Wiktor Fejkiel, Interia Muzyka: Niedawno minęły dwa tygodnie od premiery "Dzień dobry, to ja!" z Natalią Muiangą. Jesteś zaskoczona tak dobrym odbiorem?
Magda Bereda: - Bardzo! To jest taki utwór, który od początku miał po prostu wywoływać uśmiech i przypominać o tym, żeby choć na chwilę zatrzymać się w codziennym pędzie. Dostaję wiadomości od osób, które piszą, że ta piosenka poprawia im humor albo że już od rana włączają ją w samochodzie. Dla mnie to najpiękniejsza możliwa reakcja.
Jaka była w ogóle geneza tej współpracy i jak ci się pracowało z Natalią? Nie miałaś obaw co do tego, jak uda wam się dogadać przy tym jednym kawałku?
- Ta współpraca zaczęła się od mojej serii "Piosenka z 3 słów", do której zaprosiłam Natalię. Nie znałyśmy się wcześniej, a odzew po nagraniu był tak pozytywny, że ludzie zaczęli pisać w komentarzach, żebyśmy koniecznie wydały ją oficjalnie. Lubię, kiedy muzyka powstaje w taki naturalny sposób i jest odpowiedzią na emocje ludzi, dlatego bez wahania pojechałyśmy do studia dokończyć utwór. Nie miałam żadnych obaw - wręcz przeciwnie, bardzo nie mogłam się doczekać, jaka piosenka z tego wyjdzie. Pisało nam się bardzo lekko i naturalnie. Natalia ma w sobie ogrom energii i pewności siebie, ja z kolei jestem osobą, która wszystko długo analizuje i dużo rozmyśla. Mam wrażenie, że idealnie się uzupełniłyśmy. Każda z nas patrzy na świat trochę inaczej i obie wyniosłyśmy z tej współpracy coś dla siebie.
Samemu numerowi towarzyszy również klip, w którym stawiacie na kolorystyczny minimalizm. Właśnie w takich obrazkach widzisz ten numer?
- Tak. Bardzo zależało nam na tym, żeby nic nie odciągnęło uwagi od emocji i energii tej piosenki. Mam wrażenie, że ten minimalizm dobrze współgra z przekazem utworu. Czasem mniej naprawdę znaczy więcej.
Nie jest to twój jedyny singiel w tym roku - w kwietniu chociażby wydałaś "30 świeczek" oraz na początku września "Co jeśli". Możemy tutaj mówić o nieśmiałej zapowiedzi czegoś większego?
- Zdecydowanie tak. Mam wrażenie, że ten rok jest dla mnie początkiem nowego etapu. "30 świeczek" było bardzo osobistym otwarciem we współpracy z Wojtkiem Urbańskim, a "Dzień dobry, to ja!" odsłania tę analogową, lekką i organiczną stronę mojej nowej muzyki. Od kilku miesięcy tworzę nowy materiał i cieszę się, że już niedługo będę mogła pokazać kolejne rzeczy.
W walentynki minionego roku wraz z Piotrem Rubikiem wydałaś krążek "Arbuzowy Zachód Słońca". Jak po ponad roku wspominasz ten materiał?
- Bardzo ciepło. To był dla mnie piękny projekt. Najpiękniejsze jest jednak to, że kilka utworów z tej płyty zupełnie nieoczekiwanie zaczęło żyć własnym życiem. Dostajemy z Piotrem wiadomości od par, które wybrały je na swój pierwszy taniec. To ogromny zaszczyt wiedzieć, że nasza muzyka może towarzyszyć ludziom w jednym z najważniejszych dni ich życia. Takie wiadomości zostają ze mną na długo.
To w zasadzie kolejny dowód na to, że nie stronisz od licznych współprac z innymi artystami…
- To prawda, bardzo lubię te wszystkie kolaboracje, mimo że często wymaga to wyjścia z mojej bezpiecznej strefy. Każdy artysta wnosi do utworu coś zupełnie innego, dzięki czemu sama też uczę się patrzeć na muzykę z nowej perspektywy. Oczywiście najważniejsze jest to, żeby taka kolaboracja była szczera i wynikała z tego, że naprawdę chcemy razem coś stworzyć. Myślę, że właśnie wtedy powstają najpiękniejsze dźwięki.
Jakie emocje towarzyszą ci dotychczas na myśl o graniu swojego materiału na żywo? Jak sprawdzają się twoje numery w koncertowych odsłonach?
- Zaraz po tworzeniu muzyki, granie koncertów to zdecydowanie moja ulubiona część tej pracy. Oczywiście przed każdym występem stresuję się tak samo jak kilka lat temu, ale kiedy wychodzę na scenę i widzę ludzi śpiewających moje piosenki, wszystko mija. To uczucie, którego chyba nigdy nie przestanę doceniać. A numery? Dostały drugie życie! Dzięki nowym aranżacjom przygotowanym pod tę trasę zakochałam się w tych piosenkach na nowo. Na początku trasy aż się wzruszyłam, czując, jak bardzo dziś ze mną rezonują. Czasem potrzeba trochę czasu, żeby naprawdę usłyszeć własną twórczość na nowo.
Zauważasz progres względem poprzednich lat?
- Myślę, że przede wszystkim dużo bardziej ufam sobie. Nadal się stresuję i nadal bywam wobec siebie bardzo wymagająca, ale dziś potrafię też czerpać większą radość z samego bycia na scenie. Mam poczucie, że jestem bardziej świadoma tego, że robię dokładnie to, co kocham. Za każdym razem przed wejściem na scenę myślę sobie, jak bardzo jestem wdzięczna za to, że mogę tu być. Mam wrażenie, że właśnie ta wdzięczność sprawia, że koncerty są bardziej autentyczne, a ludzie mogą poczuć się na nich jak u siebie.
Jakie plany przed tobą na nadchodzące miesiące?
- Przede wszystkim kończę pracę nad wspomnianym albumem, który planuję wydać w pierwszej połowie przyszłego roku. Bardzo na niego czekam, bo mam poczucie, że to będzie najbardziej "moja" płyta - poprzedni rok był dla mnie czasem poszukiwań. Jestem wdzięczna za wszystko, czego mnie nauczył, ale zrozumiałam, że chcę tworzyć muzykę, która jeszcze bardziej oddaje to, kim jestem dzisiaj. Doszłam do momentu, w którym zrezygnowałam z albumu, nad którym pracowałem ponad rok - miał już gotowy tytuł, okładkę i praktycznie cały materiał. To była trudna decyzja, ale chyba jedna z najważniejszych w moim życiu. Po raz pierwszy naprawdę wybrałam siebie i zaufałam swojej intuicji. Przestałam tworzyć muzykę, która miała spełniać czyjeś oczekiwania, a zaczęłam pisać tak, jak naprawdę czuję. Te ostatnie miesiące bardzo mnie rozwinęły i dojrzałam nie tylko jako artystka, ale też jako człowiek. Mam wrażenie, że ta muzyka jest zupełnie inna: dojrzalsza, bardziej szczera i bliższa temu, kim dziś jestem. Nie mogę się doczekać, aż będę mogła pokazać ją ludziom!










