Jarosław Kowal, Interia Muzyka: Nie masz wrażenia, że w naszym codziennym życiu jest dzisiaj mniej muzyki niż dawniej? Kiedyś w wielu polskich domach były instrumenty, grało się dla zabawy, śpiewano podczas rodzinnych spotkań, a dzisiaj ludzie wydają się bardziej nieśmiali. Być może ze względu na wszechobecne kamery telefonów albo uważają muzykę za coś, czym powinni zajmować się wyłącznie profesjonaliści.
Maggie Reilly: Mam nadzieję, że wcale aż tak wiele osób nie traktuje muzyki jak profesji i wciąż widzą w niej codzienne zajęcie. To byłoby bardzo przykre, gdyby powstrzymywały się z takiego powodu. Każdy powinien śpiewać, bo to bardzo radosna czynność. Jeżeli faktycznie śpiewamy dzisiaj rzadziej, to zdecydowanie powinniśmy do tego wrócić i to w każdym jednym domu. Powinniśmy śpiewać kolędy na święta, piosenki noworoczne, powinniśmy śpiewać wiosną, latem, przez cały rok. Muzyka jest i zawsze była dla człowieka bardzo ważna, nie można o tym zapominać.
Zdarzają się takie dni, kiedy nie śpiewasz?
M: Raczej nie. Często śpiewam w samochodzie do tego, co akurat leci w radiu. Rzadziej śpiewam własne piosenki, bo to byłaby już przesada - koncerty wystarczą (śmiech). Oczywiście kiedy pracuję nad czymś nowym, wtedy poświęcam temu więcej czasu. Przypasowuję tekst do melodii, sprawdzam, co mogę z nim zrobić. Jeżeli jednak nie jestem w trakcie tego procesu, to robię dokładnie to samo, co niemal każdy - jak wpadnie mi coś w ucho, zaczynam nucić. Przez pewien czas śpiewałam głównie Taylor Swift, bo była dosłownie wszędzie. Jej piosenki niesamowicie szybko zapadają w pamięć i chcąc nie chcąc cały czas wracają w myślach.
Do swoich największych przebojów - "Everytime We Touch", "To France" czy "Moonlight Shadow" - też lubisz wracać? Są tak popularne, że pewnie publiczność byłaby wściekła, gdybyś pominęła któryś z nich podczas koncertu, ale czy śpiewanie ich po tych wszystkich latach to wciąż przyjemność?
M: Kiedy zaczęłam karierę solową, przez jakiś czas w ogóle po niektóre z tych utworów nie sięgałam, co faktycznie wiele osób rozwścieczyło. Wychodziłam jednak z założenia, że to, co nagrałam z Mikiem (Oldfieldem) powinienem wykonywać tylko z nim. Z czasem zaczęło mi jednak brakować tych melodii i coraz bardziej rozumiałam, dlaczego ludzie na nie czekają. Powrót do nich okazał się bardzo przyjemny, ale chyba właśnie ze względu na tę przerwę. Nabrały dzięki temu innego znaczenia. Wyszło mi to na dobre, bo śpiewanie w kółko tego samego - nawet przy jak najlepszych intencjach - w końcu stanie się zautomatyzowaną czynnością. Wolę zachować spontaniczność i autentyczną radość ze śpiewania, bo czuję, jak udzielają się później publiczności.
Odkrywasz czasami nowe znaczenia własnych utworów? Pozostają takie same, ale ty się przecież zmieniłaś.
M: Od jakiegoś czasu wracam do utworów, których nie wykonywałam od wielu, wielu lat, dzięki czemu wydają się świeże. Niektóre z tych bardziej znanych nabrały natomiast innego znaczenia dlatego, bo wiele razy słyszałam różne związane z nimi historie. Mam zawsze z tyłu głowy to, co mnie motywowało do ich napisania, ale kiedy słyszę, że ktoś brał ślub do któregoś z nich albo rodził przy nim dziecko, nagle stają się czymś zupełnie nowym. Nie tracą pierwotnego znaczenia, ale nabierają też dodatkowego.
Możliwe jest inspirowanie się własną sztuką? Słuchanie swoich dawnych nagrań i odnajdywanie w nich wskazówek na przyszłość?
M: Kiedy już coś nagram i jestem po całym tym procesie związanym z miksowaniem i tak dalej, to mam za sobą tak wiele przesłuchań poszczególnych utworów, że raczej do nich nie wracam. Nie raz jestem wręcz zaskoczona, kiedy ktoś puści przy mnie któryś z nich i odkrywam, że w międzyczasie zaczęliśmy grać go inaczej. Nie są to zmiany drastyczne, raczej drobne smaczki, ale zawsze mnie to dziwi, kiedy odkrywam naturalną ewolucję muzyki. Nie ma w tym jednak niczego dziwnego, kiedy gra się z zespołem indywiduów i to niekoniecznie złożonym z tych osób, które brały udział w nagrywaniu album. Przez ostatnie kilka lat gram z samymi Irlandczykami i Szkotami, co siłą rzeczy dodaje niektórym kawałkom innego smaczku.
Lista osób, z którymi współpracowałaś jest bardzo długa - od Jacka Bruce'a przez The Sisters of Mercy po, oczywiście, Mike'a Oldfielda. Częściej zgadzasz się na propozycje wspólnego nagrywania, czy je odrzucasz?
M: Nie na wszystko się zgadzam, bo nie starczyłoby mi czasu, ale lubię pracować z innymi artystami. Zwłaszcza, jeżeli w rezultacie powstaje coś, czego nikt by się po mnie nie spodziewał. The Sisters of Mercy to dobry przykład - wszyscy byli w szoku, kiedy usłyszeli, że z nimi nagrywam. To było niesamowite przeżycie, bardzo dobrze je wspominam. Z Jackiem Bruce'em historia jest z kolei taka, że przez wiele lat byłam jego fanką i uwielbiałam wszystko, czego się tknął. Kiedy więc zaproponował współpracę, aż zrobiło mi się słabo (śmiech). Zdążyliśmy się jednak już wcześniej poznać, więc nie byłam aż tak bardzo oszołomiona. Swojego czasu przyjaźniłam się też z The Stranglers i nagrałam jeden utwór z Davem (Greenfieldem) i JJ-em (Jeanem-Jacquesem Burnelem) na ich wspólny album ("Rain and Dole and Tea" z wydawnictwa "Fire & Water - Ecoutez Vos Murs"). To był mniej więcej ten sam okres, co wydanie "Moonlight Shadow" i wiele osób dziwiło się, jak mogę odnaleźć się i w jednym, i w drugim. Nie ma niczego lepszego i niczego, co sprawiałoby mi większą frajdę od wychodzenia poza oczekiwania innych ludzi.
Chciałabyś nagrywać z kimś, kto obecnie odnosi sukcesy? Może Taylor Swift, skoro znasz jej repertuar?
M: (śmiech) Taylor doskonale radzi sobie sama. Z kim chciałabym coś nagrać... Może z Lewisem Capaldim. Też jest Szkotem i uwielbiam jego głos. Ma wyjątkowe wyczucie melodii. Ale to chyba nie byłaby aż tak zaskakująca współpraca. Gdyby XTC wciąż istniał, na pewno chciałabym coś z tym zespołem zrobić. Tak naprawdę na nic się nie zamykam. Jeżeli trafi się coś ciekawego w odpowiednim czasie, to zawsze jestem otwarta na wspólne działanie.
Brakuje ci czasów, kiedy zajmowałaś czołowe miejsca na listach przebojów, czy lepiej jest teraz - bez całego tego zgiełku i szybkiego tempa?
M: Długo wolałam działać na mniejszą skalę. Występować w małych klubach, gdzie widziałam twarze publiczności i mogłam reagować na emocje, jakie się na nich malowały. Byliśmy w tym wszyscy razem. Później przywykłam jednak do większych sal, gdzie dało się wyłapać jedynie pojedyncze osoby z kilku rzędów pod samą sceną, a cała reszta przypominała morze rozmazanych twarzy. To zupełnie inny rodzaj energii. Niekoniecznie gorszy, ale w końcu zdecydowałam się na powrót do mniejszych miejsc, co okazało się zaskakująco stresujące. Obecnie unikam większych sal, ale wyjątkiem są festiwale. Bardzo lubię na nich grać, mają wyjątkową energię. Na ogół staram się jednak mierzyć w coś nie za dużego i nie za małego. Tak, żeby prawdziwa interakcja z publicznością wciąż była możliwa.
Wciąż lubisz jeździć w trasy koncertowe? Wielu muzyków narzeka, że z roku na rok podróżowanie staje się coraz bardziej uciążliwe.
M: Zawsze lubiłam podróżować. Zawsze sprawia mi to wielką przyjemność, nawet jeżeli jest bardzo ciężko. Na przykład, kiedy trzeba wstać wcześnie rano po koncercie, który skończył się późno w nocy. Wtedy mogę narzekać, ale tak naprawdę nawet to jest dla mnie przyjemnością. Mam nadzieję, że zawsze będę mogła to robić i poznawać ludzi z innych państw i innych kultur. Rozmawiać z nimi, ale też słuchać ich muzyki i odkrywać coś, o czego istnieniu nigdy wcześniej nie wiedziałam. To się tyczy zwłaszcza festiwali, gdzie dzieli się program z wieloma innymi osobami. Niedawno grałam w Monachium i trafiłam na koncert Manfred Mann's Earth Band. Kiedy byłam dzieckiem, Manfred był dla mnie bohaterem i z wielką radością odkryłam, że jest bardzo miłym człowiekiem. Nie przeszkodziło mu to jednak w tym, żeby zagrać jak demon. Stałam z boku sceny i przyglądałam się mu - był niesamowity. Niewiele osób potrafi grać na takim poziomie przez tyle lat.
Gdybyś zaczynała dzisiaj, nawet z takim przebojem jak "Everytime We Touch", myślisz, że osiągnęłabyś podobny sukces?
M: Nie mam pojęcia. Wciąż powstają melodyjne piosenki, chociażby te Taylor Swift albo Lewisa Capaldiego, i odnoszą wielkie sukcesy. Zdarzają się naprawdę niezwykłe melodie stworzone na bazie wyjątkowych inspiracji, na przykład połączenia wschodnich brzmień z americaną. Z drugiej strony jest wiele muzyki opartej wyłącznie na rytmie. Często jest w niej w kółko ta sama linia basowa i cała reszta upchnięta gdzieś obok. Tak czy inaczej muzyka jest po prostu wyjątkowym zjawiskiem. Zawsze pewną jej część będziesz uwielbiał, inna cię zadziwi, a jeszcze inna wzbudzi mieszane uczucia. Nigdy nie celowałam w sukces, w ogóle mi to nie przechodziło przez głowę. Chciałam po prostu śpiewać. Podobnie jak mój ojciec, któremu zawsze towarzyszyłam jako dziecko, kiedy gdzieś występował. Jestem ogromnie wdzięczna, że mogłam całe życie poświęcić robieniu tego, co kocham.
Twój ostatni album, "Elfinguard", jest całkowicie antykomercyjny. Na tym etapie kariery nikt już ci pewnie niczego narzucić nie może, czujesz się od strony artystycznej całkowicie wolna?
M: "Elfinguard" tworzyłam razem ze Stuartem MacKillopem, z którym w latach 70. grałam w Cado Belle. Nagrywaliśmy z trzydziestoosobową orkiestrą i chórem - wyjątkowe przeżycie. Jeżeli nie mogłabym robić tego, co naprawdę chcę robić i sprawdzać, na co mnie stać, jaki byłby tego wszystkiego sens? Nagrałam ze Stuartem mnóstwo muzyki, na której nie zarobiliśmy ani grosza, ale nie miało to dla nas większego znaczenia, bo po prostu naprawdę chcieliśmy ją stworzyć. Obydwoje mamy z czego się utrzymać, więc chcemy robić tylko to, co naprawdę uznajemy za ciekawe i ważne. Wiele osób nie dostaje takiej szansy, tkwią w innych rolach, które wcale nie są im bliskie. Poszczęściło mi się, co jest zasługą wspierających rodziców i zwłaszcza wspierających dziadków. Zawsze pomagali, podrzucając mnie gdzieś albo pożyczając kilka groszy. Może się wydawać, że to niewiele, ale właśnie dzięki temu zaszłam tak daleko. To niewątpliwie przywilej żyć z muzyki i próbować różnych rzeczy bez ciągłego myślenia o finansach.
Jak konstruujesz koncertową setlistę z tak wieloma utworami w zanadrzu?
M: Z wielkim trudem, bo co chwila przypominam sobie o jakimś utworze, którego nie śpiewałam od lat i nagle mam ochotę do niego wrócić. Z tym związane są najbliższe koncerty - zdecydowaliśmy się wrócić do niektórych utworów jeszcze z okresu Cado Belle, zarejestrowanych jedynie jako średniej jakości demówki. Będzie też kilka kawałków, które zrobiłam z Mikiem, ale nie sięgałam po nie od czasu, kiedy nasze drogi się rozeszły. Będą również moje własne starsze utwory, których z tym zespołem dotąd nie śpiewałam. Dobrze jest czasami odświeżyć coś sprzed lat, żeby nie śpiewać na każdym koncercie w kółko tego samego. Nawet jeżeli cały czas robi się to dobrze, gdzieś po drodze gubi się znaczenie, spontaniczność i radość. To samo tyczy się dodawania nowej muzyki do setlisty. Czasami pojawia się strach przed reakcjami publiczności, ale takie urozmaicenie z perspektywy całego koncertu jest wyłącznie korzystne.












