Wiktor Fejkiel, Interia Muzyka: Emocje po majowym zwycięstwie w "Must Be The Music" zdążyły już opaść?
Marcycha: - Te pierwsze, najbardziej intensywne emocje po wygranej na pewno opadły, chociaż wciąż staram się wracać do tamtych chwil. Głównie dlatego, że od momentu finału w moim życiu bez przerwy coś się dzieje - ciągle tworzę, wyjeżdżam i gram koncerty. Dopiero teraz tak naprawdę mam czas, żeby to wszystko na spokojnie poukładać sobie w głowie. Ale wzruszenie powraca za każdym razem, gdy oglądam powtórki odcinków albo czytam komentarze słuchaczy.
Co z dzisiejszej perspektywy wskazałabyś jako najważniejszą rzecz, jaką wyniosłaś z udziału w tym programie?
- Przede wszystkim ogromne doświadczenie sceniczne. Poza jednym czy dwoma wyjątkami, to były moje pierwsze publiczne występy z autorskim materiałem, więc bez dwóch zdań program pozwolił mi zbudować pewność siebie na scenie. Jak chyba każdy artysta, miewam momenty zwątpienia i myśli, że może nie jestem wystarczająco dobra - a udział w "Must Be The Music" sprawił, że mocniej w siebie uwierzyłam i poczułam, że naprawdę potrafię to robić. Druga sprawa to wartościowe relacje. Wyniosłam z programu wspaniałe przyjaźnie i z wieloma uczestnikami mam stały kontakt do dziś.
Tak jak sama wspomniałaś, od finału sporo się u ciebie wydarzyło, a mimo to nadal nie ukazała się w tym roku żadna nowość...
- To prawda, natomiast planuję wypuszczać single w najbliższym czasie. W kolejce czeka już kilka gotowych utworów, więc słuchacze mogą być spokojni - nowości na pewno się pojawią (śmiech).
Dotychczas dałaś się poznać z niezwykle intymnej strony, łącząc osobiste teksty z charakterystyczną, wyrazistą melodyką. Ten kierunek zamierzasz nadal kontynuować?
- Myślę, że nigdy nie odejdę od nuty romantyzmu i poetyckich akcentów. Zmieniać może się natomiast sama warstwa instrumentalna. Mam w materiale utwory mocno kameralne, zorganizowane wokół składu smyczkowego, ale też takie z elementami subtelnej elektroniki. Wymykam się jednolitej formie, ale to wszystko wciąż mieści się w ramach mojego autorskiego stylu, który zdecydowanie będę chciała kontynuować.
Dość naturalnie u wielu twoich słuchaczy budzi to porównania do sanah. Jak ty się do nich odnosisz?
- Prywatnie jestem wielką fanką Zuzi i bardzo lubię jej twórczość, choć nigdy nie miałyśmy okazji się poznać. Część z tych komentarzy w sieci bywa złośliwa - w stylu: "mamy już jedną sanah, po co nam druga?". Ja jednak absolutnie nie traktuję takich porównań jako obelgi. Jeśli ktoś dostrzega w mojej muzyce podobny klimat, to mogę tylko podziękować, bo to spory komplement. Nie oznacza to jednak, że się nią inspiruję czy próbuję kogoś kopiować - chcę iść wyłącznie własną ścieżką. Podobieństwa pewnie wynikają z tego, że obie gramy na skrzypcach i dzielimy miłość do kwiatów, ale artystycznie buduję swój całkowicie niezależny świat.
Niezwykle jednak ciekawym aspektem łączącym ciebie i sanah jest sposób, w jaki przemycacie muzykę folkową do polskiego mainstreamu. To chyba jeden z najbardziej fascynujących elementów również twojej twórczości.
- Jestem ogromną miłośniczką folkloru w każdej postaci. Choć pochodzę znad morza, od dziecka regularnie jeździłam w góry i na Podhale, przez co głęboko przesiąknęłam (tą prawdziwą!) góralską muzyką. Od zawsze fascynuje mnie to, co naturalne, rdzenne i zbudowane z najprostszych, najpiękniejszych elementów. Jeśli tylko mam okazję wplatać te motywy do autorskiego materiału, robię to z wielką radością. Jestem zakochana w takich fuzjach - genialnym przykładem jest choćby Miuosh i jego projekt z Zespołem Pieśni i Tańca "Śląsk" [jesienią Polsat pokaże koncert "Pieśni Współczesne - Antologia" z udziałem m.in. Marcychy - przyp. red.]. Powinniśmy robić takich rzeczy jak najwięcej, bo polski folklor jest nieprawdopodobnie bogaty i warty pokazywania.
Wspomniałaś na początku rozmowy, że kolejne single czekają już w kolejce. W związku z tym masz już poukładane myśli wokół debiutanckiego longplaya?
- Pewnie, że tak! Płyta jest już w oficjalnych planach, o których mówię wprost. Prace nad nią trwają cały czas, wciąż dopracowuję jej ostateczną koncepcję, a moim największym marzeniem jest wydanie jej również na winylu. Dla każdego artysty po wygraniu takiego programu stworzenie debiutanckiej płyty to naturalny krok. Zwłaszcza że planowałam wydać album już rok temu i wtedy się nie udało (śmiech) - tym razem po prostu muszę to dopiąć do końca.
W rozmowie dla Polsatu, bezpośrednio po finałowym występie w "Must Be The Music", wspominałaś, że najtrudniejsze podczas programu były występy na żywo z zespołem. Udało ci się już oswoić z tą sceniczną tremą?
- Myślę, że w dużym stopniu tak, choć tremy nigdy nie da się wyeliminować do zera - i pewnie zawsze będzie mi w jakimś stopniu towarzyszyć. Najbliższym testem będzie dla mnie występ na Festiwalu FAMA, gdzie po raz pierwszy zagram autorski materiał z zespołem, który sama powołałam i z którym od dawna szlifuję swoje numery. To będzie mój kolejny ważny sprawdzian. Wydaje mi się jednak, że ten najtrudniejszy test mam już za sobą. Kiedy w półfinale programu musiałam śpiewać zawieszona dwa metry nad ziemią, grać na fortepianie i jednocześnie pilnować kwartetu smyczkowego, poczułam, że trudniej już być nie może (śmiech). Skoro wtedy dałam radę, to teraz jestem znacznie spokojniejsza.
Ze swoim materiałem zdążyłaś już wystąpić na sporych imprezach - takich jak Męskie Granie, EFKA Festival czy Olsztyn Green Festival. Czymś szczególnym te koncerty zdołały cię zaskoczyć?
- Zaskoczyły mnie przeogromnie i niesamowicie wzruszyły. Wyobraź sobie sytuację z Olsztyn Green Festival: na dużej scenie równolegle gra Artur Rojek, a pod moją sceną gromadzi się naprawdę sporo ludzi. Sama na ich miejscu poszłabym pewnie na Rojka, a oni zdecydowali się przyjść właśnie do mnie (śmiech). Albo historia z EFKA - świetny festiwal, choć kameralny, a okazuje się, że jakaś dziewczyna przyjechała specjalnie ze środka Polski tylko po to, by posłuchać mojego koncertu. To niesamowite uczucie. Polskie festiwale mają w sobie coś takiego, że mimo dużej skali pozwalają złapać z ludźmi bardzo bliski, wręcz intymny kontakt. Do tego dochodzą emocje po programie, które wciąż we mnie rezonują, więc ten widok publiczności, która przeżywa to wszystko razem ze mną, po prostu chwyta za serce.
Już na dniach wystąpisz na wspomnianym Festiwalu FAMA w Świnoujściu. Z jakim nastawieniem podchodzisz do tego koncertu?
- Udało mi się bezpośrednio przed tym występem wyskoczyć do Włoch, więc z dala od codziennego zgiełku poukładałam sobie w głowie cały plan na ten koncert. Ogromnie się cieszę, bo to przecież legendarna FAMA, na której zaczynało tylu wspaniałych artystów! Oczywiście towarzyszy mi lekki stres przed pierwszym występem z własnym zespołem, ale mam u boku prawdziwych zawodowców i jestem pewna, że świetnie sobie poradzą (śmiech). Łączy nas dobra energia, więc to będzie przede wszystkim ten pozytywny, mobilizujący stres.
Szykujesz coś specjalnego na ten występ?
- Zaprezentujemy dwie piosenki, których nikt jeszcze wcześniej nie słyszał, a do tego szykujemy kilka nowych, naprawdę fajnych aranżacji. Tak że widzimy się w Świnoujściu!

















