Alicja Rudnicka, Interia Muzyka: Twój nowy projekt ujrzał światło dzienne - Mery Spolsky gra Kontrolę W i Kosmetyki Mrs. Pinki. Dlaczego akurat ich wzięłaś na warsztat?
Mery Spolsky: To była w zasadzie propozycja z miasta Zduńska Wola, które szukało zespołu, który podjąłby się wskrzeszenia na nowo Kontroli W, z racji tego, że cały zespół pochodzi właśnie ze Zduńskiej Woli. Szukali po prostu kogoś, kto mógłby się tym zająć, więc do nas też taka propozycja trafiła.
Ja wcześniej w ogóle nie znałam tego zespołu, ale bardzo lubiłam nową falę i te klimaty. Posłuchałam ich piosenek, zanim w ogóle podjęłam decyzję, i od razu się zakochałam. W tym, że mają bardzo szalone teksty, że to duet wokalny. To rodzeństwo, więc też mają ciekawą energię. Stwierdziłam, że to idealna sytuacja, żebym ja z moim gitarzystą Grześkiem wrócili do tego, jak kiedyś razem śpiewaliśmy i graliśmy w duecie, bo on też świetnie śpiewa.
Pomyślałam więc: biorę to. Chcę przerobić piosenki Kontroli W i tchnąć w nie nowe życie. Okazało się, że kiedy już zaczęliśmy nad tym pracować, to jest po prostu totalnie nasz klimat.
Zdaje się, że jest teraz tendencja do wskrzeszania artystów z lat osiemdziesiątych. Na przykład Kasia Lins, widać to po jej projekcie z Ciechowskim, który jest bardzo udany. Skąd się bierze fascynacja tą erą?
- Myślę, że dla różnych artystów zawsze wygodne jest branie się za muzykę z tamtych lat. Jako dzieci słuchaliśmy tego, co puszczali nam rodzice, i kiedy miało się marzenia, żeby robić muzykę, to właśnie w głowie grały takie zespoły jak Maanam, Republika albo, jeszcze bardziej punkowe, jak w przypadku Kontroli W - Siekiera czy Madame. Myślę, że stąd bierze się ta fascynacja.
Może jest też jakaś tęsknota za prostotą, bo muzyka z lat osiemdziesiątych jest prosta, bez udziwnień. Nowa fala to po prostu totalny minimalizm - jakiś syntezator, gitara i jedziemy. Mnie też to fascynuje, bo na co dzień zajmuję się muzyką elektroniczną. Kiedy więc wzięliśmy na warsztat Kontrolę W, którą gra się zupełnie bez komputera, bez loopów i sampli, to okazało się, że jest to zupełnie inna przygoda. Myślę więc, że ta fascynacja latami osiemdziesiątymi wynika z naszego wychowania i po prostu z sentymentu.
Zresztą ludzie zawsze brali się za covery. Zalewski robił Niemena, Ralph - Korę, Kasia Lins - Ciechowskiego, no to ja robię Kontrolę W, której właściwie nikt nie zna. Może z tego projektu wyniknie coś dobrego i ludzie po prostu poznają ten zespół.
No właśnie, jako jedną z ciekawostek wspomniałaś, że nie używacie komputerów do grania tego materiału. To jest dla was większe wyzwanie czy raczej uproszczenie podczas występów?
- Myślę, że to jest uproszczenie i jakieś wyzwolenie. Przy naszych koncertach do każdego numeru mamy klika z komputera i bardzo dużo loopów. Do tego wszystkiego zawsze zaprogramowane są światła, więc cały czas jest jakaś rama, której trzeba się trzymać.
A tutaj jest luz. Jedyną osobą, która podaje rytm, jest nasz bębniarz Karol, zupełnie jak za punkowych czasów. Możemy grać piosenkę i przedłużać refreny, ile chcemy, wyczuwać publiczność. Jeżeli dobrze się bawi, to możemy dać jej jeszcze więcej tej piosenki, zagrać ją dłużej.
To jest jakaś wolność i bardzo mi się to podoba. Myślę, że na festiwalu w Jarocinie będzie to jeszcze bardziej odczuwalne. Dzięki temu sami nie wiemy, co wydarzy się na tym koncercie, bo nie jesteśmy w ogóle kontrolowani przez komputer ani zaprogramowaną elektronikę. To bardzo mi się podoba.
Wspominałaś, że ten projekt przypomniał ci początki zespołu Makijaż. Czy jakieś wspomnienia wróciły do ciebie w trakcie jego realizacji?
- To była moja studencka kapela, z którą mieliśmy ogromne marzenia. Chłopaki razem ze mną naprawdę wierzyli, że robiąc te piosenki, stworzymy projekt na całą Polskę. Przypominają mi się więc te beztroskie czasy, kiedy po prostu robiło się muzykę i marzyło o tym, żeby osiągnąć z nią sukces, ale tylko dlatego, że po prostu kochasz grać.
Ten sukces oznaczał dla nas, że jeździsz po Polsce, grasz koncerty i cieszysz się muzyką. Faktycznie powrót do Kontroli W przypomina mi też czasy Makijażu, bo jest w tym jakaś frywolność i młodzieńcza energia. Widzę też po chłopakach z mojego zespołu, że kiedy gramy Kontrolę W, oni też czują się bardziej uwolnieni.
Na przykład Nikodem Dybiński, który na co dzień jest klawiszowcem, w tym projekcie gra też na gitarze. Widzę, jak bardzo się cieszy, że ma dodatkowy instrument, na którym wcześniej w zespole nie grał. Może poszaleć, zagrać solo, wybiec z tą gitarą do przodu, do mnie. Totalnie przypominają mi się moje początki z zespołem Makijaż i innymi rockowymi składami, kiedy to właśnie radość i taka naiwna wiara, że muzyka nas gdzieś zaprowadzi, były tym, co nas napędzało. Myślę, że to jest w ogóle kluczowe, żeby robić muzykę - ta energia i nadzieja, że na pewno się uda, wystarczy tylko grać.
Twój proces twórczy znacznie się zmienił od tamtego czasu?
- Myślę, że bardzo. Teraz o wiele bardziej podchodzę do pisania tekstów jak do ćwiczenia, do rzemiosła.
Kiedyś wydawało mi się, że musi na mnie spłynąć jakaś wena z nieba. Uzależniałam od tego pisanie, a potem z biegiem lat zrozumiałam, że to jest, jak każda inna rzecz, po prostu rzemiosło, które trzeba wykuć regularnością, jak na siłowni. Trzeba pisać codziennie, dużo czytać. Wydaje mi się więc, że trochę zeszłam na ziemię.
Pisanie i komponowanie muzyki jest teraz bardziej przemyślane, a wcześniej było bardziej na oślep. Ale to też były fajne czasy, bo po prostu się szukało. Myślę, że teraz podchodzę do tego bardziej racjonalnie. Kiedy piszę piosenki, od razu zastanawiam się, jak je podzielić, kto będzie co grał. Wcześniej panowała zasada: hulaj dusza, byle wymyślić piosenkę.
Chyba doświadczenie uczy, która droga jest najwygodniejsza. Przy Kontroli W też przyznam, że większość pracy wykonał nasz gitarzysta, który wziął te piosenki na warsztat i pięknie je zaaranżował. Dopiero później razem z zespołem siedzieliśmy w salce prób i wszystko dopracowywaliśmy. To też jest jakaś inna forma pracy, bardziej, powiedziałabym, uporządkowana.
Przy pisaniu tekstów lubisz bawić się językiem, unikać oczywistych rozwiązań. Czerpiesz jakieś inspiracje z zewnątrz czy to wszystko idzie ze środka?
- Bardzo lubię podsłuchiwać rozmowy ludzi albo oglądać filmy i zanotować sobie jakiś cytat. Lubię też, kiedy czytam książki, inspirować się stylem pisania.
Oczywiście dużo rzeczy płynie ze środka, bo lubię pisać o sobie, o swoich emocjach. O tym, jak ktoś realnie złamie mi serce albo się zakocham. To są najsilniejsze emocje, które inspirują mnie do pisania. Ale koniec końców myślę o tym, że pisanie tekstów też jest procesem, nad którym trzeba mieć większą kontrolę. Lubię potem jeszcze raz wszystko sprawdzić w notatniku. Już nie piszę tak na żywioł, że wena ma na ciebie spłynąć i po prostu coś stworzysz. Wolę podejść do tego bardziej jak do projektu, jak do ćwiczenia.
Ostatnio inspirują mnie książki. Jestem teraz na wyjeździe i mam ze sobą bardzo dziwną książkę, którą dostałam od fana podczas trasy Erotik Era. To książka o nimfomanii, taki dawny traktat o tym, że nimfomania jest chorobą kobiet. Bardzo ciekawie się to czyta, oczywiście z dużą złością na to, że kobiety zawsze mają po prostu gorzej, trudniej i są uciemiężane. Czytam to i myślę sobie: kurde, chyba muszę kiedyś napisać o tym piosenkę. Myślę więc, że inspiracje są wszędzie.
A propos książek - po wydaniu swojej pierwszej książki "Jestem Marysia i chyba się zabiję dzisiaj" odsłoniłaś się bardzo przed czytelnikami. Nie miałaś obaw, żeby tak swoje serce wystawić na tacy?
- Nie miałam obaw, bo w sumie wszystkie moje poprzednie piosenki i płyty też były historiami żywcem wyjętymi z mojego serca. Dużo pisałam też o mojej mamie, więc książka była dla mnie tylko kontynuacją tego otwierania się. Na pewno było to o wiele większe zaproszenie czytelników do mojego świata, bo wiadomo, że książka jest też o moich kompleksach, czarnych myślach i gorszych chwilach.
Chyba mam z tego jakąś radość, że jeżeli mam się czymś dzielić i coś stworzyć, to kiedy jest to ugruntowane na prawdziwych emocjach, przeżyciach i prawdziwych łzach, po prostu bardziej trafia do ludzi.
Teraz piszę drugą książkę, trochę w innym stylu, ale ona też jest totalnie wyjęta z życia, nawet bardziej niż ta pierwsza. W różnych opowiadaniach używam prawdziwych imion moich znajomych i tak dalej, więc mam z tego taki fun i satysfakcję, że nie próbuję tego wszystkiego ukryć, tylko po prostu kawa na ławę. Chyba po prostu taka jestem. Wolę kawę na ławę niż coś zawoalowywać i udawać, że to wcale nie o mnie.
No właśnie widziałam, że kolejna książka kiełkuje. Pojawiały się już nieśmiałe zapowiedzi. Możesz zdradzić coś więcej czy to jeszcze etap, na którym nie chcesz mówić za wiele?
- Nie mam jeszcze tytułu, choć jest dużo pomysłów. Teraz właśnie dzielę się tym momentem, że ją piszę. Ostatnio pojechałam na kilka dni pobyć sama ze sobą i skupić się tylko na pisaniu. To było bardzo fajne doświadczenie, bo nagle znalazłam się w innym miejscu, w innym mieście i od razu do głowy przyszły nowe pomysły.
Tę książkę piszę już od roku, pomiędzy koncertowaniem i różnymi projektami. Myślę, że jak w końcu zbiorę wystarczająco dużo tekstów, zabiorę się za selekcję i po prostu ją wydam. Podejrzewam, że to będzie taka sytuacja z cyklu: zaskoczę wszystkich i pewnego dnia dam znać, że ruszył preorder. Pewnie tak właśnie zrobię.
Właśnie, idąc za ciosem, zaczęłam teraz czytać książkę o nowej fali w Polsce. Zauważyłam jedną rzecz - wszystkie te zespoły były do siebie przyjaźnie nastawione. Grały po piwnicach, małych salkach i ta społeczność była ze sobą bardzo zżyta. Czy teraz, w show-biznesie i świecie muzycznym, jest podobnie, czy te podziały są większe?
- Fajnie byłoby przenieść się na chwilę do przyszłości i zobaczyć, co będą pisać w książkach o dzisiejszym świecie muzycznym, naszej branży i rynku. Mnie się wydaje, że to działa bardzo podobnie. Trzymamy się razem. Tak jak wymieniłaś Kasię Lins czy Ralpha Kaminskiego - to są osoby, z którymi czuję, że zaczynałam, w tym sensie, że w podobnym czasie wydawaliśmy swoje pierwsze płyty. Idziemy jakąś drogą, rozwijamy się. Każdy poszedł trochę w inną stronę, rozwinął się, realizuje inne projekty i mam wrażenie, że temu wszystkiemu towarzyszy wsparcie i kibicowanie sobie. No i oczywiście różne szalone historie - spotkania na Fryderykach czy za kulisami innych wydarzeń, imprezy.
Można by to wszystko opisać w kolejnej książce, o fali lat dwudziestych XXI wieku. Wydaje mi się, że jest podobnie jak wtedy. Historia zatacza koło i muzycy zawsze będą się trzymać razem. Oczywiście czasem pewnie też rywalizować, bo tak już jest, ale ja jakoś tego nie odczuwam. Czuję, że jesteśmy grupą ludzi, którzy sobie kibicują i cieszą się, że nadal robią muzykę. Każdy z nas miał przecież marzenia, a wiadomo, że nie jest łatwo utrzymać się na tym rynku. Jak już się udało, to pojawia się takie poczucie: fajnie, że tu jesteśmy.
Na przykład z Bovską też czuję, że przeszłyśmy podobną drogę - płyta po płycie, cały czas się wspierając. Myślę, że jest podobnie jak w tej książce. Ciekawe, co kiedyś o nas napiszą.
Chciałam cię zapytać o Erotik Erę, bo moim zdaniem jest bardzo fascynująca i odważna. Dla wielu Polaków ten projekt był jednak prowokacyjny i wzbudził dużo emocji. Skąd bierze się w tobie taka odwaga, żeby iść pod prąd?
- To chyba moja mama szeptała mi coś takiego przez całe życie i to jakoś nadal mnie niesie. Mówiła, że jeśli ma się jakieś marzenia, to trzeba iść za nimi na 150 procent, nawet jeżeli czasem zrobi się coś głupiego albo założy stylizację, która po latach będzie ci się na zdjęciach wydawała taka, że "trochę jednak przesadziłam".
Lepiej zawsze przesadzić, niż potem żałować, że się nie spróbowało. Chyba ma też na to wpływ to, że ona sama tworzyła i była raczej prowokacyjna w swoich działaniach. Moja mama była projektantką mody, ale po godzinach malowała obrazy, rysowała grafiki i pisała wiersze. Te wszystkie rzeczy były trochę pod prąd i prowokacyjne.
Dużo było w nich seksu, dużo żartu, więc myślę, że to trochę jej zasługa, że nie zastanawiam się, czy ktoś mnie wyśmieje albo czy pomysł jest zbyt odważny. Po prostu realizuję to, co przyjdzie mi do głowy i w co uwierzę, a konsekwencje przychodzą później.
Erotik Era bardzo podzieliła Polaków, ale chyba trochę o to mi chodziło - żeby sprawdzić, co my na ten temat myślimy, i przekonać się, że nadal jesteśmy w takim miejscu, w którym wokół tych tematów jest dużo podziałów i tabu. Trochę szkoda, bo na świecie te kwestie są już od dawna omówione wzdłuż i wszerz, a ludzie mają do nich zupełnie inny stosunek.
To jeszcze na koniec - co powiesz fanom, którzy czekają na twój koncert w Jarocinie?
- Że to będzie powrót po kilku latach, ale z projektem, który mam wrażenie, że został stworzony właśnie na ten festiwal. Kontrola W też debiutowała w Jarocinie, a muzyka, którą tam zagramy, jest punkowo-rockowa i bardzo wyzwolona, więc nie wyobrażam sobie lepszego miejsca niż Jarocin i ludzi, którzy - mam nadzieję - będą chcieli skakać pod sceną.
Może mnie poniesie, może i ja do nich wskoczę. To będzie po prostu godzina euforii i takiego dziwnego, punkowego spotkania. A dlaczego dziwnego? Bo teksty Kontroli W są bardzo psychodeliczne i wprowadzają w magiczny świat.
Mogę tylko obiecać, że ta godzina minie bardzo szybko i będzie naprawdę fajnie. Nie mogę się doczekać.












