowcą autobusu, piekarzem, lekarzem czy dziennikarzem, jak ty. W moim przypadku jest to bycie muzykiem i autorem piosenek. Wszyscy jesteśmy częścią układanki, a ta układanka to rodzina ludzka. Jeśli wszyscy odgrywamy swoją rolę, to może wyjść piękna symfonia. Mój wkład w ludzkość to próba szerzenia miłości przez muzykę i prawdy. Mówią, że dobra piosenka składa się z trzech akordów i prawdy. Staram się pisać autentyczną muzykę, która pochodzi z prawdziwego serca.
Taka jest właśnie płyta "Traces", czyli "ślady" - potrafisz wskazać jeden ślad z przeszłości, który zmienił Twoje życie najbardziej - czy byłby to bardziej moment kryzysu, czy moment nadziei?
- I jedno, i drugie. Był moment w moim życiu, kiedy czułem się beznadziejnie i chciałem się poddać, a wtedy przeżyłem doświadczenie, które zmieniło moje życie. To był pierwszy raz, kiedy naprawdę świadomie poczułem obecność Boga, dlatego dałem życiu drugą szansę. To był prawdopodobnie najcięższy kryzys w moim życiu, gdy miałem 21 lat. O tym jest piosenka "Hope". Zaśpiewamy ją podczas koncertu całkowicie a cappella z moim zespołem. To będzie bardzo specjalny i emocjonalny moment.
Skoro tak dużą rolę odgrywa u Ciebie duchowość - co dziś pomaga Ci zachować spokój w tym szybkim świecie?
- Pomaga mi cisza. Staram się codziennie rano poświęcić godzinę na ciszę, by zacząć dzień modlitwą. Nauczyłem się tego w klasztorze i to jest praktyka, którą staram się wprowadzać w moje życie jako muzyk, ponieważ pomaga mi znaleźć i utrzymać spokój w bardzo hałaśliwym otoczeniu. Na wszystkich moich koncertach mamy minutę ciszy na rzecz pokoju, którą otwiera dźwięk Dzwonu Pokoju. Dzwon waży około tony, a został wykonany ze stopionych granatów i części czołgów z Ukrainy. Stał się symbolem pokoju, zrobionym z metali używanych podczas wojny.
Słuchając tego wszystkiego, można odnieść wrażenie, że jesteś dziś w bardzo dobrym miejscu - czujesz się spełniony?
- Tak, jestem bardzo wdzięczny. Czuję, że to jedna z najbardziej spełnionych faz w moim życiu, zarówno w życiu prywatnym, jak i w pracy artysty czy muzyka.
Mam nadzieję, że wiesz, że Polska to jeden z krajów, gdzie masz wyjątkowo lojalną publiczność - jak Ci się tutaj wraca? Masz może jakieś wspomnienia stąd?
- Kiedy myślę o Polsce, moje serce wybucha radością. Jesteście takimi ciepłymi ludźmi i uwielbiam przyjeżdżać do Polski, nie mogę się doczekać występów. Publiczność jest bardzo euforyczna, bardzo emocjonalna, bardzo zaangażowana i bardzo głośna. Śpiewają i krzyczą bardzo głośno, więc granie koncertu tutaj jest naprawdę ekscytujące i wyjątkowe. Mam wiele dobrych wspomnień i doświadczeń w waszym pięknym kraju, że aż naprawdę ciężko mi wybrać. Kocham cię, Polsko!








