Matylda Damięcka: Lubię włożyć palec pod żebro, tam gdzie najbardziej zaboli [WYWIAD]
Matylda Damięcka była jedną z artystek oraz twórców, którzy podjęli się wyzwania i stworzyli autorskie narracje do klasyków polskiego kina, w ramach tegorocznego Festiwalu Korelacje. Aktorka, ilustratorka i wokalistka sięgnęła po kultowy film "Rejs", z którego wersy cytowała w dzieciństwie na potęgę, wraz ze swoim bratem Mateuszem. W rozmowie z Interią zdradziła, jak pracowało jej się z tak znanym dziełem, a także, jaką muzyczną produkcję chciałaby skomentować w podobny sposób. Wyjawiła również, dlaczego warto uczestniczyć w Festiwalu Korelacje i jakiego narratora chciałaby usłyszeć w kolejnej edycji.

Weronika Figiel, Interia: Co skłoniło cię do wzięcia udziału w Festiwalu Korelacje?
Matylda Damięcka: - Bo ten festiwal to jest dobry pomysł! Nie wiem na ile wiecie już, na czym polega, ale dokładanie jakiejś nowej warstwy do gotowego filmu - z którym jeszcze w dodatku możesz mieć związane emocje, czy z dzieciństwa się pamięta jakieś filmy i sentymentalnie się do nich podchodzi - to rozłożenie go na części pierwsze jest wspaniałą rzeczą. Zwłaszcza dla storytellerów, dla ludzi, którzy zajmują się... Chciałam powiedzieć górnolotnie - sztuką - ale jednak. To daje bardzo dużą przestrzeń dla wyobraźni.
Wzięłaś na warsztat film "Rejs" - skąd taki wybór? To jest dla ciebie sentymentalne dzieło?
- Film "Rejs" to był film, który z moim bratem Mateuszem znaliśmy na pamięć praktycznie i cytowaliśmy do granic możliwości. A raczej te granice możliwości przekraczaliśmy i zjadaliśmy cytatami ich własny ogon. Tym bardziej trudno było mi się odbić od czegoś, co znam tak bardzo dobrze. Z drugiej strony powrót po latach spowodował zdystansowanie się do tego materiału, a do tego wiek - jednak w ramach doświadczenia później patrzy się na te rzeczy trochę inaczej i zaczyna zauważać inne rzeczy czy konteksty. Dopiero teraz zrozumiałam jak bardzo abstrakcyjny to był obraz i dzieło, które aż się prosiło o to, aby dodatkowo wypełnić jeszcze jakąś przestrzeń.
Jest to dla ciebie opowieść o czasach PRL-u czy uniwersalny komentarz do rzeczywistości, który można odnieść do współczesnych czasów?
- Trudno nam... Pewnie ty też nie przeżyłaś tych czasów, tylko znasz je z opowieści. Więc ja z opowieści, tyle ile mogę, to oczywiście przyswoję, tyle ile postaci zagram w teatrze czy w filmie, cofając się do tamtych czasów i próbując się wczuć, to tyle jestem w stanie poczuć, ale to nigdy nie będzie organiczne. My nigdy nie będziemy mieć tego organicznego wspomnienia, bo jednak ta "siatka" nie będzie się przyczepiać do konkretnych, moich emocji, a raczej będzie się wiązała z emocjami osób, które mi to opowiadały, czyli moich rodziców. Ja mogę czysto teoretycznie wiedzieć, skąd te konteksty tam są, i w ramach anegdoty je zrozumieć, przeczytać o nich, ale tak naprawdę brać to, jako obraz bez kontekstu: "Po co ten film powstał?". Mogę go wtedy rozbierać na części pierwsze troszeczkę łatwiej.
Na co dzień ilustrujesz rzeczywistość swoimi rysunkami. Podeszłaś do narracji "Rejsu" w podobny sposób - chciałaś zilustrować słowem film, który powstał wcześniej?
- Absolutnie nie (śmiech). Szczerze mówiąc zrobiłam trzy wersje, od razu je pisałam... A ponieważ dużo w dubbingu i lektorce robiłam, to mniej więcej wiem, ile coś potrzebuje czasu, żeby zostało wypowiedziane, z jakąś intencją, pauzą, oddechem. Tu nie chodzi o to, żeby informacje przekazać na hejnał i na jednym wdechu. Ludzie muszą podążać za tą historią, a moim zadaniem jest, aby trochę to ułatwić i przekazać moją interpretację. Zrobiłam trzy szkice kompletnie różnych pomysłów.
I oczywiście nie chcę sprowadzać życia ludzkiego do jego końca, ale jest tam taki aktor, który gra poetę - specjalnie nie będę mówiła imienia i nazwiska, a jeśli ktoś chce, to sobie sprawdzi i zgłębi jego historię osobistą - który niestety skończył w kronikach kryminalnych. Więc wyszłam tak naprawdę z tego, tworząc narrację jak z filmu kryminalnego, który kompletnie nijak się ma do treści i do obrazu, ale widz musi kupić od samego początku to, co słyszy. Jeżeli kupi, to mogę tylko życzyć, żeby bawił się dobrze i brał wszystko tak z przymrużeniem oka. W ogóle dystans do wszystkiego nam się przyda...
A propos dystansu - stresują cię opinie? W końcu dla wielu jest to dzieło kultowe, a może nawet nietykalne...
- Dlatego trzeba nietykalne rzeczy tykać! No bo tak, dlaczego nie? A ja lubię tak raz na jakiś czas włożyć palec pod żebro, tam gdzie najbardziej zaboli - z tego wychodzą najfajniejsze rzeczy. Moja praca skończyła się w momencie, w którym wiedziałam, że opowiedziałam historię, byłam zadowolona, a zawsze jest tyle opinii, ile ludzi. Jeżeli ktoś bardzo będzie się nudził, to można wyjść. Ja się naprawdę nie obrażę! Zwłaszcza, że ja nie będę oglądała tego filmu, bo ja swoich rzeczy nie oglądam. Poczekam aż ludzie zobaczą, a potem popatrzę im prosto w oczy i szybko ocenię, czy mam uciekać, czy mogę zostać i barć udział w jakiejś fajnej rozmowie po wszystkim.
Jesteś też wokalistką. Jest jakieś dzieło muzyczne, które chciałabyś skomentować w podobny sposób - dodać coś od siebie, tak jak tutaj do filmu?
- Wow! Jeśli chodzi o muzykę filmową, to jest nieskończony temat. Bardzo bym chciała kiedyś wywrócić na drugą stronę na przykład soundtrack do "Harry'ego Pottera" i zrobić z tego kompletnie coś innego. Wspaniale by było, gdyby ten soundtrack obrazował szarą, smutną, naszą polską rzeczywistość, bo nagle byśmy się wszyscy poczuli, jakbyśmy byli w magicznym miejscu, w którym dzieją się czary i magia, a sekretem jest przepis na gumisiowy sok (śmiech).
Wezmę sobie to do serca i przemyślę, bo to jest bardzo dobry pomysł! Mieliśmy kiedyś podobny i z resztą zrealizowaliśmy go, z Radkiem Łukasiewiczem, z którym mam zespół Matylda/Łukasiewicz. Nie, nie jesteśmy małżeństwem. Ja już nigdy sobie nikogo nie znajdę, jeżeli ten zespół osiągnie sukces. Mieliśmy taki pomysł - to chyba było z osiem lat temu - żeby zrobić Google Translate do jakiegoś utworu amerykańskiego i akurat idealnym utworem okazało się "Last Christmas" - jesteśmy w temacie! Na bardzo poważnie, w bardzo niepoważny, "googletranslatorski" sposób, przetłumaczyliśmy utwór.
Jak coś takiego się śpiewa bardzo poważnie, to człowiek po drugiej stronie czuje, że musi się zastanowić. Ludzie mają to do siebie, że gdy idą do muzeum, to wolą się zastanowić nad znaczeniem tego wieszaka, który tam jest akurat po prostu z rzeczami, nie jest częścią ekspozycji. Wolą się nie wychylać. Fajnie jest, jak jest się w stanie oszukać tych ludzi do samego końca. A potem myślą: "Aaa, okej, to jest kuriozalne i idiotyczne. Okej, już rozumiem, można się śmiać".
Jakie są twoje dalsze artystyczne plany?
- W najbliższej przyszłości kończymy trasę. Po Warszawie, w której sold out mieliśmy - wspaniali byli wszyscy - teraz Lublin i Kraków. Kończymy jesienną trasę i siadamy na poważniej do pisania drugiego albumu. Od Nowego Roku będziemy jeździć - jak za starych dobrych czasów - zanim wydamy płytę. Zagramy pewnie z 25-50 koncertów, żeby sprawdzić materiał na żywym organizmie, więc wpadajcie i czujcie się wykorzystani, że na was ćwiczymy nowe rzeczy.
Podsumowując Festiwal Korelacje mam dla ciebie wyzwanie. Kogo byś chciała zobaczyć w narracji filmowej w kolejnej edycji?
- Uuu! Może powinniśmy tutaj w politykę wchodzić. Albo właśnie może nie powinno się tam wchodzić. Ale chciałabym tam usłyszeć... Może Palikot będzie zdesperowany, chociaż nie wiem, czy chciałabym jego głowę zobaczyć od środka (śmiech). Czekamy, czekamy. Ale parę osób by się tam znalazło i trzeba wspierać artystów, póki jeszcze żyją. Więc sięgajmy po tych, którzy nas naprawdę inspirują. A żeby to się stało, to jeszcze jakieś ministerstwo powinno dofinansować ten festiwal, bo tu są tłumy, pomysł jest fajny. No właśnie, tylko jak zwykle... Więc zapraszajmy fajnych ludzi i wy wpadajcie - Festiwal Korelacje jest naprawdę spoko!

![Dziwna Wiosna w Krakowie: Hit me baby one more time [RELACJA]](https://i.iplsc.com/000M1GVR69R49Y2G-C401.webp)






