Tymoteusz Hołysz, Interia Muzyka: Wkrótce wyruszacie w europejską trasę z okazji 30-lecia albumu "None So Vile". Miałeś momenty, w których nie chciałeś grać utworów z tej płyty, skoro nie było cię jeszcze w zespole, gdy powstawała?
Matt McGachy, Cryptopsy: Nie, nigdy. Wiem, jak ważny jest ten album dla fanów. Nie ma nic lepszego niż moment, kiedy zaczynamy utwór, a ktoś w tłumie rozpoznaje go i orientuje się, że to jego ulubiona piosenka. Na "None So Vile" jest wiele takich numerów - "Slit Your Guts", "Graves of the Fathers", "Phobophile" i inne. Ludzie bardzo się ekscytują, gdy je gramy. To dla nas ogromna przyjemność i pewnego rodzaju tajna broń, dzięki której potrafimy porwać każdą publiczność.
Nie było więc momentu, w którym nie chciałbym grać materiału z *None So Vile*. Dyskutowaliśmy jedynie, czy zagrać całą płytę, czyli osiem utworów. Fani na pewno chcieliby usłyszeć wszystko, ale musimy też promować wydane w ubiegłym roku "An Insatiable Violence". Ostatecznie zdecydowaliśmy się zagrać sześć z ośmiu kawałków. Pewnie niektórzy będą zawiedzeni, że dwóch zabraknie, ale taki kompromis wydawał nam się najlepszy.
Jak wyglądał twój proces nauki utworów z "None So Vile". Wcześniej byłeś raczej wokalistą metalcore'owym?
Dokładnie, grałem w Three Mile Scream, zespole mocno inspirowanym Killswitch Engage. Wykonywałem tam głównie ostre wokale w wyższych rejestrach, czasem dodawałem growl, a w refrenach śpiewałem czysto. To była rzecz, w której czułem się dobrze przed dołączeniem do Cryptopsy.
Nauka materiału Cryptopsy była bardzo długim procesem. Kiedy dołączyłem do zespołu, dostałem do nauczenia dwa utwory: "We Bleed" z okresu, gdy śpiewał Mike DiSalvo, oraz chyba "Defenestration" albo "Abigor" z "Blasphemy Made Flesh". Największym wyzwaniem była dla mnie era Lorda Worma. Teksty nie wydawały się pasować do rytmu jego growli.
Pamiętam, że zadzwoniłem do ówczesnego gitarzysty, Alexa Auburna, i zapytałem: "On naprawdę wypowiada te słowa? Czy po prostu szczeka i bawi się w Johna Tardy'ego? [wokalistę Obituary przyp. red.]". Przez pewien czas wykonywałem "Abigor" fonetycznie - odtwarzałem wzory wokalne, ale nie wypowiadałem właściwych słów. To było naprawdę trudne.
Dopiero około 2017 roku, kiedy na trasie Devastation on the Nation w Stanach graliśmy "None So Vile" w całości, zacząłem lepiej rozumieć sposób śpiewania Lorda Worma. Uświadomiłem sobie, że on wymawia słowa, ale czasem połyka sylaby albo zmienia ich rytm.
Sama technika wokalna też wymagała lat pracy. W Three Mile Scream używałem czasem niskiego growlu, ale po dołączeniu do Cryptopsy chciałem za wszelką cenę brzmieć jeszcze brutalniej. Zaciskałem gardło, ograniczałem oddech i zbyt mocno naciskałem. Efekt był odwrotny od zamierzonego. Pojawiał się dziwny ton, którego bardzo nie lubiłem. Kiedy dziś słucham swoich pierwszych występów z Cryptopsy, nie mogę tego znieść.
Dopiero około 2019 roku, po mniej więcej 12 latach w zespole, znalazłem wygodniejszą technikę. Paradoksalnie jest ona bardzo podobna do tego, co robiłem wcześniej w Three Mile Scream. Przez lata próbowałem za mocno i sam sobie przeszkadzałem.
W przyszłym roku minie 20 lat, odkąd dołączyłeś do zespołu. Co przez ten czas zmieniło się w waszej dynamice, twoich umiejętnościach i wkładzie w Cryptopsy?
- Przede wszystkim zyskałem pewność siebie. Od 2012 roku, kiedy Jon Levasseur ponownie odszedł z zespołu i zostaliśmy w składzie: Oli, Chris, Flo i ja, nigdy nie byliśmy tak zgrani. Wszyscy pracujemy nad wspólnym celem i rozumiemy, czym powinno być Cryptopsy.
Oczywiście czasem spieramy się o decyzje, ale wszyscy wiemy, czego zespół potrzebuje. Na początku mojej drogi w Cryptopsy nie miałem takiej świadomości. Nie rozumiałem jeszcze dobrze ani death metalu, ani strony biznesowej działania zespołu. Wcześniej grałem w grupie z kontraktem płytowym i odbyłem kilka małych tras, ale prawdziwego trasowego życia nauczyłem się dopiero w Cryptopsy.
Największa różnica to więc większa pewność siebie jako wokalisty, lepsza komunikacja wewnątrz zespołu i większe doświadczenie w prowadzeniu spraw związanych z działalnością grupy.
"The Unspoken King" pozostaje chyba najbardziej kontrowersyjną płytą w dyskografii Cryptopsy. Osobiście bardzo ją lubię i uważam, że wniosła do zespołu trochę świeżości. Jak dziś patrzysz na ten album?
- Jestem wdzięczny, że ta płyta powstała, bo gdyby nie ona, prawdopodobnie nigdy nie dostałbym się do zespołu. Cryptopsy szukało wtedy czegoś zupełnie innego - wokalisty, który potrafi śpiewać, a nie tylko krzyczeć. Lord Worm właśnie wrócił, a potem znowu odszedł, więc był to dla grupy trudny okres.
Mój stosunek do "The Unspoken King" jest zmienny. Nie uważam, że to najlepsza płyta Cryptopsy, ale jest interesująca. Myślę, że gdyby została wydana jako poboczny projekt, spotkałaby się z dużo lepszym przyjęciem.
Największy problem nie leżał jednak w muzyce, tylko w naszej reakcji na krytykę. Byliśmy zbyt defensywni i agresywni wobec fanów, którym ten materiał się nie spodobał. To mocno zaszkodziło naszej karierze. Odzyskanie zaufania słuchaczy zajęło nam wiele lat. Mieliśmy szczęście, że dali nam czas, żeby wrócić i pokazać późniejsze albumy, takie jak "As Gomorrah Burns" czy "An Insatiable Violence". Ta płyta jest zdecydowanie bliższa temu, co Cryptopsy robiło w latach 90., niż "The Unspoken King".
Wydaje mi się też, że to był znak czasów. Wiele zespołów spotykało się z podobną reakcją, wychodząc poza strefę komfortu. Dziś płyty, które kiedyś były mocno krytykowane, często są już doceniane.
- Tak, spotykam ludzi, którzy mówią mi, że lubią "The Unspoken King", ale zwykle trochę się tego wstydzą. Po koncertach często stoję przy merchu, rozmawiam z fanami i co jakiś czas ktoś podchodzi i szepcze mi na ucho: "Wiesz, bo ja lubię tę płytę". Ty powiedziałeś to z dużą pewnością siebie, jakbyś w ogóle nie bał się, że ktoś to usłyszy (śmiech).
Nie będzie jednak żadnej rocznicowej trasy poświęconej temu albumowi. Kiedyś graliśmy z niego "Worship Your Demons", bo to krótki i prosty utwór, który można było czasem dorzucić do setu. Ale nie wykonujemy go od lat i nie rozmawialiśmy o tym, żeby do niego wracać.
Masz też takie płyty, których nie lubiłeś po premierze, ale z czasem nauczyłeś się je doceniać?
- Zdecydowanie. Myślę, że z wiekiem zmienia się relacja z muzyką. Kiedyś kupowało się płyty CD i jeśli wydało się na album 20 dolarów, to dawało mu się kilka szans. Po pierwszym odsłuchu można było pomyśleć: "Nie podoba mi się, ale przecież właśnie wydałem na to pieniądze, posłucham jeszcze raz".
Dzisiaj, jeśli coś cię nie przekona, po prostu przechodzisz do jednej z milionów innych piosenek dostępnych w streamingu. Płytą, której kiedyś zupełnie nie rozumiałem, a później pokochałem, była zremiksowana wersja "Oceanic" zespołu Isis. Była naprawdę dziwna i odjechana. Z czasem mocniej wkręciłem się w Isis i zacząłem doceniać tę wersję.
Ale facet w sklepie płytowym, który polecił mi ten album tylko dlatego, że powiedziałem, że lubię Killswitch Engage i In Flames, powinien zostać zwolniony. To nie miało żadnego sensu. "Lubisz Killswitch Engage i In Flames? To posłuchaj tej dziwnej płyty z remiksami Isis" - kompletnie absurdalna rekomendacja.
To chyba klątwa płyt z remiksami.
Był tam remix Mike'a Pattona, a jestem jego wielkim fanem. To pewnie też wpłynęło na to, że wtedy sięgnąłem po ten album. Ale tak, zdecydowanie to jeden z takich przykładów.
Fajnie, że wspominasz Mike'a Pattona. Widziałem też, że w jednym z wywiadów mówiłeś o Marilynie Mansonie.
- Tak, jestem wielkim fanem. Bardzo czekam na jego nową płytę. Choć jego obecne brzmienie jest może trochę zbyt wygładzone i dopracowane produkcyjnie, ale to temat na osobną rozmowę.
To artyści, których wiele osób raczej nie spodziewałoby się po wokaliście Cryptopsy.
- Mam bardzo eklektyczny gust. Ostatnio, podobnie jak spora część świata, mocno wkręciłem się w Angine de Poitrine - zespół z Quebecu grający mikrotonową muzykę, występujący w maskach w kropki. Byłem z dziećmi na ich koncercie podczas festiwalu jazzowego.
Mój zachwyt muzyką mikrotonową nie jest jednak nowy. Jestem wielkim fanem Mr. Bungle, a to zaprowadziło mnie do Secret Chiefs 3, którzy również wykorzystują dużo mikrotonowych rozwiązań. Bardzo lubię też King Gizzard & the Lizard Wizard.
Ostatnio słucham przede wszystkim Johna Zorna i dużo jazzu. Szczególnie podoba mi się jego seria "The Book of Angels" - ma tam kilkadziesiąt płyt nagranych z różnymi muzykami jazzowymi. Lubię też post-rock i post-metal, więc Isis oraz Cult of Luna są mi bardzo bliskie. Słucham bardzo różnych rzeczy. Szczerze mówiąc, prawie nie słucham death metalu.
W ogóle?
- Nie celowo. Oczywiście sprawdzam, co robią znajomi i inne zespoły z naszego środowiska. Gdy Aborted, Cattle Decapitation czy Cannibal Corpse wydają nowy materiał, na pewno go przesłucham, ale nie włączam death metalu po prostu dla przyjemności. Może za bardzo kojarzy mi się to z pracą.
Will Ramos z Lorna Shore powiedział mi kiedyś dokładnie to samo.
- Też nie słucham zbyt dużo muzyki w trasie. W domu muzyka gra u mnie właściwie cały czas. Lubię, gdy jest w tle i mam nadzieję, że moim dzieciom też się podoba. Dzisiaj rano słuchałem Limp Bizkit, ale zrobiło się zbyt wulgarnie, więc wyłączyłem ich i włączyłem The Tea Party.
- W trasie jest jednak tyle hałasu dookoła, że cisza staje się czymś bardzo cennym. Czasem słucham czegoś podczas spacerów, bo na trasie zdarza mi się wychodzić samemu. Na ostatnich wyjazdach dużo słuchałem Karnivool, australijskiego zespołu progrockowego. Bardzo mi się podoba.
Wracając do Cryptopsy: jaki materiał z waszej dyskografii uważasz za niedoceniony?
- To trudne pytanie. Myślę, że ogólnie niedocenione są EP-ki z serii "The Book of Suffering". Wydaliśmy je niezależnie, w dziwnym momencie. Nasz album zatytułowany po prostu "Cryptopsy" też był niezależny, ale trafił do większej liczby osób. Internet i media społecznościowe bardzo szybko się wtedy zmieniły.
Na początku lat 2010. można było wrzucić post na profilu zespołu i praktycznie wszyscy obserwujący mogli go zobaczyć. To było jeszcze przed tym, jak algorytmy zaczęły mocno ograniczać zasięgi. Kiedy wydawaliśmy "The Book of Suffering: Tome I" i "Tome II", próbowaliśmy zastosować tę samą strategię co kilka lat wcześniej, ale internet zdążył całkowicie się zmienić. Mam wrażenie, że wielu fanów nawet nie wiedziało, że te EP-ki się ukazały.
Są tam świetne utwory. "The Knife, the Head and What Remains" bardzo się wyróżnia, "Sire of Sin" to naprawdę mocny numer. Środkowa część tego utworu jest świetna. Uwielbiam grać go na żywo, choć ostatnio rzadziej po niego sięgamy, bo skupiamy się na jubileuszu "None So Vile".
W Polsce podczas trasy zagracie z Vulvodynią, ale także z Terror. To bardzo ciekawe połączenie, bo Terror to przecież zespół hardcore'owy.
- Sam nie wiem, co się wydarzy. Mam nadzieję, że fani obu środowisk będą się dobrze bawić razem. Zimą dostałem e-mail z pytaniem, czy chcemy połączyć te koncerty, i od razu uznałem, że to dobry pomysł. Jestem fanem Terror i myślę, że będzie to bardzo intensywny wieczór.
Gramy w czwartek, 30 lipca, w krakowskim Hype Parku. Bardzo się na to cieszę. Lubię takie letnie koncerty i festiwalowe składy, bo można spotkać znajomych albo poznać nowe osoby na jeden dzień. To trochę jak obóz letni - inaczej niż podczas długiej trasy, gdy codziennie spędzasz czas z tym samym zespołem, jak choćby 200 Stab Wounds, których koszulkę masz teraz na sobie.
Graliście w Polsce wiele razy, również z bardzo ciekawymi zespołami. Masz jakieś szczególne wspomnienia z tych koncertów?
- Mam jedną zabawną historię. Graliśmy w Krakowie z Warbringer i Decapitated. Nie powiem, o którego muzyka chodzi, ale basista jednego z zespołów chciał przygotować mi drinka. Z tyłu klubu była rampa rozładunkowa i schody prowadzące na dół, ale dalej nie było żadnej barierki.
Zamiast trafić na schody, zrobił krok w złym miejscu i spadł z rampy. My od razu zbiegliśmy do niego, pytając, czy wszystko w porządku i czy nic mu się nie stało. Odpowiedział, że nic mu nie jest, więc poszedł do baru. Kiedy tam do niego dotarliśmy, okazało się, że jego noga jest mocno poraniona i leje się z niej krew. Trafił do szpitala, ale mimo wszystko dokończył trasę. To naprawdę twardy gość.
Na koniec pytanie niezbędne latem: trzeba się dobrze nawadniać, a ty jesteś piwnym geekiem. Jaki byłby twój idealny zestaw piw na ciepły dzień?
- Ostatnio mam obsesję na punkcie jednego piwa z Quebecu. Nazywa się "Péché Mortel", to kawowy stout. Moja córka pewnie już ma dość słuchania, jak ciągle o nim mówię i go piję. To najgorsze możliwe piwo na upalny dzień, bo ma 9,5%, ale w tej chwili nie mogę się od niego oderwać.
Będzie mi go brakowało w Europie. Jeśli gdzieś je znajdę, będę bardzo szczęśliwy, ale raczej nie liczę na to. Pewnie będę pił lekkie pilsy i lagery, postaram się wysypiać i dobrze nawadniać. Słyszałem, że będzie gorąco, więc przede wszystkim wypiję dużo wody.










