Maks Tachasiuk: Do tytułów takich jak "odkrycie" czy "objawienie" wciąż nie przywykłem [WYWIAD]
Maks Tachasiuk to młody muzyk, który właśnie szykuje się do wydania swojego debiutanckiego albumu. Na koncie ma już kilka hitowych singli, takich jak "Psy" czy "Firdygałki", a także występy na wielkich scenach, m.in. podczas 62. Krajowego Festiwalu Polskiej Piosenki w Opolu. W rozmowie z Interią artysta opowiedział o procesie powstawania debiutanckiej płyty "Wieje", o historiach, które kryją się za najnowszymi utworami oraz przygotowaniach do premiery. Zdradził, kto go inspiruje i czy bycie "odkryciem" to dla niego duża rzecz. Uchylił również rąbka tajemnicy na temat swojego najbliższego koncertu, który odbędzie się już 17 kwietnia w Poznaniu (w ramach Next Festa).

Weronika Figiel, Interia Muzyka: Oddajesz swój debiutancki album w ręce słuchaczy - jakie to uczucie?
Maks Tachasiuk: - Absolutnie niepowtarzalne. Tworzyć, a później oddawać w ręce słuchaczy tak złożoną strukturę; coś, co w mojej głowie ma jakiś początek, środek i koniec, jest uczuciem naprawdę wyjątkowym. Bardzo się cieszę, że to się w końcu udało.
Premiera debiutanckiej płyty to faktycznie jedno z największych marzeń, gdy zaczyna się wydawać muzykę?
- Zależy jak na to spojrzeć, bo dzisiaj faktycznie więcej pojawia się takich krótkometrażowych form - single, EP-ki - które też na swój sposób są fajne. Z drugiej strony pamiętam, że na samym początku podchodziłem do singli w taki sposób, że nie chciałem porywać się na płytę, bo zupełnie nie czułem się na nią gotowy. Nie miałem aż tylu pomysłów w głowie, konkretnej wizji, nie czułem się dość dojrzałym muzykiem. Gdzieś po drodze stało się tak, że jestem tutaj. Nabrałem pewności siebie - choć to duże słowa - żeby zacząć swoją twórczość ukierunkowywać w stronę większej całości. To nie było więc moje marzenie od początku, ale na pewnym etapie na pewno się nim stało. Starałem się mierzyć siły na zamiary i w końcu stwierdziłem, że to jest ten moment - wtedy album stał się celem.
Wspominasz o pewności siebie. Co jeszcze wyniosłeś z procesu tworzenia krążka? Czego nowego się dowiedziałeś - może o sobie samym?
- Jednoczesna praca nad kilkoma utworami to z pewnością coś, czego do tej pory nie przeżyłem. Zazwyczaj był to jakiś jeden główny kawałek, który staraliśmy się skończyć, żeby wydać potem jako singiel. Więc był, przykładowo, jeden kończony, drugi w fazie tworzenia i to wszystko - na dwóch czy trzech utworach się to zamykało. Teraz nagle zrobiło się ich troszkę więcej, gdzieś na przełomie listopada i grudnia. To był chyba najciekawszy moment - praca nad wieloma kompozycjami na raz. Zauważyłem, że od bardzo dawna miałem pomysły na większość z tych piosenek. One bardzo powoli do mnie przychodziły i wreszcie pojawił się moment przełomowy, gdy przestałem myśleć o nich w kontekście jednostek. Potraktowałem je jak puzzle - poczułem się, jak wtedy, gdy kończysz już układać i masz ostatnich 15 elementów z tysiąca, rozsianych w różnych miejscach, i musisz je poskładać w całość. To było zupełnie inne doświadczenie.
O sobie też dowiedziałem się całej masy rzeczy - ta płyta jest o mnie, jakby nie patrzeć. Do tego też musiałem dojrzeć, aby przestać się bać opowiadać stricte o sobie, o konkretnych rzeczach, które mnie dotyczą. Kiedyś starałem się tego bardzo wystrzegać, uogólniałem. Wszystko, co do tej pory wydałem jest bardzo osobiste - w szczególności od czasu "Psów" - ale dopiero, gdy przyszło do sklejania materiału w całość, to pozwoliłem sobie wejść w szczegóły w tym wszystkim.
Ja chciałabym te twoje puzzle rozłożyć ponownie na części i zapytać najpierw o wspomniane "Psy". Myślę, że można obecnie nazwać tę piosenkę twoim największym przebojem. Czym ona jest dla ciebie po czasie - bo wydana została ponad rok temu?
- Z mojej perspektywy "Psy" przeszły ze mną dość długą drogę - od poważnego debiutu u boku moich managerów z Fala Label, przez pierwsze wywiady w dużych rozgłośniach radiowych, Next Fest rok temu, Festiwal w Opolu, Bestsellery Empiku całkiem niedawno. Ta piosenka zahaczyła o tyle wspaniałych sytuacji, że nawet jeśli teraz pojawiły się takie, które lubię bardziej, to faktycznie jest w niej coś magicznego.
Ciekawie jest wspominać okres premiery z teraźniejszej perspektywy, bo pamiętam, że było strasznie dużo wątpliwości. Jeszcze dzień przed premierą powiedziałem mojej dziewczynie, że się tym strasznie stresuję. Nagle wątpiłem we wszystko. Dziś to jest śmieszne, bo "Psy" bardzo się spodobały i miały genialny odbiór, ale naprawdę ogromną drogę przeszedł ten utwór, a ja razem z nim.
Tak zupełnie szczerze, nie mogę się doczekać premiery płyty i tej ścieżki, którą ona wytyczy. Gdzieś wewnętrznie czuję, że najlepsze rzeczy, które napisałem, to właśnie te, które się jeszcze nie ukazały. Kawałki takie jak "Morze" czy "Wieje", to chyba jedne z moich ulubionych rzeczy, jakie udało mi się stworzyć i jestem ciekaw jaki będą miały odbiór.
Nie moglibyśmy pominąć "Firdygałek", które też oddałeś w ręce fanów jakiś czas temu. Chyba nigdy nie słyszałam bardziej uroczego tekstu piosenki. Jaki jest twój przepis na stworzenie tak otulającej, ciepłej kompozycji?
- To wyszło mimochodem, gdy chciałem być bardzo szczery. Ta piosenka jest faktycznie urocza, opowiada o miłości, ale jednocześnie o cięższych rzeczach. Jest to właściwie o miłości w obliczu przytłoczenia ogromem wszechświata. Jak piszę piosenki, to lubię móc opisać je jakimś jednym zdaniem albo słowem - mieć taki kompas. Czasami piszę też taki synopsis, jak w filmach - opis na dwa czy trzy zdania. To pomaga mi, gdy błądzę z tekstem, nie mogę go skończyć przez parę dni, tygodni czy nawet miesięcy. "Firdygałki" opisałbym tak, że jest to utwór o poczuciu bycia malutkim.
Ta metafora z wydrami wpadła mi w zasadzie przypadkowo - to było już tak dawno, że niewiele pamiętam. Trzeba więc być po prostu otwartym na przepływ kreatywny, na łączenie kropek. Ja uwielbiam patrzeć, jak rzeczy się ze sobą łączą i nagle stają się wieloznaczeniowe. Te wydry są czymś, co do mnie wraca - mnóstwo osób mówi mi, że jest to wers chwytający za serce, uroczy. To megamiłe! Pamiętam, że już wtedy, gdy graliśmy "Firdygałki" przedpremierowo na koncertach, podchodzili do mnie ludzie i mówili, że są przesłodkie.
Wspominasz w "Firdygałkach" o Davidzie Bowiem - to teraz trochę o muzycznych inspiracjach. Czego słuchałeś tworząc album i kto cię natchnął?
- Bowie był całkiem istotny w tym procesie, bo jak o nim myślę, to widzę artystę, który miał wszystko rozkminione w życiu. Miał swoje wzloty i upadki, ale w ostatecznym rozrachunku można spojrzeć na niego i zobaczyć człowieka z jednym z najbardziej imponujących dorobków artystycznych w historii. Nie sięgam po jego muzykę jakoś specjalnie często, ale jest dla mnie zawsze wielką inspiracją w kontekście tego, jak pisał czy o czym pisał. Jego metafory, związek z kosmosem, to coś, z czego czerpię.
Podczas tworzenia płyty słuchałem sporo "Romance" od Fontaines D.C., ale też ich poprzedniego albumu - "Skinty Fia". Kolejny fenomen z Irlandii to Kneecap. Mój brat mi ich pokazał, i może nie słychać tego specjalnie na mojej płycie, ale strasznie dużo ich słuchałem i polubiłem się z ich twórczością. Chyba zresztą cały świat polubił się ostatnio z irlandzką muzyką. Indie rock też jest czymś, do czego bardzo chętnie wracam, co mnie urzeka. Ale jednocześnie uwielbiam słuchać na przykład współczesnego hip-hopu. Czymś, co mnie najbardziej chwyta, są też Beatlesi, Arctic Monkeys albo Oasis. To są oczywiście turbopopularne zespoły, ale uważam, że absolutnie im to nie ujmuje.
Ja po prostu lubię muzykę, która jest szczera - czy to przez ujęcie metaforyczne, jak u Bowiego, czy proste teksty, jak u Beatlesów. Bardzo lubię też wokal Griana Chattena - gdy śpiewa, to ja jakoś wierzę w to, co on mówi.
Często ubierasz trudne, refleksyjne, przykre słowa w pozytywne, dające nadzieję melodie. Myślisz, że można to uznać za znak rozpoznawczy twojej twórczości?
- Ciężko jest mi patrzeć na własne teksty z boku, ale usłyszałem to faktycznie od kilku osób, że mam pewien styl pisania. Będąc zupełnie szczerym - ja tego nie widzę. Mam wrażenie, że każdy tekst powstaje w zupełnie inny sposób. Niektóre bardzo szybko, inne bardzo wolno. Niektóre kiełkują w mojej głowie od dawna - jest jakiś stary pomysł, do którego nagle wracam i udaje się go skończyć. Lubię, gdy słowa są melodyjne i szerokie, ale jednak w miarę proste i konkretne. Dlatego też te metafory znajdują u mnie miejsce. Ale one prawie nigdy nie przychodzą od razu - długo szukam, mam wiele wersji i wiele poszczególnych linijek. Uważam też, że zbytnie uogólnianie i filozofowanie w piosenkach może być drogą donikąd. Wtedy bardzo łatwo popaść w sytuację, w której utwór będzie o niczym. Staram się więc używać okrągłych, poetyckich słów, ale trzymać się kotwicy, tego przewodniego nurtu, który sobie obrałem.
Nie sposób przeoczyć dopracowaną, wielowarstwową produkcję twoich utworów. Zajmujesz się tym sam, prawda?
- Ostatnio właśnie nie do końca sam. Sporo się zmieniło od momentu wydania pierwszych utworów, takich jak "Psy", i od chwili, gdy zaczęliśmy grać koncerty. Potrzeba było trochę czasu, żebym się ośmielił. Musiałem znaleźć w sobie tę odwagę, żeby w końcu zasięgnąć pomocy utalentowanych ludzi - Artura i Kajtka. To właśnie oni stanęli przy moim boku na scenie rok temu i razem z nimi tworzymy zespół, i są to piekielnie zdolne chłopaki. Więc są na tej płycie rzeczy w całości wyprodukowane przeze mnie, albo niemalże w całości, ale w sporej części piosenek ja wykonywałem szkic, a następnie wysyłałem chłopakom z pewnymi prośbami. Przykładowo: Kajtek zrobił bębny do utworu "Wieje". Ja mu wcześniej wysłałem zarys, napisałem, że jest to ostatni kawałek na płycie, kulminacyjny, bardzo istotny dla mnie pod względem tekstu. On zrozumiał to w 100 procentach i na drugi dzień dostałem fantastyczny aranż. Tak samo było z Arturem - on z kolei dogrywał mi klawisze, gitary, bas, trąbki. Super jest to, że mogliśmy używać żywych instrumentów, bo ja sam nie wszystkie mam i nie na wszystkich potrafię grać, w szczególności na instrumentach dętych. Chciałem, żeby to wszystko powstało z sercem, z prawdziwą umiejętnością. Także jest to moja nowa sztuczka produkcyjna - bardzo zdolni muzycy, którzy, na szczęście, są chętni mi pomagać.
Byłbyś w stanie jakąś inną część swojej pracy całkowicie oddać komuś innemu do wykonywania? Na przykład pisanie tekstów...
- Nie zastanawiałem się nigdy nad tym. Teksty są czymś, z czym się czuję bardzo związany... Chociaż, jak teraz o tym myślę, to czasem na koncertach pojawiają się covery. Wtedy jest to cudzy tekst, więc brzemię emocjonalnego związania z nim jest ze mnie zdjęte, a śpiewając go na żywo mogę na nowo go zinterpretować - niekoniecznie znaczeniowo, ale wykonawczo. Może jest więc w tym jakaś magia. Ale nie wiem, na ile można porównać pomoc w pisaniu tekstów do grania coveru. Póki co, nikomu bym tego nie oddał. Podobnie z produkcją. Udział wspomnianych Artura i Kajtka w procesie produkcji niektórych numerów jest ogromny, ale nie wyobrażam sobie w nim nie uczestniczyć. Zawsze to ja tworzę szkic, podsyłam chłopakom poszczególne partie, które wracają do mnie z jakimś ich pomysłem. Oczywiście są wtedy dużo lepsze niż to, co ja sobie naszkicuję, bo - ja tak to widzę - nasze umiejętności muzyczne mnożą się wtedy przez siebie, a nie dodają. Nadal czuję jednak, że to wszystko musi wychodzić ode mnie. Zwłaszcza pierwsza płyta, którą zacząłem robić w ten sposób, więc bardzo chciałem ją też tak skończyć.

W twojej twórczości często panuje filmowy klimat - słychać to było już na EP-ce "Knockerville", ale na albumie też, w utworach "Lepiej" czy "Ślady". Widzisz swoje piosenki trochę jak takie produkcje filmowe? Czy to tylko wrażenie?
- Bardzo mi miło i cieszę się, że masz takie zdanie! Ja uwielbiam łączenie się ze sobą sztuk. Tym, co faktycznie najbardziej mnie rusza, wywołuje największe emocje, jest muzyka. Film ustawiłbym pewnie gdzieś na drugim miejscu. Od zawsze lubię podejść wizualnie do tego, co tworzę, i chyba to widać. Lubię wyobrażać sobie sytuacje, lubię bardzo graficzne porównania. W "Firdygałkach" jest taki wers: "Jestem jak paproch gdzieś na winyla tafli". Pisząc go, wyobraziłem sobie człowieka w zderzeniu z kosmosem, że jest tak malutki i tylko czeka, aż za którymś obrotem ta igła gramofonu go ściągnie, jak kurz z płyty. Takie porównania do mnie przemawiają i wychodzę z założenia, że jak coś mnie tak chwyta, to jest szansa, że do kogoś też głęboko dotrze.
Wspomniałeś wcześniej o piosence "Wieje", na którą zwróciłam szczególną uwagę przy pierwszym odsłuchu płyty. Urzekły mnie tam w szczególności te solówki na trąbce, chórki i podniosła atmosfera. Wymarzyłeś sobie, żeby płyta kończyła się właśnie w taki spektakularny sposób?
- Dokładnie tak. Czas pisania płyty był dla mnie też czasem analizy - stwierdziłem, że nie będę robił tego zupełnie po omacku. Zacząłem sobie analizować, co mi się podoba w innych albumach, które lubię. Zazwyczaj właśnie mocny wstęp i mocne zakończenie na mnie działają. Jak przyszło do pisania, to wiedziałem, że będę chciał odznaczyć mocniej zwieńczenie płyty. Chciałem by było wyjątkowe.
Na pomysł tej piosenki wpadłem strasznie dawno, tylko miałem z nią ogromny problem. Wers otwierający, czyli "Poukładam sobie w głowie" pierwotnie był tytułem tego utworu. Ja wiedziałem, że muszę go napisać, wiedziałem, o czym ma być, ale totalnie nie mogłem znaleźć do niego słów. W końcu przyszła lawina pomysłów, gdy już miałem trochę więcej materiału na płytę. Wtedy zacząłem widzieć duży potencjał tego tekstu jako podsumowania. Poruszam tam głównie temat poczucia bycia niewystarczającym, znowu jest "człowiek na wietrze", któremu coś przeszkadza w stabilnym trzymaniu się gruntu. Te emocje były tak silne, że potrzebowały czegoś mocniejszego. Dość dużo czasu poświęciliśmy temu numerowi, żeby tak właśnie wybrzmiał, jako idealne zwieńczenie albumu.
To jest jedna z tych rzeczy, którymi kierowałem się w trakcie pisania - starałem się dobierać formę utworu do tego, o czym on opowiada. Na przykład kawałek "Muzyka pop" na etapie szkiców był akustyczny i bardzo delikatny. Nagrałem go z gitarą, grzechotkami i wreszcie stwierdziłem, że to jest bez sensu, bo był przez to strasznie słaby (śmiech). Piosenka opowiada o tym, że cały czas coś gra, są nieustanne bodźce, coś do mnie dociera. W formie też musiało się coś dziać cały czas. W pewnym momencie zaczęło to więc naturalnie wychodzić - że jak coś chcę przekazać, to szukam tego nie tylko w tekście, ale też w muzyce.
Przechodząc do twoich planów koncertowych - premierowo zaprezentujesz nowy materiał na Next Feście w Poznaniu. Tam też wystąpiłeś rok temu, pierwszy raz z pełnoprawnym koncertem. Twoja historia zatacza pewne koło - jak patrzysz na to wydarzenie z perspektywy czasu?
- To jest megawspomnienie! Ja pamiętam dosłownie wszystko z tego Nexta - cały czas tam spędzony, nie tylko w obrębie koncertu, ale też ogólnie na festiwalu. To jest dla mnie tak miłe wspomnienie i mam ogromny sentyment. Jak usłyszałem, że uda nam się zrobić premierowy koncert płyty właśnie na tym festiwalu, stwierdziłem, że jest to najlepsze, co się mogło wydarzyć. Zaczynaliśmy tam koncertować jako bardzo świeży projekt, z chłopakami z zespołu znaliśmy się wtedy miesiąc. Teraz byliśmy w tylu miejscach razem, oni zaczęli uczestniczyć w produkcjach moich piosenek, dogrywać mi, rozwijać moje pomysły. Jesteśmy w pewnym sensie zupełnie inną ekipą. Ten występ bardzo mnie cieszy i ekscytuje - po prostu nie mogę się doczekać.
Podobno wtedy - gdy pierwszy raz zawitałeś na Next Festa - "wiedziałeś o koncertowaniu tyle, co o rolnictwie". Co wiesz teraz?
- O rolnictwie wciąż nie wiem prawie nic, na szczęście o koncertowaniu już mogę powiedzieć więcej (śmiech). Póki co jestem na etapie, na którym każdy koncert to ogromna, nowa lekcja. No może ten etap powoli się kończy, mam taką nadzieję (śmiech). Ale nadal uczę się, co robić na scenie, czego nie robić, co się może popsuć, na co trzeba być przygotowanym. Cały czas były dokładane kolejne cegiełki do tego początkowego etapu i dzięki temu teraz czuję się dużo pewniej na scenie. Ten materiał jest też już troszeczkę ograny, więc czuję się bezpieczniej. Moje piosenki dostały ogromny kredyt zaufania i teraz staram się pracować, aby nie zawieść słuchacza. Staram się w dalszym ciągu pisać najlepiej jak umiem, produkować najlepiej jak umiem, a co za tym idzie - grać.
Wtedy to było zupełnie inne doświadczenie. Muzyka jest taką dziedziną, która wielokrotnie pokazała mi, że ciągle się uczysz i nawet nie wiesz, czego jeszcze nie wiesz. Przychodzisz do jakiegoś środowiska albo zaczynasz się czymś interesować i nie jesteś w stanie sobie wyobrazić - jako ten nowicjusz - czego powinieneś się nauczyć. To wszystko przychodzi z czasem i my ten rozwój zaliczyliśmy. Szczególnie ja, bo chłopaki jednak mieli doświadczenie sceniczne, a ja nie miałem go w ogóle. Paru rzeczy się nauczyłem i jest w tym coraz mniej stresu, a dużo więcej przyjemności.
Za wami koncerty m.in. na Męskim Graniu, Bittersweecie, Great September. Wystąpiłeś też jako support White Lies, a nawet na festiwalu w Opolu. Jakieś koncertowe marzenia na przyszłość? Może pełnoprawna trasa?
- Planujemy po prostu grać jak najwięcej w tym roku, bo nie możemy się doczekać, żeby ludziom prezentować ten materiał jak najczęściej i jak najszybciej. Chciałbym więc zagrać dużo koncertów - tak ogólnie rzecz ujmując. Ale trasa byłaby super... To jest oczywiście w rękach słuchaczy. Jeżeli płyta się przyjmie na tyle, że ludzie będą chcieli przychodzić i spotykać się z nami na żywo, to zapraszamy. Będzie nam bardzo miło i będzie to kolejny, niesamowity wyraz uznania dla mnie. Ja osobiście mam mnóstwo artystów, których lubię, a na których koncercie nigdy nie byłem. Za nami głównie występy festiwalowe, co jest też świetnym sprawdzianem dla nas i dla materiału, który przygotowaliśmy. Niektórzy przychodzą na twój koncert nie wiedząc, czego się spodziewać, ale są otwarci na to, żeby dać się zaskoczyć, pojawia się element losowości. Takie występy przysporzyły nam do tej pory najwięcej nowych słuchaczy - ktoś spontanicznie decydował, że może pójdzie to sprawdzić na Męskim, na Greacie czy na Bittersweecie, a ostatecznie mu się podobało i został. Zupełnie inaczej wyobrażam sobie solowe koncerty, gdzie publiczność jest zdeklarowana i świadoma tego na co się wybiera i na pewno jest bardziej śmiała, bo zna piosenki. Są więc dwie strony tego "koncertowego medalu", a my lubimy je wszystkie, bo po prostu uwielbiamy grać piosenki.
Przyzwyczaiłeś się już do tego, że nazywają cię odkryciem, objawieniem czy fenomenem? To są dla ciebie duże słowa, czy przyjmujesz je łatwo, bo wiesz, że są zasłużone?
- To są naprawdę duże słowa! Nie wiem, czy czuję, że one są zasłużone... Na pewno jest mi miło i jestem w szoku za każdym razem, gdy ktoś użyje tych określeń. Ten szok jest naprawdę szczery. Moje piosenki są bardzo osobistymi opowieściami, które wychodzą z samego wnętrza. Nie jest to muzyka pisana z nastawieniem, że ma być łatwa w odbiorze - jeśli już, to jest to efekt uboczny, a nie główne zamierzenie. Więc to dla mnie duży komplement, gdy pojawia się większy dyskurs wobec mojej twórczości. Ale mam też ten syndrom oszusta. Pytasz, czy czuję, że na to zasługuję... Ja po prostu staram się ciężko pracować i dawać odczuć, że jest w to wkładane serce. Nie robię niczego z myślą o laurach, raczej przede wszystkim o słuchaczach. Gdy już spełniam swoje oczekiwania, to następny w kolejności jest słuchacz. Do tytułów takich jak "odkrycie" czy "objawienie" wciąż nie przywykłem i nigdy nie wiem, jak na nie reagować, co na nie odpowiedzieć.









