Wiktor Fejkiel: Rok 2026 okazał się dla ciebie przełomowy - po czasie spędzonym w zespole Nago wchodzisz na scenę jako artystka solowa. Jakie to uczucie stanąć przed słuchaczami wyłącznie pod własnym imieniem i nazwiskiem?
Martyna Baranowska: - Myśli o zrobieniu czegoś solo od dawna kiełkowały w mojej głowie. Tak bardzo się cieszę, że w końcu to zrobiłam. Od kiedy pamiętam, byłam częścią zespołu. W solowej odsłonie czuję większą odpowiedzialność, nie jest to łatwe. Jestem przeszczęśliwa i szczerze mówiąc, nie spodziewałam się, że to wszystko wydarzy się w takim tempie. Jestem bardzo wdzięczna.
Twój solowy rozdział otworzył singel "serce". Piosenka trafiła do tegorocznych Opolskich Debiutów, a niedawno pokazałaś jej wersję akustyczną Street Session. Spodziewałaś się tak dobrego odbioru? Skąd pomysł, by nagrać ten utwór w tak surowej odsłonie na szczycie skateparku w marokańskim Taghazout?
- Nie spodziewałam się, przerosło to moje oczekiwania. Cieszę się, ponieważ ta piosenka jest dla mnie bardzo ważna. Jeśli chodzi o Street Session - szczerze mówiąc, to nagranie wyszło spontanicznie. Docelowo pojechaliśmy tam o wschodzie słońca, żeby nagrać teledysk do zupełnie innej piosenki. Koleżanka, która robiła zdjęcia, zapytała, czy zagrałabym jej "serce". Zgodziłam się, zagrałam, a znajomy, który miał nagrywać teledysk, chwycił za kamerę. Nie byłam do tego przygotowana, miałam poranny, skrzeczący głos, ale wydaje mi się, że wyszło słodko (śmiech).
Podróżowanie kamperem z Portugalii do Maroka brzmi jak naprawdę dobra przestrzeń do szukania inspiracji. Jak bardzo doświadczenia z drogi i zmiana otoczenia wpłynęły na piosenki, które obecnie tworzysz?
- Bardzo doceniam, że mam taką możliwość. Zmiana kadru, otoczenia, podróżowanie przez różne kontynenty i kultury pozwalają mi bardzo mocno docenić to, w jakim miejscu się znajduję. Takie wyprawy często wprowadzają mnie w stan nostalgii. Ciągnie mnie do słońca, do wschodów i zachodów. Wydaje mi się, że ta nostalgia i to słońce są mocno słyszalne w mojej muzyce.
W swoim najnowszym singlu "Tracimy tylko czas" śpiewasz o powracaniu do relacji i schematów, które dawno powinny zostać zamknięte. Pisanie tak osobistych, emocjonalnych tekstów jest dla ciebie formą autoterapii i domykania pewnych rozdziałów w swoim życiu?
- Faktycznie, najczęściej piszę o tym, co sama przeżyłam albo z czym się zmagam. Staram się zawierać w piosenkach prawdę o sobie. Powiedzenie pewnych rzeczy głośno z pewnością jest takim postawieniem "kropki nad i" oraz może stanowić formę autoterapii. Są piosenki, które na koncertach śpiewam z sercem w gardle, ale jednocześnie czuję przy tym ogromną satysfakcję i szczęście.
"Tracimy tylko czas" to moment również otrzeźwienia i odzyskiwania siebie. Jakie to uczucie wyrzucić z siebie takie emocje w studio i ubrać je w chwytliwy, melancholijny pop?
- Kocham pracować w studiu i uwielbiam ten moment, w którym wszystkie pomysły się materializują. Mogę wyśpiewać to, co siedziało gdzieś tam, głęboko w środku. Jest to bardzo przyjemne uczucie.
Przy tym utworze współpracowałaś z Mimi Wydrzyńską, Leonem Krześniakiem oraz Maćkiem Wasio. Jak przebiegała ta praca - można powiedzieć wręcz - zespołowa?
- Z każdą z tych osób pracuje się świetnie. Przede wszystkim słuchamy siebie nawzajem i to jest super. Poznajemy się przez muzykę. Z Leonem i Mimi pracowałam jedynie przy tej piosence i muszę przyznać, że poszło bardzo sprawnie. Leon wniósł lekkość, a Mimi pomogła mi w prosty, nieprzekombinowany sposób wyrazić pewne emocje w tekście. Maciek zmienił nieco charakter piosenki. Stała się bardziej "szorstka" i "harpagańska" - dziwne słowo, ale lubię je (śmiech). I chyba najlepiej opisuje to, co do piosenki wniósł Maciek (śmiech).
Pracujesz obecnie nad pełnym debiutanckim albumem pod okiem wspomnianego Maćka Wasio. Jakiego brzmienia możemy spodziewać się na nowej płycie?
- Z Maćkiem pracuję długo i zrobiliśmy razem wiele piosenek. Obydwoje stawiamy na gitarowy core, więc rozumiemy się świetnie, tworząc razem piosenki. Ja kocham gitarę, melodię, prosty, prawdziwy tekst i wiem, że Maciek też. Dlatego mamy fajne, muzyczne flow. Na płycie będzie dużo ciepła, nostalgii i dużo wspomnianej gitary. Będzie emocjonalnie.
Gdzie twoim zdaniem przebiega w dzisiejszej polskiej muzyce granica między niezależną alternatywą a chwytliwym popem?
- Moim zdaniem ta granica jest dziś bardzo płynna. Nie przebiega już po prostu między "brzmi dziwnie" a "brzmi radiowo". W polskiej muzyce alternatywnej coraz częściej pojawiają się chwytliwe refreny, popowe melodie czy profesjonalna produkcja, a z drugiej strony pop może być bardzo osobisty, eksperymentalny i nieoczywisty. Dla mnie ważniejsze od samego brzmienia są intencja, swoboda artystyczna i sposób pisania. Alternatywa zaczyna się tam, gdzie artysta nie podporządkowuje całej piosenki temu, żeby była jak najbardziej łatwa do sprzedania czy natychmiastowego zapamiętania. Może mieć chwytliwy refren, ale zostawia sobie przestrzeń na dziwność, ryzyko czy własny język. Z kolei pop nie musi być wcale "gorszy" czy mniej autentyczny. Jeśli ktoś świadomie tworzy bardzo przystępne piosenki, ale robi to z własnym charakterem, nadal może mieć coś wartościowego do powiedzenia.
Przed tobą intensywny czas i zbliżająca się premiera debiutanckiej płyty. Jest coś, czego najbardziej nie możesz się doczekać w tym nadchodzącym czasie?
- Staram się czerpać jak najwięcej radości z samego procesu tworzenia jej. Ale nie mogę się doczekać, kiedy ostatecznie się to wszystko zmaterializuje i trafi w całości do ludzi. No i oczywiście koncertów. Takie spotkanie z odbiorcami jest dla mnie najlepszą nagrodą za cały intensywny proces tworzenia!











