Wiktor Fejkiel, Interia Muzyka: Pod koniec maja wydaliście krążek "Atmosfera" w polsko-rumuńskiej kolaboracji z Ion Din Dorobantim. Czujecie, że jest on dobrym odzwierciedleniem tego, w jakim miejscu jako Błoto obecnie jesteście?
Marek Pędziwiatr, Błoto: - Myślę, że tak, bo Błoto to projekt nieustannie płynny - dokładnie tak, jak struktura dosłownego błota (śmiech). Ta płyta to nasz kolejny krok w przód. Przy każdym nowym wydawnictwie staramy się podjąć inne wyzwania i zrobić coś świeżego. Do tej pory eksperymentowaliśmy głównie z przestrzenią, adaptując na studia nagraniowe nietypowe miejsca, albo zmienialiśmy konfiguracje instrumentalne. Tym razem postawiliśmy na gości. Głównym filarem tej współpracy jest właśnie Ion D, ale na materiale przewija się także Plevna oraz niezastąpiony DJ Eprom. Poza tym po raz kolejny poeksperymentowaliśmy z lokalizacją - tym razem opuściliśmy ojczyznę i nagrywaliśmy w Rumunii. Po tych sesjach i kilku zagranych tam koncertach mogę śmiało powiedzieć, że to dla nas bratni kraj i bratni naród. Ion na czatach często wita nas hasłem "Hello Eastern Brothers" i ta więź jest autentycznie wyczuwalna. Gdyby puścić Ionowi naszego kultowego "Misia", to on by go bez problemu zrozumiał - mamy to samo DNA.
Jaka jest natomiast geneza zespołu Błoto?
- To w dużej mierze wynik zbiegu wielu okoliczności. Wszystko zaczęło się od samej nazwy zespołu, która powstała przez czysty przypadek. Kiedy odsłuchiwaliśmy surowe nagrania z naszej pierwszej, zupełnie niezaplanowanej sesji - z której narodził się debiutancki album "Erozje" - ktoś rzucił, że to brzmi po prostu jak "błoto", bo jest takie brudne i surowe. W zespole łączy nas specyficzne, wspólne poczucie humoru. Bardzo lubimy bawić się słowem, wieloznacznością i przekładać dźwięki na konkretne skojarzenia. Nazwa "Błoto" stała się prowokacją do budowania wokół niej kolejnych konceptów.
Znacie granice swoich horyzontów brzmieniowych, z których czerpiecie? Zgodzisz się chyba, że na tym krążku etykieta jazzu została mocno zmarginalizowana - jeśli nie całkiem porzucona - na rzecz tej genialnej fuzji elektroniki i folkloru…
- Jazz to nasz korzeń i baza do wszelkich poszukiwań. Sama idea tej muzyki od zawsze opierała się na przyglądaniu się temu, co dzieje się dookoła. Pierwsze standardy jazzowe nie powstawały przecież w próżni - te melodie podkradano z przedstawień czy popkultury początku XX wieku. My żyjemy w XXI wieku - muzyka się zmienia, a my po prostu obserwujemy ten proces. Już na albumie "Kwasy i zasady" eksperymentowaliśmy z drillem przykładowo. Wtedy też pojawiały się pytania: czy to jeszcze jest jazz, czy już nie? My się nad tym w ogóle nie zastanawiamy. Korzystamy z najcenniejszego zasobu jazzu, czyli z improwizacji, zabawy rytmem i pełnej otwartości na "tu i teraz". Zresztą, to nie musi być sztywno powiązane z jazzem, bo obok istnieje scena muzyki improwizowanej, która łamie jeszcze więcej zasad. Każdy z nas odebrał jazzową edukację, mamy to w krwiobiegu i nigdy się z tego nie odetniemy. Eksplorujemy i szukamy dalej. Nie robimy tego jednak, żeby za wszelką cenę zaskoczyć słuchaczy, ale po to, by zaskakiwać samych siebie. Jeśli ten świat przestanie nas zadziwiać, jeśli stracimy dziecięcą euforię poznawania nowych rzeczy, to jako artyści będziemy po prostu martwi. Ale na szczęście tak nie jest - ten głód ciągle w nas siedzi.
Wielu nazywa was najbardziej alternatywnym jazzowym zespołem w Polsce. Myślę, że to o tyle trafne, że "Atmosfera" ma dość mocny jazzowy fundament, który traktujecie jednak jako punkt wyjścia do takiego brzmienia, na jakie w danej chwili macie ochotę…
- Warto tutaj zadać sobie pytanie - czym tak naprawdę jest dziś ta alternatywa? Podobnie jak w przypadku jazzu, każdy odpowie ci zupełnie inaczej. Żeby zobaczyć, jak płynne i momentami absurdalne są te granice, wystarczy spojrzeć powierzchownie na podwórko Fryderyków. Środowisko naszych projektów - czy to EABS, czy właśnie Błoto - wydało mnóstwo płyt i ma na koncie sporo dokonań. Mimo to nigdy nie dostaliśmy nagrody w kategorii jazzowej ani w alternatywie, w której Błoto było zresztą nominowane. Dlatego nie od dziś widzę, że dywagacje na temat gatunków na gruncie polskich nagród muzycznych to śliski grunt - tam regularnie dochodzi do pomyłek pojęciowych. Bo co to właściwie znaczy "alternatywa", gdy wrzuca się wszystko do jednego worka?
My sami nie szukamy dla siebie szufladki. Wiemy, że mediom łatwiej się funkcjonuje, gdy dostają gotową etykietę, stąd ta nowa narracja o "wychodzeniu z jazzu". To jakiś azymut, choć wewnętrznie uważam, że wcale tak daleko od tego jazzu nie odchodzimy. Ale jeśli ta mityczna "alternatywność" ma oznaczać po prostu pewną inność, to jak najbardziej się zgadzam. Jesteśmy alternatywni, bo zależy nam na kształtowaniu własnego, unikalnego stylu i byciu innym niż wszyscy. Chcemy siać swoją własną propagandę i zarażać tym podejściem kolejne pokolenia. I to powoli zaczyna się dziać - pojawia się coraz więcej młodszych zespołów, które może nie grają kropka w kropkę tego co my, ale zaczynają myśleć o muzyce w bardzo podobny, wolny sposób. Jeśli tak mamy rozumieć alternatywę, to wchodzę w to bez wahania.
"Atmosfera" to krążek, który w przeciwieństwie do poprzednich, powstawał za granicami Polski - w Rumunii. Jaka jest w ogóle geneza waszego wyjazdu do Bukaresztu i pracy nad tym materiałem? Trzeba przyznać, że to dość nietypowy i nieoczywisty kierunek twórczych poszukiwań dla polskich muzyków.
- Cała ta historia zaczęła się dzięki wsparciu Instytutu Adama Mickiewicza, który realizuje programy wspierające polsko-rumuńską współpracę kulturalną. Rok wcześniej wziął w tym udział m.in. zespół Dagadana, ale w ich przypadku skończyło się to na nagraniu wspólnego klipu wideo z rumuńskim artystą. My, bywając już wcześniej w Rumunii na koncertach zarówno z EABS-em, jak i z Błotem, dostaliśmy podobną propozycję współpracy. Mieliśmy wolną rękę w wyborze artysty, z którym chcielibyśmy wejść do studia. Początkowo projekt mógł zamknąć się w ramach jednego singla czy krótkiej sesji live. Trafiliśmy jednak na tak niesamowitego partnera, że od razu poczuliśmy, że ta relacja wyjdzie daleko poza oficjalny program - tym partnerem okazał się właśnie Ion Dorobanțu. Szybko złapaliśmy wspólny język, ponieważ Ion szuka w muzyce tego samego co my: czegoś osobliwego i nieoczywistego. To zagrało natychmiast.
Jak natomiast przebiegała ta współpraca na płaszczyźnie studyjno-kompozycyjnej?
- Pojechaliśmy tam z całkowicie czystą głową, bez żadnych założeń. Chcieliśmy po prostu wejść do studia i zobaczyć, co się wydarzy. Na szczęście wszystko przebiegło niesamowicie naturalnie. Ion wtopił się w Błoto w całkowicie niewymuszony, bezpretensjonalny sposób. I tu dochodzimy do bardzo ważnego punktu w kontekście tego rzekomego "wyjścia z jazzu". My, jako członkowie Błota, chcąc nie chcąc wywodzimy się ze środowiska jazzowego - Ion natomiast z jazzem nie ma i nigdy nie miał nic wspólnego. Nie jest wykształconym jazzmanem, ale jest genialnym muzykiem improwizującym. Dzięki temu uniknęliśmy efektu "wnoszenia drewna do lasu"- Ion wniósł na tę sesję zupełnie nową jakość i osobliwy pierwiastek. W wielu momentach był wręcz naszym dobrym duchem. Na samej płycie gra na gitarze (która jest jego głównym instrumentem) zaledwie w dwóch utworach. Kilka razy słychać go na syntezatorze, a momentami programował automaty perkusyjne, które nadawały nam rytm do improwizacji. Ale bywały też chwile, kiedy nie wydawał z siebie żadnego dźwięku - po prostu siedział obok i vibe'ował razem z nami.
Czyli wasze sesje w pełni oparte były na improwizacji…
- Dokładnie - każda nasza sesja to czysta improwizacja, co laikowi może kojarzyć się z chaosem. U nas ten chaos jest jednak całkowicie okiełznany przez porozumienie bez słów. Często porównuję to do wspólnego gotowania w kuchni. Jeśli każdy kucharz w tym samym czasie postanowi doprawić potrawę po swojemu, to na koniec wszystko będzie przepieprzone i niejadalne. Improwizacja z głową polega na wzajemnej obserwacji i świadomości tego, co wspólnie tworzymy. Skoro ty już posoliłeś, to ja tylko delikatnie popieprzę. Gdy te bazowe smaki są już na talerzu, trzeci z nas może dorzucić jakąś egzotyczną przyprawę, na przykład kurkumę. Na tym polega cała sztuka - na odpowiedzialności za wspólne dzieło i schowaniu własnego ego do kieszeni na rzecz finalnego efektu.
Słuchając "Atmosfery" można wyraźnie wyczuć to, o czym sami wielokrotnie wspominacie, że ten krążek należy postrzegać jako dwuaktową opowieść o kondycji współczesnej jednostki w trybach kapitalizmu. Skąd u was potrzeba poruszania tak głębokich, ważnych i niezwykle aktualnych tematów społecznych?
- Robimy to wszystko dlatego, że chcemy przełamać utarty, nudny schemat, według którego muzyka instrumentalna jest o niczym, nie niesie żadnych treści i nic nie znaczy. Głęboko wierzymy w przekaz i siłę rażenia samej muzyki. Nawet bez użycia słów, za pomocą jednego celnego hasła czy tytułu, dany utwór zostaje nasączony konkretną informacją. Ta informacja rezonuje z ludźmi. Pomaga im w życiu, bo mogą sobie stworzyć z naszych kompozycji soundtrack do własnej codzienności - co zresztą regularnie widzimy w mediach społecznościowych. Nasi słuchacze identyfikują się z tą muzyką na wielu poziomach. Zdarza się też, że twórcy filmowi kupują licencje na nasze utwory. Na razie to głównie niszowe i niezależne produkcje, ale liczymy na to, że w przyszłości nasza muzyka zilustruje jakiś naprawdę gruby temat kinowy.
Na początku lipca mieliście okazję sprawdzić się na Open'erze. Jak odnaleźliście się ze swoim unikalnym, brudnym brzmieniem na tak mainstreamowym festiwalu?
- Po prostu nie udawaliśmy nikogo i chyba na tym to polega. Skoro organizatorzy chcieli Błoto na Open'erze, to dostali Błoto - prosta sprawa, bez szukania drugiego dna. Pracujemy na własnych warunkach i cieszy nas, że to brzmienie jest doceniane zarówno na niszowych imprezach, jak i na największych festiwalach w Polsce. Ogromnie cieszymy się z tego kredytu zaufania. Największą nagrodą dla artysty jest sytuacja, w której nie musi niczego naciągać ani udawać, tylko zachowuje pełną wolność ekspresji. Jako osoba, która najczęściej prowadzi nasze koncerty i stoi przy mikrofonie, z fascynacją obserwuję, jak z roku na rok rośnie zaufanie publiczności do tego, co robimy. Ludzi pod sceną przybywa, a my możemy pozwolić sobie na scenie na coraz bardziej przedziwne rzeczy, nie tracąc ich uwagi.
Festiwalem, który profilem znacznie bardziej do was pasuje, będzie OFF Festival. Tutaj chyba się zgodzicie, że to naturalne środowisko dla Błota?
- Zdecydowanie tak. OFF to w końcu synonim alternatywy, więc ten klimat jest nam bardzo bliski. Ogromnie doceniamy otwartość Artura Rojka i to, jak szeroko patrzy na świat, robiąc selekcję na swój festiwal. Rojek od wielu lat jest naprawdę świetnym selekcjonerem. I nie chodzi tu tylko o dobieranie muzyki jazzowej czy okołojazzowej. Nawet kiedy fizycznie nie mogłem pojawić się na festiwalu, samo przeglądanie line-upu OFF-a wielokrotnie pozwoliło mi odkryć genialne rzeczy, na które sam bym pewnie nigdy nie wpadł. To jest w tym wszystkim najpiękniejsze.
Z jakim nastawieniem jedziecie do Katowic? Szykujecie coś specjalnego na ten OFF-owy występ?
- To będzie nasz ostatni koncert tuż przed oficjalną trasą koncertową z Ionem D. Na samym OFF-ie Iona z nami jeszcze na scenie nie będzie, ale z pewnością zagramy już pierwsze przedpremierowe przecieki z "Atmosfery" i będziemy je na bieżąco eksplorować i dekonstruować na żywo. Oczywiście sięgniemy też po nasze starsze, klasyczne numery, ale - jak to u nas - zawsze podamy je w tak odświeżonej formie, że ludzie momentami mogą mieć problem z ich rozpoznaniem. I dokładnie o to w tym chodzi - szykujemy na OFF-a sporo niespodzianek, dlatego gorąco wszystkich zapraszamy pod scenę.







![Dom Zły na OFF Festivalu: "Nie możemy schować się w mroku" [WYWIAD]](https://i.iplsc.com/000LOGE4DN72N5SJ-C401.webp)


